Klasyki Polityki

Melanż

Co robią dzieci, gdy nas nie ma w domu

Dzieci – jako się rzekło - dorosły. Dzieci – jako się rzekło - dorosły. Mirosław Gryń / Polityka
Naśladują nas – dorosłych, powiadają obserwatorzy. Sześcioletnie panienki handlują narkotykami, a jedenastoletni młodzieńcy próbują zapobiec rekonstrukcji imperium sowieckiego.
Bez gadżetów nie ma zabawy, mówią przedszkolne wychowawczynie.Mirosław Gryń/Polityka Bez gadżetów nie ma zabawy, mówią przedszkolne wychowawczynie.

Artykuł ukazał się w tygodniku POLITYKA w czerwcu 2002 r.

Świat odbity w krzywym zwierciadle dziecięcych zabaw jest śmieszny i straszny zarazem.

Podłoga za barkiem to pomieszczenie Wielkiego Brata; sofa przy kominku to pokój zwierzeń, a salon to dom w Sękocinie. Zabawa zaczyna się od kłótni, bo wszyscy chcą być Manuelą. 10-letnia Ania z podwarszawskiego osiedla domków jednorodzinnych zostaje Wielkim Bratem. – Wszyscy przychodzą do mnie i mówią, kogo nominują, a ja wyliczam im procenty – opowiada. – Potem siadam na sofie i pytam: jak się czujesz po odejściu z domu tej osoby? Ci, którzy odpadają, chodzą jak duchy i nikt ich nie zauważa. Czasem zapraszamy ich do programu, żeby nie było smutno.

Psycholodzy i socjolodzy twierdzą, że dzieci są takie jak dorośli, których obserwują. Pożywką zabawy zawsze była rzeczywistość. Teraz zabawy nie kształtuje już doświadczenie, ale technika, kultura masowa i konsumpcja. Telewizja i komputer na zawsze zmieniły rodzinę, stały się czymś w rodzaju pastucha powszechnego użytku. I wcale nie dotyczy to wyłącznie rodzin z wielkich miast czy lepiej sytuowanych. Jeśli wyłączyć dzieci z obszarów nędzy i patologii społecznej, gdzie nie ma wiele miejsca na zabawę, jeśli wyjąć dzieci nieprzeciętne, o bardzo wyrafinowanych zainteresowaniach, to można uogólnić: współczesne dzieci żyją w czymś na kształt swojej własnej globalnej wioski, wedle światowo dyktowanych mód, z globalnie lansowanymi bohaterami. Tylko w książkach i wyidealizowanych wspomnieniach dzieciństwo to kraina szczęśliwości i mityczna republika nieskrępowanych marzeń.

Jones trze żółty ser, a Ania zostaje Wielkim Bratem

Dzieci dorosły. Edukuje je telewizja, ale już nie Miś Uszatek, który nigdy w życiu nikogo nie uderzył, ani nie Rumcajs, co jak strzelił nabojem z żołędzia, to najwyżej strącił komuś kapelusz z głowy. Nawet kilkuletnie dzieci swoje widziały i wiedzą już, że jak się strzela, to żeby zabić. Po 11 września ustawiały wieże z klocków i burzyły je atakiem samolotów.

Poproszone o rysunki rysują reklamy. Tłumaczą: „to reklama skarbu podwodnego, który kiedyś odkryłem”, „reklama pieska, który słucha muzyki”. Wyliczanki, układanki zostały zastąpione przez reklamowe slogany, a poczciwa melodyjka „wlazł kotek na płotek” przez skoczne „wszystko w Obi”.

Reklama stała się rzeczywistością, można się w nią bawić. Dzieci rozmawiają o odchudzaniu, dietach, strojach, modelkach, stanikach, butach na obcasach, seksie. Coraz wcześniej łapią się za niebezpieczne zabawy dorosłych.

W mojej praktyce spotykam ośmiolatki, które myszkując po domu znalazły kasetę pornograficzną i ją obejrzały. To dla dziecka szok porównywalny z molestowaniem – mówi dr Irena Sałkowska, prowadząca wraz z dr Agnieszką Galicą poradnię psychologiczną dla dzieci. – Wiek seksualnego wtajemniczenia stale się obniża. Kiedyś widziałam w kiosku chłopczyka, może 9-letniego, który kupował pisemko dla dzieci i „Cats’a”. Pytam kioskarza: co pan mu, na Boga, sprzedaje?! A on na to: dzieci teraz tak kupują.

Nie jest już dla nikogo tajemnicą, że rodzice, mimo biadań psychologów, sadzają dzieci przed telewizorami bez oporów, bez ograniczeń, bez względu na wiek, porę dnia i rodzaj programu. 6-letnia Karolina opisuje realistycznie scenę gwałtu zakończonego morderstwem, a zapytana, czy rodzice pozwolili jej to oglądać, mówi rozsądnie: – Przecież muszę wiedzieć, żeby uważać na obcych! I gdzie tu miejsce na przestarzałą bajkę o Czerwonym Kapturku, który wdał się w nieodpowiedzialną pogawędkę z wilkiem. Zresztą nawet dzieci wyganiane do łóżka przed brutalnym filmem oglądają zwykle wiadomości, które pomogą im jak najszybciej zdobyć umiejętność orientowania się we współczesnym świecie. – Bin Laden jest zły – powtarza na widok każdego brodatego mężczyzny trzylatek.

Filmy i programy telewizyjne, od kiedy istnieją, są inspiracją dziecięcych zabaw. Przez lata wyobraźnię zapładniali czterej pancerni i Zorro, dziś repertuar zmienia się szybko jak w kinie. Często film jest tylko pretekstem, który podnosi atrakcyjność zabawy. 8-letni Kamil z bratem zwykłą poduszkową bitwę przechrzcili na Jurassic Park – oni są badaczami, a poduszki dinozaurami. Od Wielkanocy, kiedy telewizja nadała „Poszukiwaczy zaginionej arki”, w przedszkolu na warszawskim Bemowie dziewczynki bawią się w Indianę Jonesa. – Ja jestem Indianą, a Marta tą moją babką – objaśnia Adela. – Kiedy ona na niby śpi, ja zrywam jej kwiaty, a potem ja śpię, a ona zrywa dla mnie. Kiedy się obudzę, to skrobię spinaczem taki pieniek – trę żółty ser na obiad. Jak zjemy, to czasem szukamy arki; to może być ten sam pieniek co przedtem był serem.

Zabawy dzieci są takie jak rzeczywistość, która je otacza. Kiedyś bawiły się w wycinanie kartek na mięso i kolejki, dziś – w handel narkotykami i zarządzanie firmą.

Moja córeczka za każdą wizytą w McDonaldzie zabierała torebki z cukrem i solą. W końcu ją pytam: po co ci tyle tego? A ona na to, że bawią się w przedszkolu w handel amfetaminą – opowiada ojciec 6-letniej Zosi z Radomia.

Chłopcy nie chcą już być strażakami ani policjantami, raczej gangsterami (– Są lepiej uzbrojeni i rzadziej giną – tłumaczą) albo co najmniej komandosami GROM. Dziewczynki urządzają minidisco czy konkurs piosenki zespołu Ich Troje. Zabawy w szkołę, gotowanie i sklep odchodzą do lamusa. – Czasem bawimy się w sklep ogólnospożywczy, ale wolimy bawić się w firmę – opowiada Ania (ta od Big Brothera). – Odbieramy ważne telefony i chodzimy na zebrania, gdzie omawiamy zyski firmy i spadki cen. Nasza firma nazywa się XXL. W prawdziwych sklepach są batony, lizaki, bluzki i baterie o tej nazwie i my się bawimy, że to jest wszystko nasze.

Horyzonty świata dziecięcego i dorosłych bardzo się zbliżyły – ocenia prof. Roch Sulima, antropolog kultury. – Zabawy, w przekonaniu rodziców, mają być edukacyjne. Bo będziesz musiał prowadzić samochód, sam przechodzić przez jezdnię, pracować na komputerze, rozmawiać przez komórkę. Mój wnuk ma symulator jazdy, komputer, telefon komórkowy. Jest w takiej samej rzeczywistości jak jego ojciec. Może dziecięca spontaniczność kiedyś odpowie na to jakimś rodzajem kontestacji?

Zatarcie granic świata dorosłych i dzieci nie jest wcale takie nowe. Jeszcze w 1600 r. zabawki były przeznaczone tylko dla bardzo małych dzieci, do dwóch, trzech lat. Powyżej tej granicy dziecko bawiło się w te same gry co dorośli, raz z innymi dziećmi, raz z dorosłymi.

Na obrazach Breughla można rozpoznać około stu dziecięcych zabaw. Większość z nich nadal jest znana, choć może w nieco innej formie. Zamiast fajerki z pieca mamy plastikowe kółko, ale istota pozostaje ta sama – mówi Agnieszka Galica.

Najmodniejsza dziś lśniąca, chromowana hulajnoga to nic innego jak nowy model starej, drewnianej zabawki. Fascynacje grą w klasy, gumę czy kapsle odchodzą i powracają. Piłka nożna walczy o lepsze z koszykówką. Na podwórkach królują wszelkie odmiany berka. Dzieci muszą się wyszaleć, to się nie zmienia.

Kiedyś dzieci grały w karty i inne gry hazardowe (na pieniądze), a dorośli nie stronili od bitwy na śnieżki, uwielbiali ciuciubabkę. Ludwik XVIII bawił się z matką w chowanego (wówczas nazywanego zmruż oczko), jedną z najpopularniejszych gier była piłka ręczna. Dopiero odkrycie dzieciństwa rozdzieliło te dwa światy. Kiedyś dorośli bawili się jak dzieci, dziś dzieci coraz sprawniej bawią się w dorosłych.

Rodzi dziecko, a Gastly ma psychoataki

Kiedy zamykają się drzwi dziecinnego pokoju w warszawskim apartamentowcu, Magda i jej 10-letnie koleżanki wyciągają zwędzone wcześniej mamom biustonosze, szminki, długie spódnice. Wypychają staniki chusteczkami jednorazowymi i chichocząc malują usta.

Dziewczynki od zawsze lubiły udawać kobiety, ale kiedyś była to raczej zabawa w dom, wymagająca wózka i lalki-bobasa. Dziś najpopularniejsza jest Barbie, a Barbie to antylalka. Nie da się jej przytulić ani pokołysać. Nie wymaga opieki, ale podziwu. Jest spełnieniem marzeń o tym, czego małej dziewczynce jeszcze nie wolno. A dziś dziewczynki nie marzą o tym, by być jak mama, ale by być jak Britney Spears.

Kiedyś moja córka dostała nową, piękną lalkę. Była zachwycona, ale za chwilę zaczęła strasznie płakać – wspomina dr Barbara Karyłowska, psycholog dziecięcy z Laboratorium Psychoedukacji, która przez wiele lat praktykowała w Stanach Zjednoczonych. – Nie wiedzieliśmy, o co chodzi. W końcu wyznała, że nie wie, co zrobić, bo przecież ona ma już lalkę, tę jedyną, najukochańszą, chociaż brzydszą od nowej. Dzisiaj lalki nie są do kochania. Barbie to obiekt kolekcjonerski. Są nawet modele z jednym korpusem i głowami z różnymi fryzurami na wymianę.

Zasada jest prosta – im więcej sztuk Barbie, tym lepiej (rekordzistki mają powyżej 20). Sama Barbie nie wystarczy, wymaga strojów, akcesoriów, domu i Kena. Wtedy dopiero można bawić się nią w damę, panią domu, żonę. Ale nawet Barbie nie oparła się dawnym ciągotom dziewczynek do zabawy w macierzyństwo i do zestawu akcesoriów dołączył niedawno plastikowy bobas.

Cywilizacyjne wynalazki ułatwiają życie dorosłych i zabawy dzieci. Sklepy z zabawkami pełne są przedmiotów skończonych, gotowych, nie pozostawiających miejsca dla wyobraźni. Zabawki stały się doskonałe. Lalka baby-born pije, siusia, je kaszkę, robi kupę i wydaje odgłosy, a ubiera się w takiej cenie jak prawdziwe dziecko. Samochód jeździ naprawdę. Elektroniczna maskotka tamagotchi umiera, jeśli zapomni się ją nakarmić.

Bez gadżetów nie ma zabawy, mówią przedszkolne wychowawczynie. Dzieci, które mają do wyboru kawałek drewienka i piękną, kolorową, plastikową zabawkę, zawsze sięgają po tę drugą. Wybierają zabawki interaktywne – dźwignie, równoważnie, coś, czym można poruszać.

Nastąpiło odejście od zasady, która dawniej towarzyszyła zabawom dziecięcym „wszystko może być wszystkim” – mówi prof. Roch Sulima. – Teraz zabawka sama już jest czymś. Kiedyś jeszcze gałązka czy kawałek tektury mogły udawać rozmaite rzeczy, zabawa była pomnażaniem bogactwa świata. Teraz zabawa oswaja świat, w którym jest za dużo rzeczy, za dużo możliwości. Jest sposobem przystosowywania się do chaosu. Świat zabawek mechanicznych nie przynosi niespodzianek, one są przewidywalne. Wyobraźnia dziecięca, która zawsze była wszechogarniająca, słabnie. Dzieci nie bawią się zabawkami, tylko ich właściwościami.

W przeładowanych zabawkami pokojach siedzą dzieci i śmiertelnie się nudzą. – A nadmiar hamuje rozwój i przynosi poczucie niespełnienia, bo dziecko nie rozwija jednej zabawy, ale przerzuca się od przedmiotu do przedmiotu – mówi Agnieszka Galica. – Problem w tym, że rodzice sami lubią kupować zabawki, bo to zwalnia ich z obowiązku zajmowania się dzieckiem i daje poczucie, że wywiązali się jak trzeba.

Wspiera ich w tym reklama („Ileż to razy dzieci zamęczały nas, żeby opowiedzieć im bajkę. Teraz nie musimy już tego robić. Wystarczy włączyć kasetę” – zachęca producent wideo). Także rynek sprawnie wykorzystuje kolekcjonerskie pasje najmłodszych układając zabawki w serie i zestawy. Dzieci niecierpliwie rozrywają opakowania chipsów, żeby sprawdzić, który pokemon jest w środku: Pikachu (– Ten jest najmilszy – wyjaśnia 10-letnia Ania), Dragonite (– Najsilniejszy ze wszystkich, ma wszystkie moce) czy chociaż Gastly (– Ma tylko psychoataki, ale psychoatak jest bardzo mocny). – Zresztą – dodaje Ania – Pokemony już wychodzą z mody, teraz zbiera się dragonballe.

„Wiatraki od dawna zniknęły z wiejskiego pejzażu, ale dziecinne wiatraczki nadal można kupić. Dzieci to najbardziej konserwatywne społeczeństwo ludzkie” – stwierdzał krzepiąco Philippe Aries w „Historii dzieciństwa” nie tak znów dawno, bo w 1973 r. Ale od tego czasu świat zaczął pędzić kilka razy szybciej, a moda dziecięca podlega tym samym co wszystko inne prawom zmiany. – O ile kiedyś fascynacja hula-hoop czy jo-jo trwała jednak kilka lat – wspomina Roch Sulima – to teraz w ciągu roku mamy takich szaleństw kilka. Jak nie Król Lew, to Małysz wcielony w gadżety, jak nie Małysz, to pokemony. Widać, jak kultura konsumpcyjna kontraktuje zabawy dzieci. Jeśli gadżet wyląduje w ręku dziecka, obrasta ciągami dalszymi. I tu już jasno się rysuje droga, która prowadzi dzieciaka prosto do drzwi supermarketu.

Dziecku zdecydowanie wypada mieć Barbie czy pokemony, bo to buduje jego pozycję towarzyską, ale w dziecięcej psychice nie nastąpiła chyba jakaś dramatyczna rewolucja. W naszej ankiecie (przeprowadzonej w warszawskich szkołach: dwóch państwowych i jednej prywatnej) w odpowiedziach na pytanie o ulubioną zabawkę pojawiały się co prawda rzeczy tak przedziwne jak gumowy kościotrup na szubienicy czy karabin maszynowy AK47, ale zdecydowanie wygrały pluszowe misie, pieski i króliczki; te jedyne, z którymi śpi się od lat. Wiele dzieci jako ulubione zajęcie wymieniało zabawę z domowym zwierzęciem. Kamil z II klasy szkoły podstawowej Pro Futuro, od kiedy dostał węża pończosznika, lubi spędzać popołudnia obserwując swojego podopiecznego. Zaczął też gromadzić informacje o życiu i zwyczajach węży.

Wybiera chaos, a Maciek musi wszystkich zabić

Jacek (15 lat) spędza popołudnie w Zatoce Nayr. To jeden ze scenariuszy w grze Heros IV. Teraz musi wybrać zamek. Może to być: Zamek Śmierci, Chaosu albo Natury. Wybiera Chaos. – W poprzedniej wersji zamek Natury był fajny. Mieszkały w nim krasnoludy, elfy. I potężne jednorożce. W „czwórce” jednorożce mają tęczowe grzywy, to infantylne, dobre dla dziewczyn – tłumaczy.

Na razie jego armia liczy 26 złodziei i 16 miotających siekierami orków. Mała postać na koniu przesuwa się po mapie i wchodzi do zamku. Jednym kliknięciem myszki buduje się ratusz – będzie przynosił tysiąc sztuk złota dziennie. W tawernie udało się zwerbować nowego bohatera, Norzoka, czarownika Chaosu. Ma nowe możliwości, może na przykład werbować chłopów. Co prawda to słabe jednostki, ale wypuszcza się je na przynętę w razie ataku. Jacek zdobywa tartak, zbiera rudę i klejnoty. – Trzeba się porządnie rozwinąć, zanim zacznie się walka – wyjaśnia. Niestety, trafia na krasnoludy i niziołki. Na niziołki wystarczy rzucić czar, ale krasnoludy dzielnie się bronią, mimo że orki miotają w nie siekierami. – Zaatakujemy ich złodziejami, teraz szybko pójdzie – tłumaczy Jacek. – Wygraliśmy. Straciliśmy 16 złodziei, ale zyskaliśmy dostęp do skrzyni z doświadczeniem. Do wyboru jest czarnoksięstwo – poziom podstawowy, i magia chaosu – poziom zaawansowany. Jacek znowu wybiera Chaos. Omija stajnię, bo tam czai się spora grupa troglodytów i wraca do zamku. To już kolejna tura, więc może zbudować nowy gmach. Na targu wymienia kamienie na kryształy niezbędne do budowy labiryntu, gdzie zwerbuje minotaury. Na dziś wystarczy, jutro jeszcze wzmocni zamek i przygotuje się do generalnej rozprawy.

Daniel (11 lat) przebywa dziś w 2008 r. Świat znajduje się na krawędzi wojny. Ultranacjonaliści z Moskwy chcą odbudować imperium i przejmują władzę w kolejnych republikach. Świat wstrzymał oddech. Wszystko w rękach elitarnego oddziału amerykańskich zielonych beretów, który wysłano do Gruzji. Daniel jest snajperem. Wypatruje niemal niedostrzegalnych na ekranie sylwetek wroga, ale to dopiero początek. Gdy walka zaczyna się na dobre, słychać wycie pocisków, huk szrapneli, odgłosy czołgów drących nawierzchnię. W ciągu trzech godzin oddział Daniela znacznie osłabił siły wroga i wziął do niewoli kilku oficerów. Ale na ostateczne ocalenie świat musi trochę zaczekać, bo na podwórku zaczyna się mecz koszykówki.

Maciek (14 lat) od tygodnia nazywa się Max Payne (po angielsku to fonetycznie: największy ból). Jest nowojorskim gliną, któremu psychopaci, będący pod wpływem nowego narkotyku Valkyria, zamordowali żonę i córkę. Podczas prywatnego śledztwa Max ustalił, że zyski ze sprzedaży Valkyrii ciągną nie tylko gangsterzy, ale także skorumpowani urzędnicy i politycy. Musi zabić wszystkich. Wyposażony we wszelkie możliwe rodzaje broni przemierza slumsy, luksusowe biura i strzela do wszystkiego, co się rusza. Ekran co chwilę zmienia się w czerwoną plamę. Czasem akcja zwalnia na kilka sekund i widać dokładnie, jak pocisk przeszywa płuca przeciwnika. Maciek jest zachwycony. Grę kupił starszy brat, bo jest dozwolona dopiero od 18 roku życia.

W naszej ankiecie zapytaliśmy szóstoklasistów i uczniów II klasy gimnazjum, co robią, kiedy są sami w domu. Odpowiedzią – obok słuchania muzyki, głównie hip-hopu, oglądania telewizji, czytania gazet (rzadziej książek) – była długa lista gier komputerowych. Odpowiedzi uczniów z prywatnej szkoły i państwowej szkoły z blokowiska nie różniły się między sobą. Podobnie wypowiadali się uczniowie dwóch klas podstawówki. Powtarzały się nawet nazwy gier.

Komputer to tylko narzędzie. Jedni budują lunapark, grają w szachy, podróżują po świecie fantasy, grają w piłkę czy wyścigi samochodowe, inni wolą, kiedy „króliczki rozwalają żółwie” albo kiedy „ludzik z mafii strzela do innych ludzików i goni go policja”. W każdym razie nie mieć komputera to straszny obciach. Bez względu na dochód i wykształcenie rodziców, w dużych miastach stał się on standardowym wyposażeniem dziecinnego pokoju. Rodzice kupują dziecku komputer, nawet gdy sami nie mają o nim pojęcia i nie potrafią go chociażby włączyć, o obsłudze nie wspominając.

I to jest prawdopodobnie najgroźniejsze – mówi Barbara Karyłowska. – Od dawna wiadomo, że oglądanie agresywnych filmów zwiększa agresję. Okazuje się jednak, że kiedy dziecko ogląda film wspólnie z rodzicem, który pomaga mu interpretować to, co dzieje się na ekranie, to agresja nie wzrasta lub wzrasta w niewielkim stopniu. To samo dotyczy gier. Ale samotność przy komputerze powoduje także zbyt wczesne uniezależnienie i poczucie przewagi: dziecko umie coś, co nie jest dla rodzica dostępne.

Dzieci lubią komputerowe zabijanki, ale przecież chłopcy od zawsze bawią się w wojnę. Czym agresywna gra różni się w istocie od dawnej podwórkowej zabawy w czterech pancernych? – Innym stopniem realności obrazu – wyjaśnia Barbara Karyłowska. – Ciągły kontakt z widokiem krwawej jatki stępia wrażliwość. Dzieci, które dużo grają, patrzą potem bez emocji na prawdziwe cierpienie ludzi i zwierząt. Poza tym w czterech pancernych robiło się jakieś podchody, można było kogoś złapać, uwięzić. W wielu grach chodzi tylko o to, żeby zabić.

Psycholodzy ostrzegają także, że zbyt długi kontakt z komputerem może powodować u dzieci poczucie wyobcowania i trudności w nawiązywaniu kontaktów. Sprzyjają temu także zabawki typu game-boy; na podwórku, na ulicy, podczas szkolnej przerwy wpatrzone w pikające ekraniki dzieci przestają ze sobą rozmawiać.

Pocieszająco wyglądają jednak wyniki przeprowadzonych ostatnio w Ameryce badań, podczas których sprawdzano, ile godzin tygodniowo poświęcają dzieci na gry komputerowe: uczniowie podstawówki spędzają przed ekranem 6 godzin, gimnazjaliści 3,5, a licealiści już tylko 2 godziny. Wygląda na to, że z gier się wyrasta. Ale czy w ogóle wyrasta się z zabawy?

Noszą krótkie bluzki, a chłopcy urządzają melanż

Dziewczyny z szóstej znoszą do pokoju reklamówki wypchane ciuchami i kosmetykami. Zakładają krótkie, odsłaniające pępek bluzki, spodnie biodrówki albo bardzo opięte minispódnice, robią jaskrawy makijaż i włączają hiphopową muzykę na cały regulator. Tańczą naśladując ruchy piosenkarek z wideoklipów MTV. Jak im się już znudzi, siadają pogadać: omówić sprawy damsko-męskie, poobgadywać nauczycieli, poplotkować o nieobecnych. Na pytanie o ulubioną zabawkę odpowiadają: szminka i lalka (ale w sexy ciuchach na topie – dodają). Jedną nogą tkwią jeszcze w dzieciństwie, drugą – w wystylizowanej przez popkulturę kobiecości.

Gdy dzieci wchodzą w okres dojrzewania, zaczynają traktować siebie ze śmiertelną powagą, strasznie chcą być dorosłe – mówi Agnieszka Galica. – Nie porzucają całkiem dziecinnych zabaw, ale robią to w tajemnicy, po kryjomu. Na pokaz łapią się za niebezpieczne zabawy dorosłych.

– Zabawa kończy się w I klasie gimnazjum. Poznaje się wtedy nowych ludzi i trzeba trochę przyszpanować – wyjaśnia Piotr, tegoroczny absolwent gimnazjum na warszawskim Mokotowie. – Dziewczyny zaczynają chodzić ze starszymi chłopakami, robi się imprezy, próbuje alkoholu, papierosów, trawki.

W naszej ankiecie przeprowadzonej wśród uczniów II klasy gimnazjum na pytanie: czy uważasz, że wyrosłeś już z zabawy, niewiele osób odpowiedziało przecząco: „człowiek nigdy nie wyrasta z zabawy”, „mam nadzieję, że zawsze będę dzieckiem”, „chcę zatrzymać czas, bo i tak pędzi za szybko” – tłumaczyli. Jednak zdecydowana większość deklarowała, że czas zabawy już się dla nich skończył: „w moim wieku byłoby to haniebne”, „mam 188 cm wzrostu, jak by to wyglądało, gdybym bawił się klockami”, „jak wezmę zabawkę do ręki, po prostu czuję, że nie chce mi się nią bawić”, „nie mogę się bawić, bo już wyrosły mi włosy pod pachami” – argumentowali. Ciągle jeżdżą na deskorolkach, grają w koszykówkę, składają rowery, ale najbardziej lubią spotykać się w domach, kiedy nie ma rodziców. Słuchają muzyki, rozmawiają, robią grilla albo zamawiają pizzę. Gdy towarzystwo jest mieszane, grają w butelkę. Interesujące miejsca domu to salon (bo jest największy) i barek (z wiadomych przyczyn).

Gdy skończą się lekcje, wszyscy idą do domu coś zjeść, ewentualnie odrobić co zadane, a za godzinę cała dzielnica wylega na dwór – opowiada Piotr. – Można malować graffiti albo popatrzeć, jak ktoś maluje, potańczyć breaka. Jedni lubią wpaść do McDonalda, inni po prostu chodzą i plują, bo mają taki odruch. Jak ktoś ma wolnego hausa, a zwykle ktoś ma, bo teraz starsi długo pracują, robi się melanż. Melanż to rodzaj imprezy – wyjaśnia – ale urządzanej w dzień i raczej w męskim gronie. Chodzi o to, żeby się jak najszybciej upić. Pije się to, co się przyniosło samemu, bo wszyscy strasznie skąpią. Ważna jest strategia. Kolega na przykład, kiedy wychodzi na dwie i pół godziny, to pije do oporu przez 45 minut, a potem już nic, żeby zdążyć wytrzeźwieć, zanim rodzice wrócą z pracy.

Dzieci – jako się rzekło - dorosły. Wcześniej wkraczają w rejony dozwolone kiedyś od lat 18: bawią się w seks, handel dragami, prowadzenie firmy, i doprawdy trudno ustalić granicę, kiedy to wszystko jeszcze imitują, a kiedy robią to już naprawdę. Ale równie uprawnione jest twierdzenie przeciwne: to dorośli zdziecinnieli. Dali się wciągnąć w ustawiczną pogoń za coraz to nowymi zabawkami, bez większych oporów poddają się stylowi życia, w którym sprawianie sobie przyjemności, nieprzerwana dobra zabawa staje się treścią istnienia. Żeby być dziś dorosłym, nie trzeba wcale przekraczać trudnych progów odpowiedzialności, powagi, mądrości. To dorosłym zaciera się granica między rzeczywistością naprawdę a tą zainscenizowaną – to im za rozrywkę służą widowiska, opatrzone złudną etykietką „reality”. Dzieci tylko nas naśladują, ich zabawy są zjadliwą parodią zinfantylizowanej współczesnej kultury.

Za pomoc w realizacji ankiet dziękujemy: Szkole Podstawowej nr 285, Gimnazjum nr 5 oraz Szkole Podstawowej i Gimnazjum Fundacji Pro Futuro.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Świat

Dyplomaci jak hostessy – tak działa polskie MSZ

PiS w zasadzie nie prowadzi polityki zagranicznej. Nie potrzebuje więc doświadczonych ambasadorów. Chyba że do roli hostess.

Grzegorz Rzeczkowski
09.10.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną