Europa od wieków podzielona

Dwie Europy
20 lat temu runął mur, który dzielił Berlin fizycznie i Europę symbolicznie. Jednak podział Europy na wschód i zachód dokonał się parę stuleci temu.
Karol Ludwik Monteskiusz
Charles de Secondat/Wikipedia

Karol Ludwik Monteskiusz

Autorzy oświeceniowi upowszechnili modę na pisanie o krajach i ludach w kategoriach postępu lub zacofania. Hrabia Louis Philippe de Segur, ambasador francuski w Petersburgu, podczas swojej podróży do Rosji, którą opisał w dziennikach z 1785 r., zauważył, że „Berlin to ostatni prawdziwie europejski dwór”, a Polska jest krajem „półcywilizowanym, podróż przez nią to jak cofanie się o dziesięć stuleci”.

Podobne akcenty pobrzmiewały i wcześniej. W 1716 r. angielska arystokratka, lady Mary Wortley Montagu, wyjechała wraz z mężem do Konstantynopola – pełnić on miał tam urząd ambasadora angielskiego. Państwo Wortley postanowili jechać przez Niemcy, Austrię, Węgry i Bałkany. Lady Mary opisywała wrażenia z podróży w serii listów do rodziny i przyjaciół, które opublikowano w 1837 r. Tak widziała np. ziemie czeskie: „Królestwo Bohemii jest bardziej opuszczone niż jakiekolwiek widziane przeze mnie tereny niemieckie; wsie są tak biedne, a domy dla podróżnych tak nędzne, nie wszędzie mają czystą słomę i wodę”. Praga wydawała się lady Mary niegdyś wspaniałym, lecz podupadłym miastem cesarskim: „Zabudowania są w większości stare i niezamieszkane, co sprawia, że domy są bardzo tanie, więc ludzie, którzy nie mogą pozwolić sobie na mieszkanie w Wiedniu, wybierają Pragę”.

Prawdy i mity

Gdy lady Mary miała opuścić Wiedeń i przez Węgry wjeżdżać w głąb Bałkanów, wiedeńskie towarzystwo desperacko próbowało odwieść ją od tego zamiaru: „Znajome panie są dla mnie tak dobre, że płaczą zawsze, gdy mnie widzą, gdyż zdecydowana jestem odbyć tę podróż”. Listy, pisane tuż przed wyjazdem z Wiednia, są właściwie listami pożegnalnymi – najwyraźniej lady Mary sądziła, że może z tej eskapady nie wrócić, a na pewno nie spotka nigdzie sprawnie działającej poczty. Czarne przepowiednie nie sprawdziły się: po dwóch tygodniach była już w Nowym Sadzie, gdzie „ledwo powstrzymywała śmiech na wspomnienie wszystkich straszliwych opowieści”.

Mit istniał i po drugiej stronie granicy. W przypadku Europejczyków, którym przyklejano etykietkę „Wschód”, istniały dwie strategie konfrontacji z tym mitem. Można było uznać wyższość Zachodu i krytykować zacofanie i niedociągnięcia we własnym kraju, bądź dementować pogłoski o Zachodzie jako krainie mlekiem i miodem płynącej i poprzez kontrast budować własne poczucie wartości.

Miejsce, jakie Polacy wyznaczali sobie w tej Europie, nie różniło się zbytnio od tego, jakie chcieli im wyznaczyć Anglicy czy Francuzi. Wileński bernardyn, Juwenalis Charkiewicz, odbył w 1768 r. podróż do Walencji w Hiszpanii i spisał dziennik z tej podróży. Podobnie jak angielska arystokratka, natychmiast zwrócił uwagę na różnice pomiędzy miastami polskimi a niemieckimi. Już Kraków był „dobrze opatrzony, na podobieństwo miast cudzoziemskich, nie tak jak po innych naszych miastach rozwaliny widzieć się dają”. Wygląd niemieckiego miasteczka na Śląsku, które nazywał Billicz, jeszcze bardziej odbiega od polskich standardów: „W cesarskim mieście są już mury użyteczniejsze, i wał murowany, ludność i handle większe”. Niemieckie drogi i obyczaje drogowe również wypadały korzystniej w porównaniu z polskimi: „poczcie wszyscy muszą z drogi ustępować (...). Zdziwiłem się porządkowi dobremu, iż nie jak to u nas, kto mocniejszy ten tego na drodze bije, i ustępować, acz z ciężarem, każe, nawet i poczcie nie przebaczając”.

Byli i tacy, co przyjęli przeciwną postawę. Denis Fonwizin, rosyjski dramaturg z czasów Katarzyny II, w swoich listach z podróży do Francji i Włoch, którą odbył z żoną w latach 1777–1778, pisze o zachodniej Europie – upadłej moralnie, pełnej brudu i smrodu. Według niego, przekraczając niemiecką granicę, „po smrodzie poznać można, że jest się we Francji”. Francuzi mieli zajmować się jedynie teatrem i rozrywkami, nie czując potrzeby doskonalenia duchowego i umysłowego. Ich domy były źle utrzymane, a życie poniżej poziomu, który rosyjscy magnaci uważali za godny arystokraty. Francuzi, a Włosi jeszcze bardziej, mieli być rozpustni, wyzuci z honoru i mordować się nawzajem z upodobaniem.

Zatem Polacy raczej z pokorą przyznawali się do swojej podrzędnej roli i wyrażali chęć reform, aby stać się jak Europa Zachodnia. Rosjanie natomiast próbowali budować swoją tożsamość na odrzucaniu wartości, które uważali za fundamentalne dla Europy Zachodniej.

Podobieństwa i różnice

Za jednego z popularyzatorów przekonania, że Wschód jest inny, można uznać Monteskiusza; on znalazł polityczne uzasadnienie tego podziału. W 1748 r. ukazało się „O duchu praw”, w którym mowa była m.in. o naturalnych predyspozycjach terytoriów do systemów władzy. Monteskiusz uznał, że umiarkowany klimat Francji, Szwajcarii czy północnych Włoch sprzyja rozwojowi republik – umiarkowanie klimatu równało się umiarkowanemu temperamentowi ludności. Mieszkańcy krajów śródziemnomorskich (do których Monteskiusz nie zaliczył Francji) mieli być porywczy i leniwi, skłonni raczej do uprawiania sztuki niż handlu. Narody północne uznał za ruchliwe, zaradne, skłonne do formowania monarchii, gdyż bardziej interesowały je pieniądze niż władza. Polska i Węgry były zwyrodniałymi demokracjami, które staczały się ku tyranii. Poza tym niziny i otwarte przestrzenie bez naturalnych granic sprzyjały, według Monteskiusza, rozwojowi dużych państw, które z racji swoich rozmiarów mogły funkcjonować tylko wtedy, gdy były despotyczne. Tak więc Monteskiusz skazał Europę Środkową i Wschodnią na despotyzm.

W duchu podobnym jak u XVIII-wiecznych autorów pisał w 1806 r. Chateaubriand o austriackim porcie Triest: „(...) nie ma tu zabytków. Ostatni powiew od Włoch kona na tym wybrzeżu, gdzie się już zaczyna barbarzyństwo”. Segur, syn wcześniej wspomnianego ambasadora i adiutant Napoleona, miał podobne jak ojciec spostrzeżenia podczas kampanii rosyjskiej: Napoleon wyruszał do Rosji, krainy śniegu i lodu, aby podbić mroczne imperium. To miało być niemal starcie cywilizacji.

Po tej nieudanej kampanii zadecydowano, kto liczy się na kontynencie europejskim. Kongres wiedeński podzielił kontynent i ugruntował pozycję pięciu wielkich mocarstw: Wielkiej Brytanii, Francji, Prus, Austrii i Rosji. Mało uwagi zwracano na względy narodowościowe; podzielono Europę tak, by żadna z europejskich potęg nie miała powodów do roszczeń terytorialnych. Tereny pograniczne, takie jak Saksonia, Królestwo Polskie lub byłe Prowincje Iliryjskie, dostały się Prusom, Rosji i Austrii. Obywatele podległych terytoriów mieli bardzo ograniczoną swobodę określania swojego miejsca w Europie; jeszcze rzadziej ich przekaz trafiał do opinii publicznej państw zachodnich.

Leopold von Ranke, pruski historyk, w dziele napisanym w 1824 r. ogłosił, że historia europejska jest historią narodów germańskich i romańskich. Tym samym wykluczył Słowian i Węgrów z europejskiej wspólnoty. Na przeciwnym krańcu kontynentu Karamzin pisał historię Rosji z przekonaniem, że europeizacja Rosji, przeprowadzona przez Piotra Wielkiego, zniszczyła prawdziwie rosyjski patriotyzm i że Rosja powinna rozwijać się własnym torem, a nie poprzez naśladownictwo Zachodu. Terytoria na zachód od Rosji były według niego naturalną przestrzenią ekspansji oraz gwarantem, że Rosja pozostanie częścią europejskiego systemu państwowego. Imperia monopolizowały historyczną pamięć o Europie, a tereny leżące pomiędzy Rosją, Turcją, Austrią i Prusami były na marginesie obydwu cywilizacji: franko-germańskiej i rosyjskiej.

Dla podróżników te ziemie pomiędzy imperiami rzadko były celem samym w sobie. Oglądali je tylko przejazdem, w drodze do Petersburga lub Konstantynopola. Sporo było takich jak Chateaubriand, którzy pojechali oglądać starożytne zabytki, barbarzyństwo i zachwycać się brakiem cywilizacji. Należał do niech Lamartine. W 1832 r. popłynął z Marsylii do Aten, zwiedził Grecję, Palestynę, Syrię i Liban, a w następnym roku wrócił do Europy przez Konstantynopol, Bułgarię i Serbię. Jako romantyk podziwiał Serbów, którzy świeżo wywalczyli sobie niepodległość. Nazywał ich „pierwotnym, szlachetnym ludem” i obserwował postępy cywilizacji na serbskich ziemiach: „W domach zaczynają się już pokazywać sprzęty europejskie, kobiety chodzą bez zasłon”. Mimo braku zasłon strój Serbów był tylko prawie europejski. Prawdziwa Europa zaczynała się dopiero po drugiej stronie Sawy (którą Lamartine pomylił z Dunajem!): „Dachy (belgradzkich) meczetów są podziurawione, mury potrzaskane, w opuszczonych przedmieściach pełno nędznych ruder i stosy gruzów; miasto podobne do wszystkich miast tureckich, wąskimi, krętymi uliczkami schodzi ku rzece. Semlin, pierwsze miasto węgierskie, lśni na przeciwległym brzegu Dunaju całym blaskiem miasta europejskiego; dzwonnice wznoszą się naprzeciw minaretów”. Chrześcijańska Serbia nosiła na sobie piętno tureckie, więc według Lamartine’a, nie była w pełni europejska.

Kontrasty Europy

W XIX w. określenie Orient zmieniało znaczenie. To, co dla Europejczyków było półcywilizowane, dla Amerykanów stanowiło pełną egzotykę. W 1882 r. wydano w Stanach Zjednoczonych książeczkę pod tytułem „Podróże orientalne. Od Adriatyku po Bałtyk. Podróż klubu Zigzag z Wiednia do Złotego Rogu”. Były to relacje z (zapewne fikcyjnej) podróży nauczyciela i grupy uczniów. Ich trasa: Wiedeń–Belgrad–Sofia–Konstantynopol–Sewastopol–Charków–Moskwa–Niżny Nowogród–Petersburg symbolicznie nakreśliła sferę ziem jeszcze bliskich Europie, lecz już orientalnych („Podróże klubu Zigzag po Europie” wydano wcześniej; chłopcy odwiedzili Anglię, Szkocję, Belgię i Francję). Klub Zigzag podróżował bez politycznych podtekstów, bardziej w poszukiwaniu kuriozów, egzotycznych widoków, wydarzeń i ludzi. Celem wyprawy był jarmark w Niżnym Nowogrodzie – „by zobaczyć całą Europę i Azję w jednym miejscu”. Mamy tu Wschód w wersji obrazkowej, uzdatnionej dla amerykańskich dzieci: „Tu słoneczna Persja odkrywa swoje szlachetne materie, mroczna Syberia jałowe produkty swoich stepów, lasów i wzgórz. Dalekie Chiny ślą herbatę, widzi się wszystkie odmiany Tatarów. Cyganie zjeżdżają do miasta z miejsc, o których niewiele wie historia i cywilizacja”. Chłopcy spotykają nawet niedźwiedzie syberyjskie. Znamienne, że Orientem jest już nie tylko Bliski Wschód czy muzułmańskie kraje południowo-wschodniej Europy, lecz również Rosja.

Historyk Gerard Delanty pisał, że Europa u progu XX w. miała dwie granice na wschodzie: stepową i turecką. Ta stepowa kształtowała się w zależności od potęgi Rosji, a turecka – imperium osmańskiego. Europa Zachodnia od czasu odkryć geograficznych była zwrócona na zachód i południe i w tych kierunkach następowała jej ekspansja. Ameryka, a później Afryka i Azja były łatwiejszym łupem niż wschodnia Europa, strzeżona przez Niemcy i Rosję.

Niewidzialna granica, dzieląca Europę Wschodnią od Zachodniej, była ruchoma. Nigdy nie zawędrowała tak daleko na zachód jak w latach powojennych. Berlin padł ofiarą najbardziej wyrazistego w historii urzeczywistnienia stereotypu Wschodu i Zachodu; jego podział odzwierciedlał charakter powojennego podziału całej Europy. Pozwalał fałszywie sądzić, że różnice sprowadzały się do bogactwa po jednej i biedy po drugiej stronie. W rzeczywistości podział dawał o sobie znać w historiografii i w sposobie uprawiania polityki. Jego korzenie tkwiły głęboko w przesądach obecnych od stuleci. W pewnej mierze żelazną kurtynę wymyśliliśmy sobie sami.

 

Czytaj także

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj