Rozmowa Janiny Paradowskiej z Tadeuszem Mazowieckim

Kaczyński wznieca rokosz
Były premier, mówi Janinie Paradowskiej o tym, co by doradzał nowemu prezydentowi, o ofensywie smoleńskiej PiS i politycznym uwikłaniu Kościoła
Tadeusz Mazowiecki
Leszek Zych/Polityka

Tadeusz Mazowiecki

Janina Paradowska: – Po wygraniu wyborów Bronisław Komorowski dziękował w sposób szczególny tylko panu i Władysławowi Bartoszewskiemu jako swoim politycznym patronom. Czuje się pan politycznym mistrzem prezydenta-elekta?

Tadeusz Mazowiecki: – To był niesłychanie miły i zupełnie niespodziewany dla mnie gest. Nie czuję się jego mistrzem, ale Komorowski już w swojej książce, opublikowanej dawno temu, pisał, że właśnie praca w moim rządzie – a był najpierw dyrektorem gabinetu ministra Aleksandra Halla, potem wiceministrem obrony narodowej – zmieniła go z radykała w człowieka rozumiejącego państwo i skomplikowane uwarunkowania polityczne.

Myślę, że także i później, gdy współpracowaliśmy w Unii Wolności, już po zjednoczeniu z KLD – a było to doświadczenie ciekawe, bowiem ja byłem przewodniczącym partii, Donald Tusk wiceprzewodniczącym, a Komorowski sekretarzem generalnym – obserwował moje trudności w spełnianiu roli tak zwanego spinacza różnych skrzydeł. Widział też z bliska, iż w polityce kieruję się pewnym systemem wartości, co dla niego było ważne. Chyba to jest to polityczne dziedzictwo, które ode mnie wziął i jest mi miło, że się do niego przyznaje.

Komorowski będzie dobrym prezydentem?

Ma szansę i bardzo liczę, że szybko się o tym przekonamy. Ma jednak bardzo trudny start, gdyż polityka polska akurat zatoczyła koło i wróciła do tego samego punktu, jeżeli chodzi o sposób działania PiS. Zmiana okazała się nie być żadną zmianą i to, z czym mamy obecnie do czynienia, jest straszliwym niszczeniem naszej polityki, a w ślad za tym niszczeniem świadomości państwowej i państwa jako takiego. Jeżeli dziś podważa się wszystko, sieje się nieufność wobec instytucji takich jak rząd, prokuratura, sądy w tak dramatycznej sprawie, jaką jest dochodzenie przyczyn katastrofy smoleńskiej, jeżeli wykracza się poza granice Polski i sieje nieufność także na zewnątrz, to już nie mamy do czynienia z opozycją demokratyczną, która patrzy władzy na ręce. To jest walka z systemem demokratycznym. Takie postępowanie w I Rzeczpospolitej nazywano rokoszem.

Mocnego określenia pan używa.

Każde porównanie jest tylko porównaniem, ale przecież ongiś to wielcy magnaci osłabiali władze państwa, a obecnie czynią to wielcy oligarchowie polityczni. Dziś tak samo jak kiedyś w ten właśnie sposób tworzy się ośrodek antypaństwowej, najostrzejszej z dotychczasowych opozycji. Próbuje się stworzyć wrażenie, że nasze państwo właściwie nie istnieje, nie jest do niczego zdolne, podczas kiedy to ono w czasie kryzysu politycznego, ale także gospodarczego, wykazało wielką sprawność. Ten obraz usiłuje się zmącić i wbić ludziom do głów, że powinno się w kilka, kilkanaście tygodni po katastrofie ogłosić, kto, za co i czemu jest winien, oczywiście nie obciążając żadną winą strony, która rokosz wywołuje.

Często można ostatnio usłyszeć, że rzeczywiście takiej polityki czy nagromadzenia politycznych obsesji jeszcze nie było, że obecna polityka jest budowana głównie na nienawiści. Czy zgodzi się pan z taką diagnozą?

Absolutnie tak. W różnych krajach nienawiści w różny sposób dochodzą do głosu, na nienawiści bazują ruchy separatystyczne. My nie mamy na szczęście sytuacji, jaka była na Bałkanach, ale stopień nienawiści i agresji jest bardzo duży i to nie tylko w stosunkach na górze, w obrębie klasy politycznej. Schodzą one w dół, do zwykłych ludzi, którzy przestają ze sobą normalnie rozmawiać, gdyż są tak mocno emocjonalnie podzieleni jak nigdy wcześniej. Istnieje więc możliwość pojawienia się jakiejś iskry zapalnej, ale przede wszystkim niebezpieczne jest to daleko posunięte niszczenie świadomości ludzi i ich stosunku do państwa.

Na dodatek dokonuje się to w sytuacji wyzwań historycznych, perspektywy wielkiego skoku cywilizacyjnego, jakiego możemy dokonać i dla którego tak bardzo potrzeba nam poczucia przynajmniej minimum wspólnoty narodowej. Dlatego sądzę, że jednym z istotnych zadań prezydentury Bronisława Komorowskiego będzie przeciwdziałanie polityce pisowskiej poprzez odbudowę poczucia tej wspólnoty.

Odbudowa wspólnoty to dobrze brzmi jako hasło, ale z przełożeniem na konkrety może być trudniej.

Nikt nie obiecywał łatwej prezydentury. Ja za szczególną rolę prezydenta, poza konstytucyjnymi uprawnieniami i obowiązkami, uznaję właśnie próbę przetłumaczenia, przełożenia na konkrety haseł, z którymi Komorowski poszedł na wybory – „zgoda buduje”, a zwłaszcza „chodźcie z nami”. To będzie bardzo trudne, będzie to wymagało bardzo wielu inicjatyw. Za bardzo ważne uważam, aby prezydent stawał się aktywnym patronem rozwoju społeczeństwa obywatelskiego, usuwania trudności w powstawaniu organizacji i stowarzyszeń, popierał to wszystko, co tworzy takie społeczeństwo. Prezydentura powinna być urzędem, gdzie można znajdować pomoc, opiekę, zachętę, inicjatywę.

Rozmawiał pan o tym z prezydentem-elektem?

Rozmawiałem i odniosłem wrażenie, że przekonanie o konieczności łączenia, a nie dzielenia ma on mocno ugruntowane, że to nie był tylko slogan wyborczy. Takie właśnie działanie postrzega jako jeden z warunków rozwoju Polski. Ja bym mu radził inicjowanie na przykład debat na temat przyszłości, skupienie ludzi zdolnych dokonać analizy obecnej sytuacji i wytyczyć taki szlak, aby wezwanie „chodźcie z nami” nie było puste. Przed przystąpieniem do Unii Europejskiej z powodzeniem robił to prezydent Aleksander Kwaśniewski.

Co się, pana zdaniem, stało, że Polska w ostatnich dwudziestu latach w wielu sferach poszła do przodu, a jeśli idzie o kulturę polityczną, cofamy się?

W ogóle od początku demokratycznych przemian nie było z tym najlepiej. Takie słowo jak: „kompromis”, bardzo w polityce cenione, u nas zawsze funkcjonowało z przymiotnikiem „zgniły”, choć paradoksalnie nasza historia po 1989 r. opiera się na dobrych kompromisach. Ponadto, jeśli nawet pozytywne zmiany następują, to natychmiast się je niszczy, bowiem życie publiczne pełne jest specjalistów od destrukcji. Trzeba też powiedzieć o negatywnej selekcji ludzi wchodzących do polityki. Czynników rujnujących kulturę polityczną jest więc dużo i oczywiście Komorowski żadnych cudów tu nie zrobi, ale może dokonać bardzo wiele, jeżeli ani on, ani rząd nie dadzą się uwikłać w plany polityczne Jarosława Kaczyńskiego.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną