Oferta na pierwszy rok:

4 zł/tydzień

SUBSKRYBUJ
Osoby czytające wydania polityki

Wiarygodność w czasach niepewności

Wypróbuj za 24,99 zł!

Subskrybuj
Historia

Chachary i szlachciury. Ludowa historia Śląska jest inna. Dramatyczna i pouczająca

Ślązacy w strojach ludowych, 1922 r. Ślązacy w strojach ludowych, 1922 r. Muzeum Śląskie / EAST NEWS
Ludowa historia Śląska różni się od polskich ludowych historii. Ale można dostrzec też warstwy wspólne: to opowieści o naszych dziadkach ze wsi i rodzicach z szarych bloków.
„Chachary. Ludowa historia Górnego Śląska”mat. pr. „Chachary. Ludowa historia Górnego Śląska”

Książka „Chachary. Ludowa historia Górnego Śląska” Dariusza Zalegi wpisuje się w modny nurt „ludowych historii”, opowieści o dziejach znakomitej większości ludności, przeważnie chłopskiej, poddawanej od wieków wszelkim władzom, uciskom i krzywdom. Czym i dlaczego chacharska historia Śląska różni się od reszty kraju?

Jesteśmy z chłopów

W historiach ludowych ciekawe jest to, że wybrzmiewają w czasach, kiedy wiadomo, że prawie wszyscy wywodzimy się ze szlachty, choć niektórzy historycy twierdzą przekornie, iż jest odwrotnie, bo w ponad 90 proc. mamy korzenie chłopskie. Prof. Witold Kula (1916–88) przekonywał, że szlachty było 8–10 proc., a Norman Davies upiera się, że tylko 6,6 proc. narodu. Gdyby odliczyć szlachtę zaściankową, często chłopopodobną, to jeszcze mniej. Zresztą nieważne, od kogo pochodzimy, tylko kim się dzisiaj czujemy. Szlachciury my pełną gębą. Co widać, słychać i czuć.

Jeszcze przed wojną tego szlacheckiego poczucia i samopoczucia było w Polkach i Polakach niewiele, może otoczenie nie było sprzyjające, aby „przyznawać się” do korzeni. Otóż w 32-milionowej II Rzeczpospolitej ok. 60 proc. społeczeństwa pracowało na roli, swojej lub pańskiej – podaję za prof. Jackiem Wasilewskim ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej – a dodatkowe 10 proc. związanych było z wsią: kościelni, aptekarze, szynkarze, rzemieślnicy, kupcy, służba, parobkowie, powsinogi... Na ok. 11 proc. liczono warstwę drobnomieszczańską: przeważnie drobni wytwórcy i handlarze, w większości Żydzi; a na 6 proc. inteligencję, jeżeli uznamy za nią wszystkich pracowników umysłowych (np. panie na poczcie), a jeżeli zawęzimy to pojęcie do wykształconych, to tylko 3. proc. Reszta to robotnicy, trochę było arystokracji i szlachty z korzeniami.

Wojna boleśnie tę statystykę przeorała, a powojenne migracje dopełniły reszty.

Szlachciury zaczęły się w nas rodzić u schyłku PRL, kiedy obowiązkowe w ankietach i życiorysach pochodzenie „robotniczo-chłopskie”, tudzież „inteligencja pracująca”, zaczęło uwierać. Było passé. A już w III RP zaczął się szlachecki wyż demograficzny. Nie wszyscy więc będą zadowoleni z przypominania/wypominania korzeni chłopskich, a na Śląsku przeważnie robotniczych.

Czytaj też: Chłopi. Od statystów do bohaterów polskiej historii

Wysyp ludowych historii

Od kilku lat mamy w kraju wysyp „historii ludowych”... Co też ludowość w nich oznacza? To opowieści o tych i o tym, co w naszej pamięci zostało zakłamane albo wymazane. Historia ubogich i niewykształconych, którzy mieli tylko pracować i posłusznie słuchać narodowych elit od narodzin Polski po czasy obecne. To inna perspektywa historii niż ta nacjonalistyczna, bohaterska, martyrologiczna, elitarna, skupiająca się na tych, którzy mieli władzę i pozycję, na królach i arystokratach, ruchach wojsk, wygranych lub przegranych bitwach, wodzach. Historia o tych, którymi w dawnej Rzeczpospolitej pomiatano, których sytuowano między psami i bydłem a rzeczami. To historia, jak już zostało powiedziane, znakomitej większości z 38 mln dzisiejszych Polek i Polaków.

Dla swoich tu potrzeb za cezurę obfitości historii ludowych przyjmuję Adama Leszczyńskiego i jego „Ludową historię Polski” wydaną przed czterema laty. Historii pisanych „z perspektywy mas” było wcześniej więcej, ale nie na tyle, aby powiedzieć, że oddajemy im dziejową cześć. A chodzi o ponad 90 proc. ludzi, którzy przez wieki byli solą tej ziemi. W ten ludowy nurt wpisują się: „Chamstwo. Ludowa historia Polski” Kacpra Pobłockiego, „Bękarty pańszczyzny. Historia buntów chłopskich” Michała Rauszera czy „Chłopki. Opowieść o naszych babkach” Joanny Kuciel-Frydryszak.

Historia o nich milczała albo sytuowała na swoich marginesach. O innych też. Chodząc po pałacach magnatów, wielkich śląskich przemysłowców, jednych z najbogatszych ludzi Niemiec, czegoś nie dostrzegamy. Czegoś brakuje. Nie ma tła dla ich życia i bogactwa. A byli przecież obsługiwani przez służących, stajennych, kucharzy, pałacowych krawców, fryzjerów... Przez setki poddanych, bez których nie byliby tymi, kim byli. Ktoś świetnie zauważył, że będąc w pałacu księżnej Daise (Maria Teresa Oliwia Hochberg von Pless, 1873–1943) w Pszczynie, widział jej bawialnie, łazienki, sypialnie, pokoje dzienne, poranne. Bóg wie co. A gdzie mieszkały, gdzie się myły, jadły i załatwiały swoje potrzeby choćby jej służące? Czyli lud?

Chachary. Czy on nas nie obraża?

Dlatego nie można obojętnie przejść obok ostatniej książki Dariusza Zalegi „Chachary. Ludowa historia Górnego Śląska”. Ten z kolei twierdzi i przypomina, że obecny śląski żywioł (w swej czystej lub napływowej postaci) nie pochodzi, jakbyśmy chcieli, od feudałów, magnatów, właścicieli kopalń i hut, tylko też z górą w 90 proc. od chłopów i robotników albo, jak to ładnie zdefiniowano w latach PRL, właśnie od chłoporobotników. Dla autora: Chacharów!

Czy on czasami nas nie obraża? – słyszałem takie pytanie. Raczej nie, bo chachar to pojęcie bez granic, niekoniecznie już wulgarne, to ktoś, można współcześnie powiedzieć, niżej sytuowany na społecznej drabinie od dawnych i dzisiejszych panów czy obecnie rządzących.

Lata temu, zanim przywędrowałem na Górny Śląsk, żyłem w przekonaniu, że „chachary”, a szczególnie ogniskowo-rajdowa piosenka „A chachary żyją...”, to niematerialne dziedzictwo wschodnie, przede wszystkim lwowskie, po wojnie nierozerwalnie związane z Wrocławiem i okolicami.

Kiedy pod koniec 1918 r. Lwów szykował się do obrony, a w Krakowie (też Galicja) formowały się zręby Wojska Polskiego, pisano, że do wojaczki garną się kindry i chachary (dzieciaki i łobuzy). Dzisiaj chachary żyją w każdym zakątku kraju, to słownikowy włóczęga, chuligan, człowiek niskiego pochodzenia, pijak. I takie chacharstwo jest również na Śląsku. Ale nie zawsze tak było. Śląskie chachary to więcej niż zwykłe chachary. To głębsze i szersze pojęcie. To dodatkowo były nicponie, motłoch, plebs, tłuszcza, dziady... Bardziej współcześnie – to wsioki i robole.

„A naprzeciw nich – pisze we wstępie Dariusz Zalega – byli panowie, po których zostały piękne pałace albo chociaż ich ruiny”.

I już wiadomo, jak Zalega widzi historię: patrzy na nią w ujęciu pionowym. Panowie: od feudałów, przez właścicieli ziemskich, magnatów przemysłowych, po partyjnych sekretarzy... Po dzisiejszych właścicieli choćby sieci handlowych, przeciwko którym buntują się kasjerki w supermarketach. Panowie, a niżej chachary, robole...

Czytaj też: Źreb, opole, gród. Kraj wydarty puszczy

Wy chachary, wy pierony!

Na Śląsku w określonych okolicznościach chacharem mógł zostać nazwany niemal każdy. Robotnik w oczach zamożnych chłopów. Ci chłopi w oczach magnatów ziemskich. Górnik w oczach sztygarów: „Już nie do wytrzymania, gorzej się z nami obchodzą aniżeli z niewolnikami, wyzywają nas świniami, złodziejami, gałganami, kłakami, chacharami” – skarżył się w 1885 r. jeden z górników tygodnikowi „Katolik”. Inny ubolewał, że nadgórnik zamiast powitać ich na dole według zwyczaju: „Szczęść Boże”, to krzyczał na nich: „Wy chachary, wy pierony!”. I nie górników, a chacharów poganiał do fedrowania.

Kiedy w osadzie górniczej na pograniczu narodowościowym pytano, czy dużo tu prawdziwych Niemców, można było usłyszeć, że niewielu: „Tylko dużo chacharów, co po niemiecku nie umieją, a za Niemców się uważają”. Przed pierwszą wojną śląscy socjaliści skarżyli się w swojej „Gazecie Robotniczej”, że narodowcy oczerniają ich na wiecach w haniebny sposób, zarzucając niewiarę i łajdactwo: „Nie każdy socjalista jest chacharem, lecz każdy chachar jest socjalistą”.

Chacharską etykietę przyklejano Ślązakom, o których pisano lub mówiono „narodowość niezdecydowana lub nieokreślona”, a takich była większość na Śląsku. Z kolei dla Ślązaków chacharami byli obcy. A ile takiego chacharstwa zwaliło się po wojnie na Śląsk, ze mną włącznie, to na wołowej skórze nie zliczysz.

Prof. Zbigniew Kadłubek na blogu „Gryfinie” w słowniku ślonskim zadaje pytanie po swojemu: „Skond sie wzion chachor?”. I odpowiada: „Od kiedy byli ludzie i miasta, od wtedy były też chachory. (...) Chachor bez cołki życi poradzi yno chachorzyć. Tak się niekeremu zdowo: To je taki chachor, już nic z niego niy bydzie”.

Chachary w tytule ludowej historii Górnego Śląska są więc całkowicie na swoim miejscu. Można tylko zapytać: czy da się wyjść z chacharskiego stanu przez wykształcenie, pozycję społeczną? Niektórym się udaje...

Czytaj też: Kmiecie, komornicy, parobkowie. Odmiany włościańskiego bytu

Bogaczy chleb powszedni

A więc chachar to ktoś z dołów społecznych, kto nie mieści się w ustalonych normach lub je przekracza. Czasami ktoś podejrzany. O nich jest chacharska ludowa historia. Dotychczasowe ludowe historie to historie chłopskie. Ale Śląsk był pierwszym w świecie słowiańskim regionem uprzemysłowionym. Pojęcie „lud” obejmuje więc, przynajmniej od połowy XVIII w., wszelkich robotników, górników, hutników... Oczywiście z chłopstwa się wywodzących. Po drugiej wojnie chłopi z całego kraju szukający na Śląsku pracy trafiali do kopalń, hut, zakładów mechanicznych, zbrojeniowych. Liczeni byli w setkach tysięcy. To ciągle śląski lud. A lud dzisiaj to również pracownicy marketów, korporacji, logistyki, pielęgniarki... Czy ludem nie są aspirujący do klasy średniej? To także niższy szczebel obecnej drabiny społecznej.

W końcu, rzec można, z chacharstwa wszelkiej maści zrodziło się na Śląsku nowoczesne społeczeństwo przemysłowe. A ta ludowa historia, nie tylko Śląska, rozgrywa się na naszych oczach, ba, jesteśmy jej aktorami.

„Moja historia ludowa Górnego Śląska [w części również całego Śląska – JD] skupia się na zróżnicowanych formach wychodzenia ludu (przede wszystkim chłopów i robotników) spod dominacji panów, kleru i władz państwowych”, mówi Zalega. Jeżeli tak, to bez wątpienia jest to historia wszelkich buntów. Najczęściej krwawych. Od zarania po czasy współczesne. Chłopi i robotnicy kwestionujący układ społeczny wszędzie spotykali się z ostrą reakcją elit – traktowano to jako ludowe wtargnięcie w porządek społeczny.

Snuć ją zaczyna fragmentem eseju „Opis pewnej prowincji” pochodzącego z Gliwic Horsta Bienka (1930–90), niemieckiego pisarza i publicysty, pasjonata śląskiej historii, który swoją twórczość (m.in. powieść „Pierwsza Polka”) związał ze śląskimi klimatami. Rodzina niemieckich Ślązaków musiała w 1945 r. opuścić Gliwice – powrócił tu dopiero w 1987 r. i odbył sentymentalną podróż, również w średniowieczne czasy:

„A gdy nadszedł czas żniw, nadjechali na koniach mężczyźni z miast albo wysokich zamków i żądali swojej części. Była to duża część, gdyż mówili, że do nich należy ziemia i wszystko, co na niej rośnie. Tak więc zabrali im wszystkie owoce ziemi i drzewa wycinane w lasach kazali spławiać w dół rzek, podczas gdy biedni chłopi wygotowywali z buraków ostatnią słodycz i śrutowali w żelaznych walcach pozbierane po żniwach ziarno na swój chleb powszedni, a w zamkach bogaczy zimą do późnej nocy paliło się światło i muzyka grała do tańca (...)”.

Trudno o lepszy początek ustawionej w pionie ludowej historii.

Biskupi bali się wrócić na Śląsk

Takie obciążenia, takie traktowanie musiało budzić sprzeciw chłopów. I tak było: „W początkowej fazie wprowadzania feudalnych porządków (i chrześcijaństwa) w 1038 roku Śląsk objęło wielkie powstanie ludowe. Pochodzące z tego okresu ślady pożarów wielkich grodów, w tym Opola, mogą mieć związek z tymi wydarzeniami. Znaczące też, że po tych wydarzeniach biskupi wrocławscy aż przez 12 lat nie odważyli się wrócić na Śląsk”**. To powstanie ludowe w naszej historii odnotowano jako „reakcję pogańską”.

O czym opowiada chacharska, ludowa historia Śląska? Oto parę jej odsłon, mgnień.

Historię Śląska od XI do końca XX w. (włączając tragedię kopalni „Wujek” w grudniu 1981) można pisać wielkimi i krwawymi buntami chłopskimi, rewoltami, powstaniami, strajkami. W sumie: nieposłuszeństwem wobec panów i państwa.

W XV w. wieś śląska zasłynęła dużym poparciem dla husytów. I słono za to płaciła. W okresie reformacji, na przełomie XVI i XVII w., Śląsk był regionem zdominowanym przez protestantyzm: „Habsburgowie musieli mocno chwycić ten region w karby, żeby przywrócić jedynie słuszną wiarę katolicką. Kontrreformacja to jednocześnie proces refeudalizacji, powrotu pańszczyzny. I ponownego wybuchu buntów chłopskich. A od połowy XVIII wieku do połowy XIX wieku mamy na Śląsku stan permanentnej chłopskiej wojny”. Dzisiaj powiedzielibyśmy: wojny hybrydowej. Bo nie tylko zasadzano się na panów, plądrowano i palono dwory, walczono w zbrojnych potyczkach, ale też chłopi procesowali się w sądach i pisali supliki (prośby) do króla Prus.

Historyczne apogeum buntu śląskich chłopów to lata 1811–48, do Wiosny Ludów. Pod koniec 1810 r., edyktem króla Prus Fryderyka III, miało zostać zniesione poddaństwo. To przed chłopstwem zostało zatajone. Nadal zmuszani byli do pańszczyzny. Od stycznia 1811 zaczęli więc nachodzić dwory, aby pokazano im wyzwalający edykt. Tylko w lutym za „edykt wolności” straciło życie ok. 70 chłopów, a blisko 800 spraw przeciw nim trafiło do sądów. Ruchawki chłopskie trwały aż do września 1848 r., kiedy parlament pruski zniósł resztki poddaństwa osobistego, jurysdykcję patrymonialną i ustanowił pełną własność chłopską. Dostrzegł je nawet Fryderyk Engels, pisząc (w kontekście Wiosny Ludów) o „krzepkim wandalizmie wojny chłopskiej na Śląsku”. Pozostali na roli chłopi musieli wykupić od panów ziemię, na której pracowali – do magnatów popłynęła więc rzeka talarów. Poszły na inwestycje w przemyśle.

Śląsk: tak się zaczęła nowa epoka

Zaczęła się zupełnie nowa epoka w dziejach Śląska – nastał czas przemysłu. Wolni chłopi – tania siła robocza – ruszyli ze wsi do kopalń, hut i fabryk. Ale ta chłopska walka zakończyła się mocnym akordem. Na fali buntu trwającego ponad 30 lat wiosną 1848 r. do Zgromadzenia Narodowego w Berlinie i zwołanego we Frankfurcie parlamentu ogólnoniemieckiego (to konsekwencja Wiosny Ludów) kilkunastu polskojęzycznych chłopów, po raz pierwszy w dziejach, zostało wybranych posłami. Prawdziwych chłopów. W ławach zasiedli gospodarze: Kiełbasa, Gorzołka, woźnica Minkus... Ich kariery parlamentarne trwały krótko, eksperyment zakończył się wraz ze stłumieniem Wiosny Ludów. Ale był, ślad pozostał – to kawałek ludowej historii Śląska, teraz i Polski. Pierwsi parlamentarzyści prawdziwą gębą byli Ślązakami.

Chłopi, stając się robotnikami, pozostali najczęściej „we władzy” starych panów. Bo to magnaci dodali przemysł do swoich ziemskich posiadłości. Tylko bunty nazywano już strajkami. Byli niby wolni, ale czy mieli lepiej?

W 1860 r. skrupulatna pruska biurokracja odnotowała rozwarstwienie ludności w 100-tys. powiecie bytomskim:

1. Rodzimi milionerzy – 0,008 proc.
2. Ludzie bogaci (nie milionerzy) – 0,037 proc.
3. Dobrze sytuowany stan średni – 0,35 proc.
4. Właściwy stan średni – 1,37 proc.
5. Drobny stan średni – 5,18 proc.
6. Robotnicy, którzy przy wytężonej pracy mogą stale wyżywić siebie i swoje rodziny – 13 proc.
7. Proletariusze żyjący z dnia na dzień – 80 proc.

Pruska skrupulatność imponuje, ale wielkość proletariuszy, chacharów, żyjących z dnia na dzień – szokuje. Różnego rodzaju ruchawki były na porządku dziennym. Nagminnie uciekano w alkohol. A dyrekcje zakładów „sprzyjały” pijaństwu. Jeszcze w latach 70. XIX w. większość kopalń górnośląskich wypłacała zarobki nie poszczególnym górnikom, lecz grupowo, całym zespołom, brygadom. Zarówno tym od wytężonej pracy, jak i łapiącym się na robotę z dnia na dzień. Nazywano to Kameradschafliche Lohnung (koleżeńska wypłata, rozliczenie): „Było to wygodne dla dyrekcji, gdyż odpadała konieczność sporządzania list pojedynczych wypłat. Problem w tym, że aby zmienić otrzymane banknoty na drobniejsze nominały, całe grupy górników udawały się z reguły do karczmy, no bo gdzie. W ten sposób w dniach wypłat alkohol lał się strumieniami, a górnicy niemal od razu tracili sporą część zarobku”.

Dopiero interwencja Wyższego Urzędu Górniczego (wypadki po alkoholu) oraz presja prasy rozpisującej się o niedoli robotników wymogły na dyrekcjach wprowadzenie wypłat indywidualnych.

Czytaj też: Jak sądzili się chłopi

Karczemny kij miał dwa końce

W tym ludowym, chacharskim krajobrazie śląskim karczmy zyskiwały na znaczeniu, z czasem podejrzanym dla władz. „Karczemny kij” miał dwa końce. Ciasne mieszkania nie nadawały się do spotkań towarzyskich, więc w większym gronie spotykano się w karczmach i gospodach. Pisano o „gospodach jako miejscach wypoczynku i polityzacji”. Władze obawiały się karczm jako miejsc, gdzie mógł zrodzić się bunt, a robotników publicznie stawiano pod pręgierzem jako pijaków. Knajpy były czynnikiem integrującym środowisko w sensie zawodowym i narodowym. „Śląskie szynki były miejscem agitacji i zbiorowego czytania gazet. Spełniały w tych burzliwych czasach rolę plebejskich klubów politycznych”.

To tylko kilka odsłon z „Chacharów. Ludowej historii Górnego Śląska”, która dalej, przez burzliwy XX w., snuje się do czasów współczesnych i nadal pokazuje lud próbujący wyjść spod dominacji „panów, kleru i władz państwowych”. Już te parę wyimków powinno przedstawiać charakter śląskiej ludowej historii – różnej, przynajmniej do 1918 r., od chłopskiej ludowej historii Polski. Tak jak cała historia Śląska będącego we władzy Czech, Austrii, a od połowy XVIII w. do końca I wojny światowej niemieckich Prus – inaczej się toczyła niż historia Polski. Leżący w granicach Austrii i Prus Śląsk był w krajach będących centrum modernizacji ówczesnej Europy, a Rzeczpospolita była na jej odległym drugim biegunie.

Położenie chłopa śląskiego wyraźnie różniło się od chłopa polskiego. Śląsk leżał głównie na terenie Prus, państwa absolutystycznego, w którym rozwijała się kultura biurokratyczna; dla jego funkcjonowania niezbędne były urzędy. Rzeczpospolita tego nie doświadczyła. „W demokracji szlacheckiej na czele państwa stał król, ale de facto było to, jak pisał Jan Sowa, »fantomowe ciało króla«, a państwo było zlepkiem większych i mniejszych włości szlacheckich, które niewiele ze sobą łączyło. (...) A w państwach absolutystycznych wyglądało to inaczej, co widać po sytuacji chłopów.

Tu też podkręcano im śrubę, wraz z ponownym wprowadzeniem pańszczyzny w XVII wieku, ale były możliwości odwołania się do władz centralnych – i czasami nawet udawało się te spory wygrywać. Co więcej, w państwie, które działało, łatwiej było także ponadregionalnie skorygować chłopskie bunty. W Rzeczpospolitej niezadowoleni ze swojego położenia chłopi uciekali do innego szlachcica. W kraju, gdzie działał sprawny aparat państwowy, szło to dwutorowo (hybrydowo – JD) – z jednej strony był ten masowy i oddolny opór, z drugiej kierowano petycje do urzędów, co łączyło się też z mitem dobrego władcy. I taka sytuacja przetrwała na Górnym Śląsku do połowy XIX wieku”.

Z kolei w sąsiedniej Rzeczpospolitej, nie licząc wojen kozackich, nie dochodziło do wystąpień chłopskich o takiej skali i zasięgu terytorialnym. Chyba jedynym podobnym przykładem była „rabacja galicyjska” (rzeź tarnowska) w 1846 r., mająca charakter antyszlachecki i antypańszczyźniany.

Polska idealizowana

Wśród wielu czynników odróżniających „lud śląski” (chłopów i robotników) od „ludu polskiego” była oświata. W 1819 r. Prusy jako pierwsze państwo na świecie wprowadziły obowiązek szkolny. W tym czasie na ziemiach dawnej Rzeczpospolitej obowiązywała zasada: chłop to jak bydło, im głupszy, tym łatwiej zaakceptuje swój los. W połowie XIX w. do szkół już chodziło 50–60 proc. śląskich dzieci. Pod koniec wieku można mówić o likwidacji analfabetyzmu. Książki i gazety zaczęły masowo trafiać pod strzechy. Zmieniała się chłopska i robotnicza mentalność. Świadomość. Na pewno miała wpływ na radykalizm wystąpień, a później żądań robotników. Tymczasem po I wojnie w odradzającej się Polsce na ziemiach zaboru rosyjskiego było 60 proc. analfabetów, w Galicji po zaborze austriackim – 40 proc. A w przyłączonej do Polski części Górnego Śląska – 1,5 proc.!

Z dzisiejszej śląskiej i polskiej perspektywy ważne jest podejście ludu śląskiego do spraw narodowościowych. Na przełomie XIX i XX w. konflikt klasowy zdecydowanie przeważał nad narodowym: „Narody de facto są wynalazkiem XIX wieku. Wiosna Ludów, poza swoimi dążeniami do demokratyzacji społecznej, przyniosła przebudzenie narodowe wśród warstw średnich. Natomiast wśród klas ludowych to przebudzenie było o wiele późniejsze (...).

Gdyby w 1918 r. przeprowadzić badania wśród osób polskojęzycznych, to okazałoby się, że mniejszość z nich odpowiedziałaby, że uważa się za Polaków. Nawet w Niemczech, gdzie wcześniej wprowadzono powszechną edukację i służbę wojskową – a są to czynniki narodowotwórcze – po I wojnie światowej ujawniły się silne nastroje secesjonistyczne i konflikty międzyregionalne. Konflikty narodowe na Górnym Śląsku pojawiły się tak naprawdę dopiero na przełomie wieków, a zaostrzyły się na początku XX wieku, a potem osłabły. W wyborach 1912 r. zauważalny był spadek głosów na listy polskie i stąd wysnułem hipotezę, że gdyby nie I wojna, to wcale nie jest powiedziane, że ta polskość śląska by przetrwała”.

Lud śląski do odradzającej się Rzeczpospolitej przyciągnął mit „Polski społecznej równości”. On pchał ku powstaniom, ku Polsce. Miała być innym, nowoczesnym i sprawiedliwym krajem. Polskę idealizowano. Na wielotysięcznych wiecach padały postulaty zniesienia różnic klasowych i uspołecznienia bogactw narodowych. Niestety, szybko przyszło rozczarowanie. Powojenne czasy były kryzysowe zarówno na polskim, jak i niemieckim Śląsku, ale to przede wszystkim po naszej stronie zaroiło się od biedaszybów – efekt gigantycznego bezrobocia. Zaczęło też iskrzyć między miejscowymi a napływowymi. Eugeniusz Kopeć, historyk, pisał w „My i oni na polskim Śląsku”: „Jedną z najczęstszych wad, które przynoszą ze sobą na Śląsk wyżsi urzędnicy z innych dzielnic Polski, to ta wstrętna wielkopańskość i szlacheckość, która w tak zdemokratyzowanym społeczeństwie, jak je spotykamy w województwie śląskim, przynosi wiele szkody”.

W pierwszej połowie lat 30. przez Górny Śląsk przetoczyła się największa w historii fala wystąpień bezrobotnych. Dochodziło do krwawych starć z policją. Gdy polski Śląsk dopiero zaczął wychodzić z kryzysu, po drugiej stronie, już pod władzą Hitlera, gospodarka nabierała tempa, kwitła, a robotnicy znaczenia... Wprowadzono roboty publiczne, które zlikwidowały bezrobocie. Codziennie z polskiej strony do przygranicznych zakładów przechodziło i przejeżdżało ok. 20 tys. pracowników. Potem opowiadali o świadczeniach socjalnych, zarobkach... Zaczęto szeptać, że i tu powinien przyjść Hitler i zrobić porządek.

Historia zakończyła się dramatem

W tym czasie górnicze związki zawodowe podjęły walkę o skrócenie czasu pracy do sześciu godzin bez obniżki płacy (wówczas z nadgodzinami dniówki wydłużane były do 11–12 godzin). Pozwoliłoby to przyjąć do pracy ok. 20 tys. bezrobotnych. Zgody nie było – uznano, że stoją za tym bolszewiccy agitatorzy, i policja przystąpiła do masowych aresztowań górników jako domniemanych komunistów, aby spacyfikować nastroje. Rozpoczęły się protesty – z najgłośniejszym w marcu 1937 r. w kopalni „Giesche” (po wojnie „Wieczorek”), gdzie do strajku okupacyjnego, połączonego z głodówką, przystąpiło 2,5 tys. górników. „Gazeta Robotnicza” pisała: „Strajk głodowy w kopalni »Giesche« przybrał formy tragiczne. Zupełnie osłabionych i wyczerpanych, a po części nieprzytomnych 45 górników wywieziono na powierzchnię. W szpitalach lekarze starają się z wielkim trudem o uratowanie ich”.

Ten strajk odbił się szerokim echem w całym kraju. Efektem było skrócenie czasu pracy do siedmiu i pół godziny. Trzeba zauważyć, że podobnego charakteru nabierały górnicze strajki w PRL, a nawet w III RP, choć już pod innymi „państwowymi panami”.

Przedwojenna historia polskiego Śląska zakończyła się dramatem: Polska zdobyła Śląsk, ale straciła Ślązaków. Śląski lud. Widać to było w pierwszych dniach września 1939 r. na owacyjnych wiecach witających żołnierzy niemieckich. Wizja odrodzonej Polski według Ślązaków rozmijała się całkowicie od tej tworzonej przez inteligentów z Krakowa, Poznania i Warszawy.

O okresie Polski Ludowej można to samo powiedzieć: straciła Ślązaków. Lud śląski, przemysł śląski odbudowywał zrujnowany kraj i dźwigał z wielowiekowej zapaści polską wieś. Co dostał zamian?

Po wojnie zmieniła się struktura społeczna na Śląsku: „Ślązacy wyjeżdżali do Niemiec za lepszym życiem, mając dość polskojęzycznej wersji historii, albo zamykali się w sobie. »Gettoizacja« środowiska śląskiego jest czymś, o czym dzisiaj mało się pamięta. Jak przyjeżdżali ludzie do roboty na Śląsk, to dostawali przydział na nowe mieszkania w blokach, starzy mieszkańcy Śląska zostawali w familokach i przedwojennych kamienicach (woda na półpiętrach była luksusem, wychodki na podwórkach – JD). W ten sposób tworzyły się dwa odrębne od siebie światy, które bardzo długo się nie przenikały. Sytuacja zaczęła się normalizować dopiero pod koniec rządów Gierka”.

Z drugiej strony zaprzęgano górników w kierat pracy prawie takiej jak przed wojną – po kilkanaście godzin roboty z nadgodzinami, bez wolnych niedziel. Stąd na starym i nowym ludowym Śląsku zaczęły pobrzmiewać postulaty pracownicze i żądanie demokratyzacji. Najpierw wybrzmiały w kopalniach Jastrzębia-Zdroju zdominowanych przez ludność napływową, żeby znaleźć tragiczny finał w tradycyjnie śląskim „Wujku” w Katowicach.

„Chachary. Ludowa historia Górnego Śląska” różni się od polskich ludowych historii. Ale można dostrzec też warstwy wspólne: to opowieści o naszych dziadkach ze wsi i rodzicach z szarych bloków.

***

Dr Dariusz Zalega – historyk, dziennikarz, reżyser filmów dokumentalnych. Pasjonat historii Śląska, ruchu robotniczego i... czeskiego piwa. Na co dzień prowadzi fanpage Zbuntowany Śląsk, a z żoną knajpę Rebel Garden w Chorzowie. Wydał m.in. „Bez Pana i Plebana. 111 gawęd z ludowej historii Śląska” i „Śląsk zbuntowany”, za tę ostatnią był nominowany do Nagrody Historycznej POLITYKI.

* Cytaty pochodzą z „Chacharów...” i rozmowy z Dariuszem Zalegą w serwisie culture.pl.

** Prof. Jan Sowa wydał m.in. książki „Fantomowe ciało króla”, „Inna Rzeczpospolita jest możliwa. Widma przeszłości, wizje przyszłości”. Przed trzema laty głośno było o jego artykule w OKO.press: „O fałszywej ideologii polskiej wyższości. Od XVI wieku po Morawieckiego i Jakiego”.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

null
Nauka

Kleszcz: pospolity, łąkowy, afrykański. Dlaczego nam grożą i jak się ich pozbyć

Wiktoria Romanek z Wydziału Biologii Uniwersytetu Warszawskiego opowiada „Polityce” o tym, jak rozróżnić kleszcze, o Narodowym Kleszczobraniu oraz tym, co robić, gdy znajdziemy kleszcza wbitego w nasze ciało lub ciało naszego czworonożnego przyjaciela.

Maciej Jaźwiecki
16.06.2024
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną