Klasyki Polityki

Off-polo

Polo na rowerze. W Polsce bardziej miejska zabawa niż sport

Bike polo narodziło się pod koniec XIX w. Bike polo narodziło się pod koniec XIX w. Krystian Maj / Reporter
Bike polo jest dla ludzi obdarzonych podzielnością uwagi. I nie jest to sport dla wszystkich.

Artykuł ukazał się w tygodniku POLITYKA w lipcu 2013 r. Dodano śródtytuły

Polo na rowerach: efektowne, intensywne, coraz popularniejsze. Ale to wciąż u nas bardziej miejska zabawa niż sport.

Zawodnik w czerwonej koszulce sprytnym zwodem wymanewrował rywala, który przed zderzeniem z metrowej wysokości bandą z dykty musiał ratować się ostrym hamowaniem i odbiciem kierownicy w prawo. Atakujący mógł poczuć się panem sytuacji: miał już przed sobą tylko bramkę, a tuż przed nią skulonego na rowerze innego z rywali. Zawodnik w czerwonej koszulce rozpędził się, wziął zamach kijem, ale zabrakło mu precyzji i nieczysto trafiona piłeczka pofrunęła ze świstem nad bandami.

Efektowne, soczyste strzały, po których piłka mija wszystkie przeszkody na swojej drodze, czyli rowery, kije, grających i z miłym dla ucha plaśnięciem grzęźnie w siatce, nie zdarzają się na bikepolowym boisku zbyt często. Jeśli takie precyzyjne uderzenie się uda, wzbudza wśród widzów wyraźne poruszenie, a nawet reakcje ekstatyczne (okrzyki oraz rytmiczne uderzanie otwartą dłonią w bandę). Bikepolowa publiczność jest wyrobiona, bo w większości to przeważnie sami grający, którzy znają z własnych doświadczeń ekwilibrystykę jednoczesnej jazdy na rowerze oraz uderzania piłki. Potrafią docenić kunszt.

Bike polo jest dla ludzi obdarzonych podzielnością uwagi, gdyż na niewielkim placu, o wymiarach z grubsza podobnych do koszykarskiego boiska, należy poruszać się na rowerze na tyle szybko i sprawnie, żeby coś do gry wnosić, ale jednocześnie na tyle przewidywalnie i rozważnie, żeby nie zrobić krzywdy sobie ani żadnemu z pięciu pozostałych uczestników. Kontaktu między grającymi uniknąć się nie da, więc reguły określają, że dozwolone jest umiarkowane stykanie się ciała z ciałem, kija z kijem oraz roweru z rowerem.

Nie zmienia to faktu, że polo na rowerach odbierane jest jako gra dość niebezpieczna – mówi Kaftan, członek bikepolowej ekipy z Lublina, prywatnie miłośnik rowerów, zawodowo bibliotekarz. – U nas przyjmowała się powoli. W dyskusji pod postami zachęcającymi do spróbowania bike polo, publikowanymi przez kolegów, którzy zetknęli się z nim na Zachodzie, długo pobrzmiewał refren: szkoda mi zębów, jak również roweru.

Zajawka na bike polo

Bike polo narodziło się pod koniec XIX w. za sprawą Irlandczyka Richarda Mecredy’ego, zapalonego rowerzysty. Najpierw, podobnie jak w tradycyjnym polo, grano na trawie, a na igrzyskach olimpijskich w Londynie, w 1908 r., gra była nawet prezentowana jako dyscyplina pokazowa (w finale Irlandczycy pokonali Niemców 3:1, na nieistniejącym już dziś stadionie White City).

Olimpijski żywot bike polo na tym epizodzie się jednak zakończył, ale na Wyspach, we Francji i w Niemczech wciąż grano, rejestrowano zespoły, a nawet ligi (jak w Anglii). Po drugiej wojnie światowej chętnych do gry na trawie już trudno było znaleźć, co dzisiejszych amatorów tej rozrywki nie dziwi, bo manewrowanie z piłką na boiskach używanych również przez piłkarzy lub rugbistów musiało być frustrujące.

Swoją miejską odmianę, praktykowaną na twardej nawierzchni, bike polo zawdzięcza kurierom rowerowym – jak głosi legenda – z Seattle. Im bardziej jednak gra ewoluowała w kierunku popularnej rozrywki, im więcej było oficjalnych turniejów ze sponsorami i nagrodami, tym bardziej dystansowali się od niej kurierzy, chętniej identyfikujący się z tym, co niezależne, offowe i oryginalne. – W Polsce bikepolową zajawkę ma wciąż niewielu. Wszyscy się znamy. O ile wiem, kurierów wśród nas już prawie nie ma – mówi Pajac, członek zespołu z Krakowa.

Teraz życie Pajaca kręci się wokół obowiązków (studia informatyczne, praca) oraz przyjemności, z których bike polo jest tą najważniejszą. Trafił do rowerowego polo nietypową drogą, bo nie był wielkim fanem dwóch kółek. – Na pierwszą grę przyjechałem po namowach kolegi. Zielony, bez umiejętności manewrowania na małej przestrzeni, na pożyczonym rowerze za 200 zł, z jednym hamulcem i przełożeniem, które sprawiało, że startowałem jak żółw. Byłem zły, że rower mnie ogranicza. To był znak, że wsiąkłem – opowiada.

Rower do przeróbki

Poważna przygoda z bike polo oznacza, że rower trzeba co nieco przerobić. Najpierw – dostosować się do wytycznych dotyczących bezpieczeństwa, a więc zdemontować lub osłonić wszystkie ostre części, które na placu gry mogą przyczynić się do niepotrzebnego rozlewu krwi. Na szprychy montuje się osłony z tworzyw sztucznych, ze względów praktycznych (dodatkowa przeszkoda dla piłki), dla bezpieczeństwa (osłona przed szprychami) oraz dla efektu (dzięki ozdobom). – Poza tym skraca się kierownicę, montuje lepsze hamulce oraz przełożenie umożliwiające szybki start. Tyle na dobry początek wystarczy – uważa Kaftan.

Pajac mówi, że odkąd polo na rowerach stało się jego hobby – bez przerwy myśli, co by jeszcze w swoim sprzęcie udoskonalić pod kątem bardziej efektywnej gry. Sporo potrafi zrobić już sam. Poza spawaniem, co właściwie jest podstawą, bo dobrze zespawane widełki, połączone pod odpowiednim kątem z ramą, przesądzają o balansie i skrętności. Właśnie czeka, aż kolega zespawa mu widełki. – To będzie prototyp – cieszy się. – Te modyfikacje to właściwie niekończąca się przygoda. Jak nauczę się nowych trików, to pewnie znów się okaże, że rower mi nie do końca pasuje.

W bikepolowym towarzystwie trudno znaleźć dwa takie same rowery, bo większość grających przerabia je w garażach i w komórkach, metodą prób i błędów szukając optymalnych rozwiązań. Na boiskach nie zobaczymy żadnych cacek, tylko przede wszystkim ramy z wyblakłą farbą, zdartymi napisami, porysowane, z lekka pordzewiałe, rowery po przejściach, z duszą. Z drugiej strony – rowerowa branża otwiera się na potrzeby aspirujących bikepolowców: ramy na zamówienie robi kilka firm z zachodniej Europy (kosztują około 1800 zł, cały rower – nawet dwa razy tyle).

To nie jest gra dla wszystkich

Jestem! – krzyczy Pajac do kolegi z zespołu, Rudego (z numerem 102), wychodząc na wolną pozycję, Rudy 102 ma jednak inny pomysł na rozegranie akcji. Rozpędza się na rowerze, prowadząc piłkę, ale jeden z rywali spycha Rudego pod bandę, wytrąca go z równowagi i zmusza do podpórki nogą, za co regulamin przewiduje podjechanie na skraj środkowej linii boiska i uderzenie dłonią w bandę. Przeciwnicy natychmiast starają się zorganizować szybki atak, wykorzystując chwilową przewagę.

W tym, co dzieje się na boisku, sporo jest przypadku. Składna gra podaniami to wyższa szkoła jazdy (i uderzania piłki). – Taktyka? Powiedzmy, że bazujemy na indywidualnych umiejętnościach i w trakcie gry spontanicznie zawiązujemy jakąś akcję. Ale najlepsi, aktualnie Francuzi, to artyści. Wyczyniają na rowerach cyrkowe sztuczki – przyznaje Kaftan z nutką zazdrości.

Nie da się ukryć, że bike polo nie jest grą dla wszystkich. Grać trzeba co najmniej poprawnie albo nie gra się wcale. To nie podwórkowa piłka nożna, gdzie jak ktoś miał dwie lewe nogi, to stawiali go na bramce. Polskie ekipy jak na razie kierują się w międzynarodowej rywalizacji szlachetną ideą olimpijską: liczy się przede wszystkim udział, nie wynik. Ale dowodem, że bike polo się w Polsce rozwija i ma przyszłość, było zorganizowanie w ostatni weekend czerwca mistrzostw Europy w Krakowie, na parkingu pod stadionem Wisły (wygrali Francuzi, najlepsza polska ekipa, Apollo 3 z Warszawy, zajęła siódme miejsce, co dało im przepustkę na mistrzostwa świata).

Ostatnio znów graczy przybywa, ale takich w typie Kaftana i Pajaca, którzy wsiąkli po uszy, jest góra setka. Grają głównie duże miasta: Warszawa, Kraków, Poznań, Lublin, Wrocław, Trójmiasto. Bikepolowcom trudno znaleźć dla siebie stałe miejsce, żeby za każdym razem nie rozkładać band. W Krakowie grają na dawnych basenach Polfy, w Warszawie na Stegnach, w Lublinie – na parkingu obok targowiska.

Oczywiście klimat nam nie sprzyja. Trudno wynająć halę, bo rowery są w nich niemile widziane. Zima to czas indywidualnego ćwiczenia trików albo spotkań, na których podpatrujemy na filmach, jak grają mistrzowie – mówi Kaftan.

Ci mistrzowie marzą po cichu, by bike polo wskrzesiło swój olimpijski żywot, żeby stało się sportem, a nie tylko grą. Na dobrą sprawę w pakiecie z rowerowym polo idzie wszystko, co dzisiejsi ojcowie olimpizmu promują, czyli pot, łzy oraz krew, bowiem efektowne i przyprawiające postronnych obserwatorów o gęsią skórkę loty przez kierownicę, a co za tym idzie kontuzje, są nieodłączną częścią tej gry, zwłaszcza na wysokim poziomie. Ale bike polo wciśnięte w olimpijski gorset to sztywne reguły, poddanie się władzy obcych sędziów, federacji, działaczy, antydopingowy (oraz antyużywkowy) reżim i dyktat pieniądza. Czyli wszystko, czym niezależny i nieszablonowy bikepolowiec gardzi. Kaftan mówi: w końcu offowość zobowiązuje.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Kraśnik i inne strefy wolne of LGBT

Rok temu ostentacyjnie wprowadzali „strefy wolne od ideologii LGBT”. Teraz Europa sprawdza, czy polskie samorządy głosujące za strefami łamały prawa człowieka. Tymczasem straszenie gejami trwa w najlepsze. Andrzej Duda kusi wyborców obietnicą obrony dzieci przed LGBT. Zrobi to w ramach zobowiązania, które nazwał Kartą Rodziny.

Marcin Kołodziejczyk
18.06.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną