Ludzie i style

Raz, dwa, trzy, Wielki Brat patrzy

Raz, dwa, trzy, Wielki Brat patrzy

Program „Big Brother” wrócił do ramówki. Program „Big Brother” wrócił do ramówki. Radosław Nawrocki / Forum
Powrót programu „Big Brother” do ramówki TVN budzi wiele pytań. Głównie „dlaczego?” i „po co?”, a także „kto to ogląda?”.

Telewizyjny „Big Brother” jest kompletnym zaprzeczeniem orwellowskiego Wielkiego Brata: uczestnicy są podglądani dobrowolnie, a całość jest huxleyowskim narkotykiem.

Pierwsza seria „Big Brothera” została wyemitowana w Holandii w 1999 r. na kanale „Veronica”. Pomysł był prosty – zamknąć w domu grupę osób o skonfliktowanych osobowościach i oglądać je jak rybki w akwarium przy pomocy kamer i mikrofonów, co tydzień usuwając jednego z uczestników. Tytuł nawiązywał do powieści „Rok 1984” George’a Orwella, opisującej przemocowy reżim nieustannie śledzący obywateli. Tyle że Wielkim Bratem – podglądaczem – miała być widownia, wyposażona w narzędzie pozwalające na eliminację nielubianego uczestnika – głosowanie esemesowe.

Czytaj także: Był najbardziej kontrowersyjnym uczestnikiem drugiej edycji programu

Polacy patrzą na siebie

W 2001 r. format trafił do Polski i wzbudził wiele skrajnych emocji. Od fascynacji po moralną panikę. Polacy patrzyli na Polaków – naturszczyków wyjętych ze swoich miast i miasteczek i wrzuconych do telewizora. Uczestnicy łaknęli sławy i pieniędzy; widzowie chcieli się gapić. Jesteśmy zamkniętym społeczeństwem, w którym zasłania się okna i zaklucza drzwi; możliwość bezkarnego podglądania bliźnich była więc czymś niezwykle ekscytującym. W zasadzie „Big Brother” spełniał te same marzenia co zamknięty właśnie z feministycznym hukiem „Twój Weekend” – erotyczne pisemko, do którego można było wysyłać swoje zdjęcia (sława!), a także oglądać sąsiadkę w negliżu. Bohaterowie „Big Brothera” na chwilę zasilili szeregi celebrytów, stając się pożywką dla prężnie rozwijających się portali plotkarskich, wystąpili nawet w filmach, ale potem rozpłynęli się w szumie. Andy Warhol mówił o kwadransie sławy; zwykle zaczyna się on 15 minut przed północą – a potem suknia znika, a karoca zamienia się w dynię i nikt już nie pyta: „Gulczas, a jak myślisz?”.

W czasach powszechnego internetowego ekshibicjonizmu i voyeryzmu, gdy bez trudu można się i pokazywać, i gapić, „Big Brother” jest nostalgiczną ramotą. Na fali jego popularności wyrosły niezliczone klony, z coraz dziwniejszymi pomysłami. Kamery ruszyły śledzić ludzi na bezludnych wyspach, zainstalowały się w domach celebrytów, pokazywały życie jaskiniowców. Najważniejszym z klonów okazał się młodszy o dekadę format oparty na „Jersey Shore”, który podglądał życie młodych ludzi nastawionych na imprezowanie. Doczekał się również polskiej edycji – „Warsaw Shore”. Rozpaczliwe próby przekraczania granic, byle tylko dostarczyć rozrywki coraz bardziej zblazowanym widzom.

Internet jednak nie zapewnia jednej rzeczy, którą wciąż daje telewizja – poczucia wspólnoty. Podzielone, małe społeczności, fandomy poszczególnych seriali, gatunków muzycznych czy kultur; każdy konsumuje treści, jak chce i kiedy chce. „Big Brother” czy rozmaite „Idole” ze swoimi cotygodniowymi rytuałami dostarczają tej bazy dla wielkiej wspólnoty – jak za dawnych czasów, gdy wszyscy oglądali ten sam film po „Dzienniku”. Nic dziwnego, że fundament społeczeństwa w dystopijnej przyszłości „Igrzysk śmierci” stanowi zabójczy reality show.

Czytaj także: Wielki Brat zmalał z czasem

Kij i marchewka

W 1949 r. Aldous Huxley napisał list do George′a Orwella. Ten drugi kilka miesięcy wcześniej wydał powieść „Rok 1984”, totalitarną ekstrapolację powojennej rzeczywistości. Ten pierwszy w 1932 r. napisał „Nowy wspaniały świat”, opisujący system, w którym ludzie są hodowani i uszczęśliwiani pysznymi narkotykami. Huxley pochwalił dzieło młodszego kolegi, ale uznał swoją wizję futurystycznego totalitaryzmu za bardziej prawdopodobną – opisane przezeń metody zniewolenia były bardziej efektywne i eleganckie: „Sądzę, że w przyszłym pokoleniu światowi przywódcy odkryją, że warunkowanie noworodków i narkotykowa hipnoza są bardziej efektywne jako instrumenty władzy niż pałki i więzienie, oraz że swoją żądzę władzy mogą zaspokoić, nakłaniając ludzi, żeby ci kochali swoją służebność, zamiast wymuszać posłuszeństwo biciem i kopniakami”.

Zestawienia obu wizji pokazuje ich symetryczność. Na przykład u Orwella ludzie kontrolowani są przez zadawanie bólu, a u Huxleya – aplikowanie przyjemności. „1984” straszy cenzurą mediów – „Nowy wspaniały świat” utopieniem ważnych treści w oceanie trywialnych bzdetów. Nie trzeba cenzurować książek w świecie, w którym ich nikt nie czyta. Telewizyjny „Big Brother” jest kompletnym zaprzeczeniem orwellowskiego Wielkiego Brata: uczestnicy są podglądani dobrowolnie, a całość jest huxleyowskim narkotykiem.

Czytaj także: Internetowy ekshibicjonizm nastolatków

Siostra brat

Po internecie od kilku lat krąży zdjęcie kamery CCTV na tle starego domu Orwella.

To photoshopowa manipulacja (przerabianie zdjęć – toż to dopiero jest orwellowskie!), ale dobrze wyrażająca uczucia względem Londynu, „najbardziej podglądającego miasta świata”.

Tymczasem lęk: „co, jeśli telewizor będzie nas podglądał okiem wielkiego brata?” – w cyfrowym świecie zamienił się w kapitalistyczny realizm. W przypadku niektórych telewizorów wyposażonych w komputery pokładowe ta wizja rodem z „Roku 1984” ziściła się dosłownie – niektórzy producenci tanich modeli „smart TV” niską cenę sprzętu rekompensują sobie, sprzedając dane użytkowników. Tak jak robi to Facebook. Albo Netflix. Być może „Big Brother”, ta bezpieczna zabawa w podglądanie, pozwala na chwilę zapomnieć, że sami jesteśmy cały czas podglądani – przez kamery i komputery.

Interesujące, że w nowej edycji głos Wielkiego Brata należy do kobiety. Niektórzy odczytują to jako próbę feminizacji ikonicznego bohatera (zgodnie z hollywoodzkimi trendami); budzą się odległe skojarzenia z „Seksmisją” i opresyjnym reżimem kobiet, którego wciąż lękają się prawicowi twórcy i publicyści. Moje skojarzenia idą raczej w stronę wirtualnych asystentek. Mieszkająca w iPhonie Siri czy Alexa z interaktywnego głośnika Amazonu mają żeńskie głosy (i osobowości). Kobiece imiona i głosy asystentek mają sprawić, że zgodnie z płciowym stereotypem będą odbierane jako współczujące i pomocne, wypełniając tradycyjne kobiece role, jak w holograficznej fantazji z „Blade Runnera 2049”.

Niewidzialne, czuwające, nasłuchujące. Małe siostry.

Czytaj także: Facebook, Google i Microsoft wciąż próbują „naciągnąć” nas na dane

Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Syn, który nie rozstał się ze swoją matką – częsta przyczyna małżeńskich kryzysów

Prof. Bogdan de Barbaro o relacjach z teściowymi i teściami, babciami i dziadkami.

Agnieszka Krzemińska
17.04.2019
Reklama