Hobo na kolejowym szlaku
Hobo, włóczędzy na kolejowym szlaku. Jak zapisali się w historii Ameryki? To cała subkultura
„Wsiąść do pociągu byle jakiego, nie dbać o bagaż, nie dbać o bilet. Ściskając w ręku kamyk zielony…” – śpiewa Maryla Rodowicz. Był czas, że na gapę jeździły tysiące ludzi. W ręku ściskali nie kamyk na szczęście, tylko coś, co nadawało się do obrony albo ataku.
Wyobraźmy sobie taką scenę: lata wielkiego kryzysu w Stanach Zjednoczonych, rok 1932, bocznica kolejowa w jakimś mieście. Trzymajmy się repertuaru Maryli Rodowicz – niech to będzie Syracuse z „Ballady wagonowej” napisanej przez Agnieszkę Osiecką. Na bocznicę w kłębach pary wtacza się pordzewiała lokomotywa pamiętająca czasy prosperity po pierwszej wojnie światowej, a za nią ciągną się wagony towarowe: kryte, przeznaczone do przewozu bydła i koni oraz odsłonięte platformy z materiałami budowlanymi i żelastwem. Z wagonów zaczynają wyskakiwać ludzie: dwóch, pięciu, dziesięciu…, trzydziestu… Robotnicy kolejowi oczekujący tego składu, by go rozładować, od razu poznają, kim są pasażerowie, którym niestraszna podróż w siermiężnych warunkach – to hobo.
Armia włóczęgów
Hobo znaczy włóczęga, ale hobo przemierzający Stany Zjednoczone w pociągach towarowych nie byli zwyczajnymi włóczęgami – niebieskimi ptakami wędrującymi bez celu lub gnanymi przez zew przygody. Choć i tacy się między nimi zdarzali. Prawdziwy hobo ryzykował skok do towarowego pociągu, by dojechać do miejscowości, w której miał szansę znaleźć pracę lub przynajmniej porządnie się najeść w jadłodajni prowadzonej przez organizację charytatywną lub jeden z kościołów. Hobo pojawili się wraz z podbojem amerykańskich prerii przez „żelaznego konia”, czyli od końca lat 60. XIX w., kiedy pierwsza linia transkontynentalna połączyła Wschodnie Wybrzeże z Kalifornią i wybrzeżem Pacyfiku.