Klasyki Polityki

Dzielne wdowy

Polskich wdów jest więcej niż wdowców. Jak żyją?

Halina Szpilmanowa Leczy chorych. Zawsze leczyła, w tym także tych, którzy ratowali jej męża w czasie okupacji i z których większość teraz już nie żyje. Jeździ na grób męża jak każda normalna wdowa. Nie wyrzuca pamiątek i słuchając utworów męża widzi sylwetkę kompozytora schyloną nad fortepianem. Nawet słowa wdowa nie lubi. Woli – żona zmarłego. Halina Szpilmanowa Leczy chorych. Zawsze leczyła, w tym także tych, którzy ratowali jej męża w czasie okupacji i z których większość teraz już nie żyje. Jeździ na grób męża jak każda normalna wdowa. Nie wyrzuca pamiątek i słuchając utworów męża widzi sylwetkę kompozytora schyloną nad fortepianem. Nawet słowa wdowa nie lubi. Woli – żona zmarłego. Stanisław Ciok / Polityka
Niedawny spis powszechny ujawnił ogromną grupę społeczną: 2,5 mln wdów (na 430 tys. wdowców). Traktowana bywa przeważnie jako społeczny balast. Zupełnie niezasłużenie: te dzielne, obyte z życiem, często energiczne i ambitne Polki noszą w sobie nieoceniony kapitał: potrzebę bycia potrzebnym.

Śmierć współmałżonka. To wydarzenie – prócz urodzin dziecka i ślubu – ludzie pamiętają najdłużej i najsilniej ze wszystkiego, co ich w życiu spotyka. Tak twierdzą amerykańscy naukowcy, którzy siłę wspomnień badali. Doświadczenie wdowieństwa jest dziś udziałem blisko 3 mln Polaków płci obojga, jednak przy blisko pięciokrotnej przewadze wdów.

W 20 lat po wojnie długość życia mężczyzny wynosiła 66,7 lat, a kobiety – 72,3 lat. Na początku lat 90. mężczyzna żył nadal ponad 66 lat, a kobieta 75. Różnica wynosiła więc 9 lat. „Polska wchodzi w lata 90. w stanie katastrofy demograficznej, a stan zdrowia dorosłych mężczyzn jest gorszy niż po wojnie” – pisał prof. Witold Zatoński (POLITYKA 40/94).

Mamy teraz rzekę wdów po tych właśnie mężczyznach. Kobiety co prawda częściej od mężczyzn chorują, ale żyją dłużej: wspaniały babski ród. Broni je zapobiegliwa wobec gatunku rodzącego natura, która zrobiła je z lepszej gliny. Żyją dłużej na przekór urządzeniom społecznym (autorstwa męskiego), które je społecznie degradują.

Co najskuteczniej broni mężczyzn przed przedwczesną śmiercią? Wykształcenie. I obrączka ślubna. Uczeni z Zakładu Antropologii PAN we Wrocławiu ustalili, że mężczyźni o marnym wykształceniu i ciężko fizycznie pracujący umierają wcześniej. Zawody siłowe, wymagające krzepy, tężyzny, przyczyniają się, wbrew temu, co się potocznie sądzi, do skrócenia życia.

Małżeństwa w Polsce dobierają się homogenicznie. Mąż szuka żony o podobnym wykształceniu i pochodzeniu społecznym. I wszystko się zgadza. Wykształcenie polskich wdów, jak wynika ze spisu, zbieżne jest z wykształceniem ich zmarłych mężów. Te, które wychodzą za magistrów, dużo później zostają wdowami.

Demografowie z PAN przypuszczają, że magister żyje dłużej, bo prawdopodobnie lepiej się odżywia, częściej myje, jego praca odbywa się w warunkach mniej groźnych dla zdrowia, aktywniej wypoczywa, a przede wszystkim mniej pije i pali. Wśród badanych mężczyzn w wieku 30–60 lat we Wrocławiu w połowie lat 80. palących z wykształceniem podstawowym było dwa razy więcej niż palących z wyższym.

Umarli mężowie żyliby być może jeszcze krócej, gdyby pozostali kawalerami. W późniejszym wieku do odchodzących mężów dołączają bowiem hurmem kawalerowie. Zabierają się na tamten świat wcześniej niż żonaci. Obrączka broni przed śmiercią. Kobietę zresztą też, ale, podobnie jak wykształcenie, znacznie słabiej niż mężczyznę.

Wdowa z kryształu

Śmierć męża, jak twierdzą psychologowie, np. Kazimierz Pospiszyl, jest dla kobiety mniej trudna do zniesienia niż rozwód, bo nie ma w niej upokorzenia. Kamień porzucenia został tu ciśnięty w życie przez siłę wyższą – nie rzucił go wiarołomny mąż. Wdowi głębinowy ból inaczej boli od smrodliwego porozwodowego. Z tego również powodu, że rozwódka, w przeciwieństwie do wdowy, nie jest w oczach innych z kryształu. Skoro on odszedł – myślą znajomi w skrytości ducha – to może coś było z nią nie tak.

Ból wdowi zależy od tego, jaką się było żoną. – Najtrudniej przeżywają utratę męża żony z zawodu – mówi Ewa Chalimoniuk, psycholog, która prowadzi terapię osób dotkniętych śmiercią kogoś bliskiego. – Żyły uczepione męża jak bluszcze, rozkwitające tylko przy kuchni, przy dzieciach, w małżeńskiej sypialni. Wszystkie ważniejsze decyzje podejmował mąż. Celem jej życia było: być żoną.

Lepiej radzą sobie z żalem i rozpaczą, zdaniem Ewy Chalimoniuk, żony z małżeństwa partnerskiego i takie, które miały jakąś pasję życiową, zainteresowania, coś ważnego. – Najtrudniejszą dla żony jest nagła śmierć męża, a także – jeśli zbiega się ona z jej odejściem na emeryturę. Wówczas pojawia się pustka totalna, przeraźliwa, bez nadziei.

A dzieje się tak coraz częściej. Najwięcej kobiet wdowieje mając ponad 60 lat; zdarza to się 3–5 razy częściej niż kobietom między 50 a 59 rokiem życia. Jeden z 40 mężczyzn w tym młodszym wieku i jeden na ośmiu po sześćdziesiątce jest wdowcem. Tylko w ok. 20 tys. rodzin rocznie śmierć jednego z rodziców następuje w okresie najaktywniejszego życia rodzinnego, to znaczy w wieku 20–45 lat.

Rzadko już zdarzają się takie wdowie losy jak Sabiny Kwiecińskiej ze wsi pod Płockiem. – Wyszłam za mąż bardzo młodo, miałam 19 lat – mówi pani Sabina. – W rok później byłam już wdową. Mój świeżo poślubiony mąż zginął podczas wojny. Zaraz po ślubie przygarnęli 3-letniego chłopca, własnych dzieci nie zdążyli mieć. No i została nagle sama z tym dzieckiem. Ale nie miała czasu na roztkliwianie się nad sobą. Musiała ciężko pracować w polu, żeby zapewnić utrzymanie. – I jakoś się wszystko w życiu wyprostowało. Mam nowy dom, lecz nie czuję w nim obecności męża, bo nigdy go w nim nie było. Pozostała mi po nim tylko ślubna fotografia.

Wdowa po aniele

Wanda Jaroszyk-Stejner, badając małżeństwa o stażu co najmniej 20-letnim, ustaliła, że żony z takich związków odnoszą się do mężów nader letnio, ani za dobrze, ani zbyt źle. Nie akcentują miłości, przywiązania. Te uczucia żywią dla dzieci i wnuków. Ich mężowie darzą je z kolei uczuciami ambiwalentnymi, choć z przewagą pozytywnych, i ogólnie lepiej niż one oceniają małżeństwo. Przy czym i żony, i mężowie nie mają pojęcia o jakości uczuć, które względem siebie żywią.

Mało jest małżeństw, które od początku do końca mówią o sobie: to jest mężczyzna, to jest kobieta mego życia.

Stefan był mężczyzną mego życia, wiedziałam o tym zawsze, od chwili, kiedy zostaliśmy razem – mówi Halina Strecker. Był drogowskazem i nauczycielem. Miał zdecydowane, bezkompromisowe poglądy, kryształową uczciwość i dużą wiedzę. Żył z pasją i wszystko, co robił, robił z pasją. Przy takim człowieku oddycha się jak czystym górskim powietrzem.

Z czasem pozbierała się z tego, choć z wielkim trudem. Sama starała się z tym uporać. Wynajdywała zajęcia od rana do nocy. – I choć nadal bardzo mi Stefana brak, znów jestem pełna radości życia i nie patrzę na świat przez pryzmat śmierci.

Na ogół po śmierci męża wdowa doznaje spóźnionego olśnienia: miała anioła. Mądry, dobry, opiekuńczy, okazywał szacunek, pomagał we wszystkim, cieszył się z żoninych osiągnięć – taką charakterystykę postaci zmarłego męża dawały wdowy Annie Kwak, badaczce z Uniwersytetu Warszawskiego. Zupełnie inaczej mówią żony żyjących mężów z tych samych badań: izolują się, nie słuchają żon, kłócą się, wolą przebywać poza domem z obcymi, słowem do anioła im daleko.

Rzadko się zdarza usłyszeć od wdowy: był pijakiem i gałganem, więc gdy umarł, poczułam ulgę. – Była małżonka woli być wdową po kimś pozytywnym – mówi terapeuta Andrzej Samson. – Zwłaszcza że po odejściu męża traci swą życiową rolę bycia żoną alkoholika i nie ma innej do pełnienia.

Silniej przeżywają śmierć współmałżonka osoby, których związek był pełen napięć, niż takie, w których związku panowała miłość, spokój i zgoda – twierdzi psycholog Janusz Czapiński.

Wdowa w czerni

I bluszcze jednak, i partnerki – wszystkie wdowy początkowo znoszą swój stan dotkliwiej niż wdowcy. Kobieta z mężem u boku jest kimś. I nagle on zabiera to do grobu. Ona doświadcza osamotnienia i izolacji. Ubiera się na czarno. Ludzie unikają sytuacji, która przypomina im, że również po nich ktoś bliski będzie chodził w żałobnych ubraniach. Jeśli jest jeszcze jako tako atrakcyjna, znajome, wciąż jeszcze żony, wykluczają ją z życia towarzyskiego. A nuż łapczywie rzuci się na czyjegoś męża i uczyni którąś gorzej niż wdową – kobietą porzuconą.

Mój mąż Tadeusz odszedł prawie pięć lat temu – mówi 76-letnia wdowa Lucyna Kuczyńska z Łodzi – po długiej chorobie. Odtąd moje życie to właściwie wegetacja. Nie mieliśmy dzieci. Przez ostatnie dwa lata jego życia opiekowałam się nim dzień i noc, i teraz nie mam co zrobić z czasem. Zapuściła dom, nie chce jej się sprzątać, gotować. Wszystko i wszyscy drażnią; albo gadają tylko o sobie, albo radzą, żeby sobie kupiła pieska. Dziwią się, gdy mówi, że idzie do Tadzia na imieniny. A ona lubi być bliżej niego na cmentarzu. W lecie to się nawet u niego opala. – Chciałabym już umrzeć, nie mogę się tego doczekać. Ale jak na złość trzymam się nieźle. Szukam na zapas miejsca w domu starców, ale jednocześnie przeraża mnie to i jeszcze bardziej odechciewa mi się życia.

Warunki materialne wdów pogarszają się dotkliwiej niż wdowców, zwłaszcza jeśli mają one na utrzymaniu dzieci, bo mężczyźni wciąż zarabiają więcej. Wśród badanych przez Krystynę Krupę najwyższe dochody na jedną osobę osiągało 22,1 proc. wdowców i tylko 2,4 proc. wdów.

Jest więc gorzej, nawet jeśli gorzej nie jest. Mirona Ogryzko-Wiewiórowska z Uniwersytetu Lubelskiego podaje, że 72 proc. badanych przez nią wdów ocenia swą sytuację jako gorszą po śmierci męża. Tymczasem dochody uzyskiwane przez te wdowy zaświadczają, że w istocie pogorszenie takie następuje tylko u 40,2 proc. respondentek. Świat widzi się przez czarne okulary, to zrozumiałe.

Wydawałoby się, że wdowcom patrzeć inaczej przychodzi łatwiej. Nikt ich nie wystawia z układów towarzyskich; przeciwnie, stanowią pożądane obiekty dla starszych panien i rozwódek, których jest wszędzie nadmiar. Łatwiej im też rzucić się w wir pracy zawodowej niż kobietom. A jednak wychodzą z załamania dłużej i trudniej niż wdowy. – Mam więcej znajomych wdów niż wdowców – mówi prof. Hanna Świda-Zięba. – Obserwuję, jak na przykład wdowy już ze stażem radzą świeżo owdowiałej: przemebluj mieszkanie. Jak szybciej od wdowców uczą się organizować życie na nowo.

Oni nie potrafią nauczyć się prać, gotować, sprzątać. Zawsze robiła to żona i czynności te, słabo dla nich wyuczalne, znajdują się za psychiczną granicą. Stracili gospodynię, opiekunkę, pielęgniarkę. Busolę, gwiazdę przewodnią. I partnerkę do seksu. 71 proc. wdów i wdowców porzuca życie seksualne, choć nie oznacza to, że nie mają takich potrzeb. Tłumi je, jak to wykazują badania Mirony Ogryzko-Wiewiórowskiej, 90,3 proc. wdów i 50,8 proc. wdowców. Wynika z tego, że wielu z nich żałobę z seksem jakoś jednak godzi. Ale woleliby, jak mówią, jednak z żoną, bo z nią byłoby jak dawniej, bezpiecznie, normalnie i komfortowo.

Grzęzną nie tyle w rozpaczy, co w abnegacji, rezygnacji, nieprzystosowaniu, zaczynają pić, podczas gdy wdowy już ze swego dołu wychynęły na świat Boży i znów żyją, mimo swej bezbrzeżnej rozpaczy.

Wdowa bez pogrzebu

Po kilku miesiącach żałoby, jak dowodzą badania, niesłychanie ważne staje się wsparcie nie krewnych, lecz przyjaciół, a także ludzi, których się dotychczas nie znało – terapeutów lub grup samopomocowych. Znaczenie tego wsparcia rośnie w miarę upływu czasu, natomiast nieistotną staje się wspomagająca rola rodziny zmarłego współmałżonka. Szuka się podobnie doświadczonych wdów, rozwódek, które nie mówią: świat się nie skończył. Mówią: wiem, jak to boli. Można się do woli wyżalić i wypłakać.

Badania na świecie pokazują – twierdzi Janusz Czapiński – że od 6 miesięcy do 2 lat od śmierci partnera osoba, która go straciła, może otrząsnąć się, udatnie funkcjonować i nie wykazywać przygnębienia większego niż ktoś, kto takiej straty nie poniósł. Jednak około 30 proc. owdowiałych osób pełni równowagi w ciągu roku żałoby nie odzyskuje. Niektórzy, choć rzadko, dochodzą do niej latami, jeśli wcześniej ich samych śmierć nie zabierze. Silny stres uruchamia ukryte choroby i sprowadza nowe. 64,7 proc. owdowiałych osób z badań Ogryzko-Wiewiórowskiej zaczęło chorować, a 15 proc. umarło w rok po śmierci małżonka. Jak ustalili amerykańscy badacze Mac Mahon i Pugh, liczba samobójstw jest dwukrotnie większa w pierwszym roku od pogrzebu niż w okresie późniejszym. Częściej popełniają je wdowcy niż wdowy.

Wśród wdów, które przeżywają patologiczną, jak się ją w psychologii nazywa, ciągnącą się latami żałobę, zdarzają się często te, które nie pochowały swego męża, ponieważ nie odnaleziono jego ciała. To wdowy po alpinistach, marynarzach. – Bliska osoba niepogrzebana – mówi Ewa Chalimoniuk – jest ciągle obecna. Bezpośrednio po śmierci odczuwa się zwykle obecność zmarłego, słyszy się jego głos, czuje się, jak on siada na łóżku, aż ugina się tapczan. Potem te wrażenia ustępują. Ale u wdów bez pogrzebów mogą one utrzymywać się przez wiele lat, a nawet do końca życia.

Zdzisław Ryn, krakowski psychiatra, obserwował takie objawy u wdów katyńskich. Wdowy bez ciała wiedzą, że ich mężowie nie żyją, i jakby o tym nie wiedzą. Rozmawiają z nimi, proszą o radę, o pomoc w kłopotach. Stawiają na stole puste talerze i czyszczą bez końca buty zmarłych. Nie kończą swej żałoby.

Wdowa z dzieckiem

Po katastrofie samolotu w Zawoi – wspomina Andrzej Samson – przyszło do mnie wiele kobiet. Siadały naprzeciw i prosiły: proszę coś zrobić, żebym aż tak nie cierpiała. Odpowiadałem, że nie ma na to żadnej sztuczki, że aby wyjść z żałoby, trzeba ją odbyć do końca, że mogę w tym towarzyszyć, być kimś słuchającym, cierpliwym.

I to właśnie pomaga. W tym i w każdym innym nieszczęściu: ktoś obok. W pierwszych miesiącach – jak pisze Janusz Czapiński, powołując się na kanadyjskie badania – to najczęściej własne dziecko. Lecz jeśli dzieci nie są dorosłe, choć zdarza się to rzadziej, owdowiały rodzic musi sobie radzić z ich bezbronną rozpaczą. Śmierć przerywa sens świata, który dotąd znały. Buntują się przeciw niej, czują się niesłusznie skrzywdzone. Dwie trzecie wdów i wdowców wśród badanych przez Bogusławę Lachowską z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego twierdziło, że z dziećmi dzieje się gorzej. Stają się skryte, małomówne, krnąbrne, zamykają się w sobie. Trudniej przychodziła im nauka, zwłaszcza dzieciom wdowców. Ich poczucie bezpieczeństwa zostało zachwiane. Żądają, aby matka z nimi spała i ona się na to godzi. Po świeżym bólu bliskość okazywać jest trudno, więc jej we wdowich domach nie dostaje, a zwłaszcza w rodzinach wdowców. Tam dzieci, żeby ogrzać się psychicznie, nie śpią z tatą, ale z rodzeństwem. Co dziesiąta wdowa twierdzi, że dziecko zazdrości ojców innym dzieciom, a co piąte badane dziecko pragnie, aby rodzina powiększyła się o dodatkową osobę.

Kiedy dzieci są dorosłe, najczęściej mają już własne życie. – Zdarza się – mówi Ewa Chalimoniuk – że wdowy, które nie znają innej roli, niż być potrzebną w domu, usiłują się w to ich życie wczepić. Chcą na siłę gotować, sprzątać, opiekować się. Albo żądają nieustannej obecności przy sobie. Tata umarł, a wy mnie zostawiacie. Te wdowy doświadczają zwykle powtórnej utraty – przez odrzucenie.

Najlepiej radzą sobie te, które i przed utratą męża były sprawne, energiczne. – Jestem sama od 1977 r. – mówi 80-letnia Maria S. z Kalisza. – Mimo kalectwa, zawsze byłam silna psychicznie. Po śmierci partnera wiedziałam, że muszę dać sobie jakoś radę. Przez kilka lat starała się o dyżury w rozmaitych telefonach zaufania, ale kiedy deklarowała, że nie chce na tym zarabiać, uważano, że jest wtyczką bezpieki. W końcu postanowiła założyć prywatny telefon zaufania, a ponieważ jest z zawodu prawniczką – udzielać porad prawnych. Już od pierwszego dnia zgłaszało się wiele samotnych kobiet. Stopniowo zaczęła się umawiać na spotkania, bo potrzebowały bezpośredniego, serdecznego kontaktu. Zachęcała je, aby poszukały sensu życia poza domem, zainteresowały się innymi. – Ja sama też poczułam się potrzebna, to mnie zmobilizowało do walki z kalectwem. Zaczęłam ćwiczyć, żeby opanować ból, odważniej się poruszałam. Wcześniej przez 10 lat nie wychodziłam z domu, a potem wyjeżdżałam nawet na konferencje za granicę.

Jednak w Polsce obowiązuje odmienny model społeczny wdowy. Ma to być osoba raczej samotna. Wdowa szukająca męża – to wciąż wesoła wdówka z operetki, warta zachodu, jeśli bogata. Ale godna wdowa – to wierna do śmierci. Do zachowania wierności małżonkowi aż do ponownego zamążpójścia zachęca wdowy Kościół.

Wdowa zakorzeniona

Pozostając w życiowej samotności – mówił łódzki abp Władysław Ziółek – wdowy głębiej zakorzeniają się w Bogu, dając świadectwo pogodzenia się z nie zawsze przecież łatwą Jego wolą.

Wdowa zakorzeniona niekoniecznie wyciera kościelną kruchtę.

Niektóre bloki odwiedzane przeze mnie w czasie kolędy – mówi ksiądz Piotr Kosmala z parafii Opatrzności Bożej w Łodzi – są zamieszkane prawie przez same wdowy. One same żartują, że mieszkają w betonowych wdowich klatkach. Jeśliby po owdowieniu kobiety uczestniczyły w nabożeństwach gorliwiej niż przedtem, niektóre nabożeństwa odbywałyby się z tłumem wiernych, a tak nie jest. Wdowa, która gorliwie uczestniczy w życiu parafii, czyni tak i przed odejściem męża.

Łatwiej niż w obrzędach kościelnych zakorzenić się Radiu Maryja. Jest ono dla wdowy terapeutą. Na drugim końcu drutu cicho mówi do wdowy łagodny ojciec. Nieważne: o Żydach czy Marsjanach. Można się z Ojcem Dyrektorem nie tylko pomodlić, lecz i powzruszać, powściekać, pokłócić, nieważne: o Żydów czy Marsjan. Ma się krzepiące poczucie przynależności. Ono wzrasta, kiedy się wysupłuje wdowi grosz na cel wskazany przez Ojca Dyrektora. Wdowa nie jest już znikąd donikąd. Ona jest od siebie do radia: ma się krzepiące poczucie wspólnoty.

Ideałem kościelnym jest stać się wdową konsekrowaną. Przygotowania do konsekracji trwają dwa lata. Kandydatka składa śluby czystości i podejmuje zadania miłe Bogu i potrzebne ludziom. – Chcę wykorzystać ostatnie lata na służbę Kościołowi i ludziom w ich drodze do Chrystusa – mówi 77-letnia lekarka, od sześciu lat wdowa, od dwóch – konsekrowana. – Działam w stowarzyszeniu penitencjarnym, rozmawiam z więźniami i ich rodzinami, służę im wsparciem materialnym i duchowym. A w moim osobistym życiu nic się nie zmieniło, nadal jestem babcią.

Wdowa na studiach

Wdowa może być babcią i pomagać rodzinie. W PRL ta pomoc była ściśle zdefiniowana. Babcia przede wszystkim stała w kolejkach po rozliczne dobra, zachowując mocną pozycję w rodzinie. Dziś często jej rola ogranicza się do drugiego z niegdysiejszych obowiązków – przyprowadzania i odprowadzania do szkoły wnuków. Ulice są niebezpieczne, jezdnie coraz bardziej zatłoczone.

Jednak najczęściej wdowa urządza swoje wdowie życie w domu przy telewizji. Również na działce, w domach dziennego pobytu, gdzie – jak np. w Wyszkowie – dla 46 osób organizuje się wieczorki, imieniny, spotkania, wycieczki, ogniska.

Czasem idzie na studia, lecz rzadko, bo wymagają one już jakiegoś wykształcenia, a rzeka wdów ma je marne. Te, które wyszły za wykształconych, będą wdowami później i krócej.

Ratujecie nam życie – mówią wdowy organizatorkom Uniwersytetu Trzeciego Życia w Mazowieckim Centrum Kultury w Warszawie. – Większość naszych słuchaczek to właśnie wdowy – mówi Elżbieta Kowalska (też wdowa). – Przychodzą nauczycielki, ekonomistki, urzędniczki. Mają wykłady z różnych dziedzin nauki i ćwiczenia, także artystyczne – malarskie, muzyczne oraz z języków obcych. Chcą się rozwijać, znajdują nowe pasje. Wielu chętnym trzeba odmawiać, jest ich więcej niż miejsc na studiach.

Monika S. owdowiała mając 33 lata, od piętnastu żyje jako wdowa. – Wiele lat po śmierci męża skończyłam studia. To była dla mnie odskocznia. Gdy innym się wszystko w życiu zaczyna, mnie się skończyło. Zostałam sama z dwojgiem dzieci. Nie mogłam się otrząsnąć ze śmierci męża przez 10 lat. Dawał mi oparcie i poczucie bezpieczeństwa. On był już wykształcony, ja wtedy jeszcze nie. Teraz chciałabym spokoju w życiu dla siebie i moich córek. Jeśli chodzi o starszą, śmierć ojca do tej pory wpływa na jej relacje z mężczyznami.

Z Centrum Wolontariatu, a także Akademii Rozwoju Filantropii wynika, że wśród zajmujących się pracą na rzecz innych 20 proc. to ludzie w starszym wieku, głównie kobiety, reszta to młodzież, przeważnie uczniowie i studenci. Na Zachodzie jest odwrotnie. Tamtejsze starsze panie owdowiawszy rzucają się w wir publicznego babciowania. W szpitalach dziecięcych gładzą niemowlęta w inkubatorach, bo one czule dotykane szybciej nabierają formy. Jako babcie zastępcze oddają swój czas dzieciom chorym, kalekim, osieroconym, upośledzonym. Także – osobom starszym, już niedołężnym.

– Widziałam w Anglii starsze osoby – mówi prof. Barbara Szator-Jaworska – które pełniły dyżury na padoku, gdzie odbywały się zajęcia z hipoterapii dla dzieci upośledzonych umysłowo. Pełnią funkcję opiekunów, pomocników instruktora: wujków, cioć, którzy pospieszą w razie czego dziecku z pomocą.

– Starsze panie bardzo by się przydały – mówi Agnieszka Mróz z Ośrodka Pomocy Społecznej w Wyszkowie – do pomocy nad dziećmi, chorymi. W warszawskim Centrum Wolontariatu jest także zapotrzebowanie na starszych – do prac biurowych, sekretarskich, do archiwów, do ogrodu botanicznego i wielu innych. Lecz ludzie starsi nie zgłaszają się do takich prac, choć w przypadku wdów bycie potrzebną jest po stracie najbliższej osoby jak najlepszy antybiotyk. Dowodzą tego setki badań prowadzonych na świecie, na przykład te, w których pensjonariuszom angielskich domów opieki społecznej powierzono opiekę nad kwiatkami doniczkowymi i dzięki temu żyli oni dłużej od osób nie mających żadnych funkcji opiekuńczych.

– Tymczasem w ostatnich dziesięciu latach obserwuje się spadek aktywności starych ludzi – mówi Barbara Szator-Jaworska. – Zakwestionowano ich doświadczenie obywatelskie.

Młode kobiety z pokolenia, które budowało z mężczyznami huty, fabryki, kopalnie, dowiedziały się na starość, że robiły coś zbędnego i nieopłacalnego. Zabrano im nawet kolejki, dzięki którym były w rodzinach ważne i nie do zastąpienia.

Polskie wdowy – rzesza społecznie niezagospodarowana, dzielnych, obytych z życiem kobiet – żyją przy telewizorze, wśród psiapsiółek, herbatek, imieninek i coraz ostrożniejszego wnukowania – w sosie własnym.

Wdowa pomnikowa

Wdowy są nam potrzebne. Zaświadczają dobitnie na przyszły smutny użytek, że odrastamy po najgorszych rozpaczach – jak trawa.

A jest jeszcze wśród nich grupa szczególna – mówi Andrzej Samson. – Wspaniały poczet tych, które choćby nie wiem co zrobiły ze swym życiem, zawsze będą wdowami po swych mężach. Jak wdowa po Cybulskim, po Kobieli, po Komedzie, po Dymnym.

Przytwierdzone do legendy swego męża, rzadko poza jej blask (jak się to udało Annie Dymnej) wychodzą. Trwając przedłużają życie postaci kultowych.

Mogłaby taką być wdowa po Władysławie Szpilmanie. Jego wizerunek wykreowany przez film Polańskiego świeci w całej Europie. Lecz spuścizną po ojcu zajmuje się raczej syn kompozytora.

Halina Szpilmanowa leczy chorych. Zawsze leczyła, w tym także tych, którzy ratowali jej męża w czasie okupacji i z których większość teraz już nie żyje. Jeździ na grób męża jak każda normalna wdowa. Nie wyrzuca pamiątek i słuchając utworów męża widzi sylwetkę kompozytora schyloną nad fortepianem. Nawet słowa wdowa nie lubi. Woli – żona zmarłego.

Polityka 44.2003 (2425) z dnia 01.11.2003; Raport; s. 3
Oryginalny tytuł tekstu: "Dzielne wdowy"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

Zapomniana historia Mietka Kosza

Film Macieja Pieprzycy „Ikar. Legenda Mietka Kosza” z brawurową rolą Dawida Ogrodnika przypomina wielką postać tytułowego niewidomego pianisty. To powód, by raz jeszcze zastanowić się nad wciąż nośnym mitem artysty straceńca.

Mirosław Pęczak
19.10.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną