Polskie metropolie walczą o prestiż i pieniądze

Wojny miast
Gorące emocje i żale przy okazji konkursu na Europejską Stolicę Kultury to kolejna odsłona wojny miast i regionów o pieniądze, inwestycje, infrastrukturę, wielkie imprezy i prestiż. Ta gorączka wydaje się już za wysoka.
Rynek w Krakowie.
Jan Włodarczyk/Forum

Rynek w Krakowie.

Nowy stadion w Gdańsku.
Dominik Sadowski/Agencja Gazeta

Nowy stadion w Gdańsku.

Multimedialne fontanny u podnóża warszawskiej Starówki.
Piotr Rybarczyk/Forum

Multimedialne fontanny u podnóża warszawskiej Starówki.

Konkurs na Europejską Stolicę Kultury w 2016 r., który wygrał Wrocław, obudził niespodziewanie silne emocje. Oburzył się Lublin, którego samorządowcy od dawna skarżą się na niedoinwestowanie i spychanie do getta wschodniej Polski B. Prezydent Katowic zażądał zaś od ministra informacji na temat dotacji z budżetu państwa i Unii na kulturę w miastach, które starały się o tytuł ESK. Pomruki niezadowolenia doszły też z Gdańska i Warszawy.

Walka o tytuł ESK była pierwszą od bardzo dawna bezpośrednią i otwartą rywalizacją miast polskich na polu kultury. Od kiedy? Chyba od pamiętnego telewizyjnego „Turnieju Miast”, któremu w latach 70. i 80. ubiegłego wieku kibicowała cała Polska. Ale i wówczas zmagania artystyczne (występy muzyczne, zespoły folklorystyczne, twórcy ludowi, chóry) mieszały się z wyzwaniami mającymi niewiele wspólnego z duchowością (slalom traktorami, wyścigi taczek, zbiórka makulatury itd.).

Etapy boju

Rywalizacja o ESK to kolejna odsłona wielkiego turnieju miast i regionów, który na dobre (pomijając znane historyczne animozje pomiędzy miastami), już za czasów nowej demokracji, rozpoczął się w 1999 r. wraz z reformą administracyjną kraju. Pierwotna koncepcja zamiany 49 województw na 12 regionów upadła na skutek ambicji lokalnych polityków, posłów, senatorów, partyjnych interesów. Kolejne projekty map z granicami województw wyglądały coraz dziwniej: tu jakiś kuriozalny wąski rogal na Kujawach, żeby pogodzić Bydgoszcz i Toruń (w efekcie trzeba było rozdzielić pomiędzy nie władze województwa kujawsko-pomorskiego), wykrawanie na siłę spłachetka dla Kielc, łagodzenie konfliktu pomiędzy Gorzowem Wlk. a Zieloną Górą, tworzenie mikroskopijnej Opolszczyzny, dzielenie Pomorza na włości gdańskie i szczecińskie, rozpaczliwa, choć przegrana, walka Koszalina o własne województwo i pielgrzymki polityków różnych partii do tego miasta (a także do Słupska) przed każdymi wyborami z enigmatycznymi obietnicami naprawienia tamtej krzywdy. Projekt stworzenia 12 silnych regionów, za którym stała ekonomiczna i cywilizacyjna koncepcja, musiał ustąpić wobec politycznych nacisków – powstało 16 województw.

I jeśli dzisiaj słychać żale, iż pewne regiony kraju są upośledzone i dyskryminowane, to w dużej mierze wynika to z tego, że nie powinny one jako jednostki administracyjne w ogóle istnieć. Podobnie było z powiatami; po reformie do Kancelarii Premiera ustawiały się kolejki samorządowców, z pominiętych przy podziale na starostwa miast, z prośbami o korektę mapy. I sporo dodatkowych miast status powiatu dostało (miało być dwieście kilkadziesiąt, jest ich w sumie 314). Dzisiaj przeważa opinia, że powiatów jest stanowczo za dużo, dla wielu z nich nie ma żadnego ekonomicznego i strukturalnego uzasadnienia.

Dla Polski lokalnej bardzo ważnym momentem stało się wprowadzenie w 2002 r. powszechnych wyborów prezydentów i burmistrzów miast. Zyskali oni wówczas znacznie silniejszą pozycję, wielu z nich pełni już swoje funkcje drugą i trzecią kadencję. Tak wybierani włodarze poczuli polityczną moc, a ci z największych ośrodków stali się graczami w skali ogólnopolskiej, zabiegającymi o środki, imprezy, inwestycje dla swoich miast. Zaczęli tworzyć własne quasi-partie, wprowadzać swoich ludzi do miejskich instytucji. Rozrastały się w ratuszach działy PR, pojawiły się na większą skalę reklamy miast i regionów, rozmnożyły rozmaite rankingi miejscowości. Miasta zyskały wyrazistych gospodarzy, ale też ci gospodarze, myśląc o reelekcji, zaczęli zabiegać o elektorat, doprowadzając do nie zawsze uzasadnionych, kosztownych inwestycji, często finansowanych z kredytu. Duże, silne miasta z wpływowymi działaczami stały się wręcz elementem ustrojowym państwa.

Od 2004 r. rozpoczęła się zaś rywalizacja o dotacje z Unii Europejskiej, a kolejna batalia pojawiła się na horyzoncie w 2007 r., wraz z przyznaniem Polsce współorganizacji Euro 2012. I znowu wygłaszano opinię, że rywalizują wszyscy, a dziwnym trafem wygrywają miasta, gdzie silna jest Platforma Obywatelska: Gdańsk, Wrocław, Poznań i Warszawa. Przegraną Chorzowa tłumaczono starą i stałą niechęcią centralnych władz do Śląska, porażkę Krakowa zaś tym, że jak zwykle musiał z nim wygrać Wrocław.

Równolegle, od 2008 r., toczyła się sprawa tworzenia metropolii – zintegrowanych komunikacyjnie i infrastrukturalnie, łączących wiele sąsiadujących ze sobą miast-ośrodków wokół głównego miasta. W pierwszej wersji ustawy przyjęto, że będzie ich siedem: warszawska, trójmiejska, łódzka, poznańska, wrocławska, krakowska i śląska. Ale natychmiast podniosły się protesty. Swoje ambicje metropolitalne wyraziły: Białystok, Rzeszów, Lublin, Bydgoszcz i Toruń. Rząd, dla świętego spokoju, bo nie z powodów merytorycznych, podwyższył liczbę metropolii do 12, ale wtedy PSL zalicytował 16 (równa liczbie województw), co czyniło całą koncepcję absurdalną z tego powodu, że w Polsce po prostu nie ma tylu metropolii. W efekcie sensowny zdawałoby się projekt został odłożony do szuflady.

Nas nie lubią

W każdym wyścigu, także miast i regionów, ktoś wygrywa, ale większość czuje się przegrana. I tam wówczas dochodzi do głosu polityka i ideologia. Samorządowcy z Radomia skarżą się, że ich miasto jest karane przez centralne władze za to, że rządzi w nim PiS, Toruń zaś – że obrywa za Rydzyka. Całe Podlasie, według prezesa Kaczyńskiego, jest wręcz świadomie upośledzane cywilizacyjnie przez obecną władzę, co ma być retorsją za propisowskie sympatie miejscowej ludności. Podobne wątki pojawiają się na Podkarpaciu, z wyjątkiem Rzeszowa, gdzie „pomijanie” tłumaczone jest faktem, iż od lat rządzi tam prezydent z SLD. Z tego samego paragrafu od dawna czuła się „pomijana” Częstochowa, a także Łódź, kiedy rządził tam prawicowy Jerzy Kropiwnicki.

Atmosferę podgrzewa fakt dużego i wciąż rosnącego przepływu ludzi pomiędzy środowiskiem samorządowym a parlamentem. W 2002 r. do samorządów kandydowało 16 posłów, cztery lata później już 38, a w 2010 r. aż 55, z których 12 zostało prezydentami i burmistrzami. Radny zostaje posłem, poseł prezydentem miasta, ale wciąż tkwią w tym samym układzie; na swoich oficjalnych stronach internetowych chwalą się, do jakich inwestycji, według własnego mniemania, przyłożyli rękę. To „załatwianie” traktują jako normalną działalność poselską. Co więcej, nawet kiedy posłowie zostają wysokimi urzędnikami państwowymi, nadal uważają, że powinni zabiegać o sprawy swojego okręgu.

O poszczególne drogi, obwodnice, a także o węzły autostradowe walczą lokalni posłowie, politycy, samorządowcy. Zmieniające się decyzje odczytywane są bardziej jako dowód większej lub mniejszej skuteczności konkretnych osób, a mniej jako racjonalne wybory ekonomiczne. Przykładem takiej wylobbowanej przez gdańskich polityków i samorządowców inwestycji jest autostrada A1 Gdańsk–Toruń. Projekt powstał w połowie lat 90., kiedy wszyscy eksperci przekonywali, że rozpoczynanie budowy autostrad od połączenia dwóch pomorskich miast nie ma sensu. Mimo to lokalny, ponadpartyjny sojusz po długich latach starań dopiął swego. Fakt, że ostateczną decyzję w sprawie A1 podjął wiceminister infrastruktury Ryszard Kurylczyk, wcześniej wojewoda pomorski, utwierdził wszystkich w przekonaniu, że nie ma to jak własny człowiek na właściwym stanowisku w Warszawie.

Mechanizm działania wpływowego protektora można prześledzić na wielu przykładach, począwszy od najsłynniejszego, czyli od dworca kolejowego Włoszczowa Północ, stworzonego dzięki interwencji polityka PiS Przemysława Gosiewskiego. To za jego sprawą przez rok, raz dziennie, we Włoszczowie zatrzymywał się ekspres. Innym przykładem reguły „popieraj swoich” stał się spór o lokalizację spółek z Grupy PGE. Pierwotnie na siedzibę koncernu planowano Lublin, ale ostatecznie koncern ma siedzibę w Warszawie, a największa spółka z grupy, PGE Dystrybucja, trafiła do Rzeszowa. Dlaczego nie do Lublina? Łatwo zgadnąć: w odpowiednim momencie wiceministrem skarbu, odpowiedzialnym za spółki elektroenergetyczne, został rzeszowski polityk PSL Jan Bury. Również w przypadku Pomorza ta reguła wielokrotnie potwierdzała swoją słuszność. Przykładem sprawa połączenia PKN Orlen z Grupą Lotos. Zawsze, kiedy pojawiał się taki pomysł, do akcji ruszał zwarty gdański front i sprawa – wyglądająca na już przesądzoną – spalała na panewce. Bo dla Gdańska obecność wielkich firm, takich jak Grupa Lotos czy Energa, ma olbrzymie znaczenie nie tylko ekonomiczne, ale i prestiżowe.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną