Polak śmierdzi i szeleści. Nie jest w Holandii mile widziany

Polak śmierdzi i szeleści
Od połowy lutego na stronie internetowej populistycznej Partii dla Wolności Holendrzy złożyli 50 tys. skarg na zachowanie Polaków. Już co trzeci Polak mieszkający w Holandii ma donos na siebie.
Werbowani przez agencje Polacy szybko stali się ofiarami spryciarzy, którzy znaleźli nieszczelności w unijnym prawie pracy.
David Rozing/EK Pictures

Werbowani przez agencje Polacy szybko stali się ofiarami spryciarzy, którzy znaleźli nieszczelności w unijnym prawie pracy.

Protesty pracowników ze wschodniej Europy przeciwko projektowi odsyłania do kraju wszystkich tych, którzy pozostają bezrobotni dłużej niż trzy miesiące.
ROBIN VAN LONKHUIJSEN/REUTERS/Forum

Protesty pracowników ze wschodniej Europy przeciwko projektowi odsyłania do kraju wszystkich tych, którzy pozostają bezrobotni dłużej niż trzy miesiące.

Kiedy po wejściu do Unii Europejskiej w 2007 r. Holandia otworzyła granice, okazało się, że chętnych do pracy w rolnictwie i budownictwie jest ponad 100 tys. Polaków, a w sezonie nawet 200 tys.
twicepix/Flickr CC by SA

Kiedy po wejściu do Unii Europejskiej w 2007 r. Holandia otworzyła granice, okazało się, że chętnych do pracy w rolnictwie i budownictwie jest ponad 100 tys. Polaków, a w sezonie nawet 200 tys.

Poniższy tekst ukazał się w POLITYCE w 2012 r.

Strona meldpuntmiddenenoosteuropeanen.nl zaprasza. Na rozgrzewkę można przeczytać urywki z prasy o zalewie taniej siły roboczej z Polski. Następnie odpowiedzieć na pytanie: Czy życie twoje jest trudniejsze z powodu Polaka? Potem następują pytania szczegółowe: A. Czy Polak uporczywie zajmuje miejsce parkingowe? B. Czy jest źródłem hałasu? C. Czy widujesz go pijanego? D. Czy może niszczy on otoczenie obsikując lub demolując obiekty publiczne? Obowiązkowa jest odpowiedź Tak lub Nie po każdym pytaniu. Nieobowiązkowo można jeszcze opisać dodatkową przykrość. Po wypełnieniu ankietę należy wysłać i czekać na ogólnokrajowy raport, który Partia na rzecz Wolności obiecuje ujawnić wiosną. Można pozostać donosicielem anonimowym. Wystarczy podać adres e-mailowy, by otrzymać potwierdzenie złożonego meldunku.

Dokładniejsze opisy polskiej szkodliwości znajdują się na forach internetowych pod artykułami o aktywności Geerta Wildersa, szefa Partii na rzecz Wolności (PVV) lub o wypadkach samochodowych spowodowanych przez zagranicznych kierowców. Tak więc Ronald z Nijmegen pisze, że jest ciężko pracującym Holendrem, który nie może zaparkować pod swoim domem, ponieważ od miesiąca staje tam śmierdzący polski autobus, z którego co rano wysypują się podludzie, którzy „nawet za 10 tys. lat nie będą wystarczająco cywilizowani, by znaleźć się w cieniu mojego narodu”. Helga z Amsterdamu nie może się nadziwić, że można być tak nieokrzesanym, by na rowerze udać się na autostradę, choć ten kraj nie narzeka na brak ścieżek. Jeśli Polak wsiada do samochodu, dodaje Pan H., nie ma siły, by przestrzegał przepisów. Gdy dostanie mandat, pokazuje środkowy palec i zdaje się mówić w szeleszczącym języku: najpierw napisz prawidłowo moje nazwisko, a potem znajdź mnie w Polsce, frajerze. Pana H. pociesza jednak internauta Dick: Łatwo znajdziesz go u nas, pod monopolowym w centrum miasta. Tam należy postawić policjanta z drogówki, by kasował mandaty. I jeszcze: Pójdź sobie na Randweg (ulica w Rotterdamie). Mają tam sklep z wiszącą flagą. Pod sklepem stoją, chlają i rechoczą.

Sceptyczne podejście 30 proc. obywateli (takie są wyniki ankiety dotyczącej niezadowolenia ze stałej obecności Polaków w Holandii) podbijają politycy. Rok temu radny Hagi Marnix Norder powiedział, że 30-tysięczna mniejszość polska w mieście to tsunami; inny, że 150 tys. przyjezdnych znad Wisły to banda analfabetów. Kiedy w stolicy zadecydowano, by zbudować dla Polaków (oraz innych Wschodnioeuropejczyków) hotel robotniczy, natychmiast uformował się komitet protestacyjny przyszłych sąsiadów, wystraszonych, że ceny mieszkań pójdą ostro w dół. Minister do spraw imigracji Gerd Leers ogłosił, że w porównaniu z 2010 r. liczba wniosków o pomoc socjalną wzrosła dwukrotnie.

Polacy z kolei skarżą się, że przebijane są opony w ich samochodach, nie wpuszcza się ich do dyskotek, a dzieci są wyśmiewane w szkołach. Mark, 50-letni Holender mieszkający w Warszawie, ma poważne wątpliwości, czy powinien odwiedzić rodzinę samochodem z polskimi tablicami: – Szkoda auta.

Lider PVV Geert Wilders uważa, że jego strona internetowa przyczyni się do oczyszczenia atmosfery w kraju. Wilders dostał 15 proc. w wyborach 2010 r., co jego partii dało 24 posłów w 150-osobowym parlamencie i pozycję języczka u wagi. Choć PVV nie weszła w skład rządzącej koalicji liberałów i chadeków, to jako trzecia siła polityczna w kraju podpisała z nią umowę o współpracy. Dlatego do żadnego z powyższych incydentów nie odniósł się jeszcze premier Mark Rutte.

Kwiaty i samochody

W Holandii Polaków przybyło tuż po 1989 r. Powody były trzy: truskawki do wyzbierania, tulipany do posadzenia i stare samochody do ściągnięcia do Polski.

Używane auta były najtańsze w Europie i w najlepszym stanie – mówi Jens, który jako student pomagał ojcu na giełdzie w Utrechcie. – Raz w tygodniu Utrecht zaczynał mówić po polsku. Przyjeżdżali w poniedziałek wieczorem: wąsaci, w siedmiu, Fiatem 125p. Parkowali, spali pokotem, skotłowani. We wtorek każdy kupował grata i jechali do siebie. Jens współczuł Polakom, ponieważ sprzedawcami aut na giełdzie były osoby o śniadym kolorze skóry, w większości pochodzące ze starych kolonii: Maroka i Antyli, często z Turcji. Osiadłe w Holandii i biznesowo bezwzględne dla nowo przybyłych.

Chociaż Holandia była wtedy pokazowym laboratorium tolerancji i współistnienia ludzi różnych kultur, w świadomości społecznej rósł dyskomfort. Dotyczył kolorowych. W każdym razie w połowie lat 90. nawet masowe naloty na plantacje – na których latem nielegalnie, za półdarmo Polacy zbierali truskawki – i pokazowe deportacje nie były źródłem poważniejszych zgrzytów.

– Na polach widywało się studentów, którzy mówili odrobinę po angielsku. Mieszkali po dziesięciu w czteroosobowych domkach kempingowych, kradli rowery i urządzali libacje, ale w okolicach października wyjeżdżali do siebie – opowiada Jens. Niemniej w 1993 r. w najtańszym supermarkecie Aldi w mieście Katwijk wiosną kierownik wystawiał tabliczkę po polsku: „Kradzież grozi deportacją”. Chował ją dopiero w listopadzie.

Paul Scheffer, profesor filozofii z Uniwersytetu Amsterdamskiego, który analizował społeczeństwo Holandii pod kątem akceptacji innych kultur, uważa, że właśnie wtedy jego kraj popełnił niewybaczalny błąd, który mści się dzisiaj, kiedy już 30 proc. obywateli Holandii nie urodziło się na jej terenie. Tolerancja polegała bowiem na zgodnym życiu obok siebie, a nie ze sobą, według zasady: tak długo, jak nie przeszkadzasz mi żyć moim życiem, tak długo ja nie wtrącam się do twojego. „To jasne – pisze Schaffer – że w Amsterdamie, gdzie mieszka 17 narodowości, limity tak pojętej tolerancji musiały się wyczerpać. To była tylko kwestia czasu, bo nie można było już dłużej nie zauważać innego”.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj