Wielkie podwórko
Doktryna Trumpa to podróż w czasie o dwa stulecia. Serce półkuli bije już gdzie indziej
Komentarze po opublikowaniu nowej amerykańskiej Narodowej Strategii Bezpieczeństwa (ang. The US National Security Strategy, NSS) niemal jednogłośnie porównują ją do XIX-wiecznej doktryny Monroego, czyli waszyngtońskich ambicji zapanowania nad Ameryką Łacińską. Szokujące jest to, jak niewielu analityków wyłapało różnice między tymi dwoma projektami. Mało tego, w pierwszych dniach 2026 r. sam amerykański prezydent, przemawiając ze swojej posiadłości w Mar-a-Lago po aresztowaniu i wywiezieniu do USA wenezuelskiego dyktatora Nicolasa Maduro, przechrzcił ową doktrynę na „Donroe”. Udowodnił tym samym, że chciałby cofnąć geopolityczny, ekonomiczny i społeczny zegar o niemal dwa stulecia (doktryna została oficjalnie ogłoszona w 1823 r.). Umknął mu fakt, że świat, a przede wszystkim układ sił na nim, wygląda zupełnie inaczej. Inni gracze nie mają ochoty rezygnować ze zdobyczy ostatnich 200 lat, co byłoby konieczne, żeby serce całej półkuli rzeczywiście biło w Białym Domu.
Czytaj też: Jak USA stawały się mocarstwem
Kiedy James Monroe, raptem piąty prezydent Stanów Zjednoczonych, ogłaszał plan dominacji nad kontynentami amerykańskimi, ich polityczna mapa wyglądała zupełnie inaczej. Większość krajów Ameryki Łacińskiej była zaledwie kilkuletnimi republikami. Latynoameryka przypominała rzekę lawy, gorącej od politycznych i militarnych wybuchów, daleką od zastygnięcia. W miarę uregulowane granice miały Argentyna, Chile i Meksyk, choć to nie uchroniło ich od wojen w następnych dekadach. Dzisiejsze Peru i Boliwia pozostawały jeszcze hiszpańskimi koloniami, tak samo Kuba.