Mikołaj Dowgielewicz - człowiek polskej prezydencji

Architekt prezydencji
Od lipca 2011 r. Polska będzie kierować pracami UE. Jak nam to wyjdzie, zależy m.in. od wiceministra spraw zagranicznych do spraw europejskich.
Mikołaj Dowgielewicz w warszawskich Łazienkach podczas wizyty ówczesnego premiera Wielkiej Brytanii Gordona Browna
Adam Chełstowski/Forum

Mikołaj Dowgielewicz w warszawskich Łazienkach podczas wizyty ówczesnego premiera Wielkiej Brytanii Gordona Browna

Mikołaj Dowgielewicz (z lewej) i minister nauki Barbara Kudrycka podczas posiedzenia rządu
Sławomir Kamiński/Agencja Gazeta

Mikołaj Dowgielewicz (z lewej) i minister nauki Barbara Kudrycka podczas posiedzenia rządu

Mikołaj Dowgielewicz, rocznik 1972, stanu wolnego, uważa, że półroczna prezydencja w Unii to wielki test dla państwa, praca w zupełnie innym tempie i unikatowe przedsięwzięcie, które będzie kosztować 430 mln zł: – Wielka sprawa. Chcemy w czasie prezydencji wysłać w świat sygnały wzmacniające wizerunek. Szykujemy kilka niespodzianek i zapewniam, że otwarcie, które odbędzie się w stolicy, zrobi wrażenie. Jego dobry kolega z liceum Rafał Trzaskowski, europoseł PO, przekonuje, że na krajowym podwórku w sprawach europejskich Dowgielewicz ma najwięcej do powiedzenia. Dlaczego? – Bo się na tym świetnie zna, to jeden z najlepszych ekspertów ds. europejskich – odpowiada.

A zaczęło się od tego, że gdy Dowgielewicz miał siedemnaście lat, bardzo chciał się wyrwać z Polski. Przeszedł do następnej klasy warszawskiego LO im. Reja (jak wspomina, wybranie klasy o profilu klasycznym okazało się pomyłką), załatwił wizę i pierwszy raz wsiadł do samolotu, do Anglii. Przez kilka tygodni był pomocnikiem elektryka. – To był przełomowy moment. Wiedziałem, że muszę tu kiedyś wrócić, najlepiej na studia – opowiada pełen emocji. Po maturze przez kilka miesięcy studiował stosowane nauki społeczne na UW, ale przestał się nimi przejmować i kolejne trzy lata spędził w Wielkiej Brytanii na Uniwersytecie w Hull. Do kraju wrócił z dyplomem prawnika i politologa.

Kobieca siła

Z pełnym przekonaniem mówi, że decyzję o wyjeździe na studia do Anglii zalicza do tych najlepszych i najważniejszych. Zawodowo i chyba jeszcze bardziej prywatnie. Wychowywał się w bardzo kobiecym towarzystwie. – Mam mało kuzynów, ale dużo ciotek – opowiada. Młodemu chłopakowi, jedynakowi, starczyło odwagi, by się z domu wyrwać, ale podkreśla, że ze swoją „rodziną w wieku zbowidowskim”, która pochodzi z Wołynia, do dziś jest bardzo związany. To dzięki matce, która z rocznym dzieckiem przeprowadziła się z Gorzowa Wielkopolskiego do stolicy, i babce, która w 1956 r. wróciła z gułagu w Kazachstanie, potrafi docenić kobiecą siłę.

Jako minister ds. europejskich i polityki ekonomicznej nadzoruje pracę trzech departamentów. W dwóch szefują kobiety. W departamencie koordynującym przygotowania do prezydencji są trzy kierownicze stanowiska – wszystkie stery powierzono paniom: Joannie Skoczek, głównemu dyrektorowi, Weronice Staniec, która jest odpowiedzialna za sprawy budżetowe, oraz Justynie Sołtyk, podobno niezastąpionej w kwestiach logistycznych i bezpieczeństwa. – To trzy wzrostem niepozorne panie, ale o wielkiej mocy charakteru i dużej sile działania – reklamuje je Dowgielewicz.

Jego zespół jest niewielki liczebnie, znacznie mniejszy niż np. ten, który przygotowywał prezydencję u Węgrów, od których Polska przejmie przewodnictwo. – Zaczął się kryzys, mówiło się o oszczędnościach w administracji, nie było mowy, by zatrudniać dodatkowych ludzi – wyjaśnia Dowgielewicz. W 60-osobowej grupie pracują z nim ludzie miedzy 28 a 40 rokiem życia: – Ja jestem w tym zestawie jednym z najstarszych. To niestandardowe w polskiej administracji – opowiada. Teraz wszystkie siły skoncentrowane są na projekcie prezydencja.

Trzy panie S (Skoczek, Staniec, Sołtyk), zazwyczaj raz w tygodniu na 45 minut spotykają się ze swoim szefem w jego gabinecie z widokiem na aleję Szucha. Są po imieniu. Minimum formalności, maksimum działania. – Zawsze ma listę tematów do omówienia. Pyta o zadania, nad którymi pracujemy, czasami proponuje rozstrzygnięcia. Problemy w krótkim czasie przekłada na decyzje. Ostatnie słowo należy do niego, bo to on bierze na siebie największą odpowiedzialność, ale liczy się z nami – mówi Justyna Sołtyk.

Rafał Trzaskowski zauważa, że na sprawach unijnych i nowoczesnym zarządzaniu takimi projektami znają się przede wszystkim młodzi ludzie, którzy skończyli studia zazwyczaj już po przełomie, a pracę w unijnych instytucjach zaczynali, gdy w Polsce dopiero myślało się o akcesji. W Parlamencie Europejskim Polska nie miała jeszcze ani jednego posła, a Dowgielewicz już był doradcą przewodniczącego Pata Coxa, a w 2004 r. rzecznikiem prasowym Komisji Europejskiej ds. Stosunków Instytucjonalnych i Komunikacji Społecznej. Po trzech latach został doradcą w gabinecie politycznym wiceprzewodniczącej Komisji Europejskiej Margot Wallström. W połowie 2008 r. francuski dziennik „Libération” ogłosił go jednym z 36 talentów UE.

Ministerialna załoga mówi, że Dowgielewicz potrafi docenić dobrze wykonaną robotę. Wtedy słyszą: świetnie ci poszło; czasem szef daje premie. Jak opowiada Justyna Sołtyk, motywuje też w inny sposób:Często zaskakuje mnie i zarazem mobilizuje, bo pamięta o drobnych szczegółach mojego projektu.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną