Co łączy Polskę i Izrael? Kara za obrazę uczuć

Obraza uczuć demokratycznych
Przestańmy karać za obrazę uczuć religijnych. Nie róbmy z Polski drugiego Izraela.
„Ulegające wpływom przekonań religijnych państwo nie umie ich sprawiedliwie rozwiązywać – z reguły zwycięża oportunizm i serwilizm państwowych i samorządowych urzędników wobec władzy kościelnej”.
Mirosław Gryń/Polityka

„Ulegające wpływom przekonań religijnych państwo nie umie ich sprawiedliwie rozwiązywać – z reguły zwycięża oportunizm i serwilizm państwowych i samorządowych urzędników wobec władzy kościelnej”.

„W wolnym kraju wolno pogardzać każdą religią i przedmiotami religijnej czci”.
Mirosław Gryń/Polityka

„W wolnym kraju wolno pogardzać każdą religią i przedmiotami religijnej czci”.

Prof. Jan Hartman.
Paweł Ulatowski/Agencja Gazeta

Prof. Jan Hartman.

Polskę i Izrael wiele łączy, a między innymi postsocjalistyczny posmaczek biurokratycznej codzienności tych krajów oraz klerykalne wtręty w prawie, w praktyce instytucji i życiu publicznym. W kategorii „demokracji klerykalnych” Izrael nie ma wprawdzie poważnej konkurencji, ale pod względem kariery, jaką robi w tych nabożnych republikach zwrot „obraza uczuć religijnych”, depczemy naszym lewantyńskim przyjaciołom po piętach. Izraelska prawica usiłuje używać stosownego paragrafu nie tylko do walki z profanowaniem symboli religijnych, lecz także w celu torpedowania parad równości, a nawet do zwalczania ruchu kołowego w szabat. Polska jest państwem świeckim przynajmniej na papierze. Oby stała się nim naprawdę, bo „teodemokracja” to żałosna hybryda średniowiecznej dwuwładzy kościelno-państwowej i ustroju wolności, naznaczona ideologicznym przymusem, nierównym traktowaniem obywateli i wynikającymi stąd konfliktami.

Ulegające wpływom przekonań religijnych państwo nie umie ich sprawiedliwie rozwiązywać – z reguły zwycięża oportunizm i serwilizm państwowych i samorządowych urzędników wobec władzy kościelnej. Otwartych przez zelotów pól walki ideologicznej jest w życiu publicznym wiele. Jednym z nich jest właśnie prawna ochrona tzw. uczuć religijnych.

Słynny art. 196 Kodeksu karnego mówi: „Kto obraża uczucia religijne innych osób, znieważając publicznie przedmiot czci religijnej lub miejsce przeznaczone do publicznego wykonywania obrzędów religijnych, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2”.

Cóż robi ten artykuł w Kodeksie karnym? Ano łatwo się domyślić, że stanowi ustępstwo względem czasów, gdy państwo miało swoje wyznanie i chroniło je prawem, karząc za bluźnierstwo. Ustępstwo to, na żądanie Kościoła, a może tylko dla przypodobania się mu, poczynione zostało przez gorliwą władzę rękami jakiegoś katolickiego kodyfikatora, zapewne profesora prawa, by zagwarantować tej mocarnej instytucji jak najsilniejszą ochronę przed co bardziej radykalną krytyką.

Chodzi tu tak naprawdę o tępienie bluźnierców „atakujących Kościół”, mimo że używa się stylistyki prawa świeckiego. Z tego związku feudalnych zamiarów i liberalno-demokratycznych środków ich realizacji wyszedł wszelako bękart niezdolny do życia – art. 196 jest tak skonstruowany, że używać go właściwie się nie da, a za to bardzo łatwo go nadużywać.

Z powodów przekonań religijnych ludzie zabijali się milionami, więc może roztropnie jest zakazać zachowań, które mogłyby doprowadzić do eskalacji przemocy? Prawo krajów demokratycznych zna przepisy zabraniające mowy nienawiści i podżegania do przemocy. Przyjmuje je z całą świadomością ryzyka nadużyć w stosowaniu go, starając się jednakże nadużycia takie zwalczać. Podobnie jest w prawie polskim. Art. 256. Kodeksu karnego mówi, że „Kto publicznie propaguje faszystowski lub inny totalitarny ustrój państwa lub nawołuje do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych albo ze względu na bezwyznaniowość, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2”. Następny, art. 257 dodaje: „Kto publicznie znieważa grupę ludności albo poszczególną osobę z powodu jej przynależności narodowościowej, etnicznej, rasowej, wyznaniowej albo z powodu jej bezwyznaniowości lub z takich powodów narusza nietykalność cielesną innej osoby, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3”.

Czy to nie wystarczy? Kościołowi widocznie nie, bo życzy sobie ponadto, by pewne miejsca i symbole były nietykalne. Taki na przykład krzyż. Czyżby nie był on symbolem kulturowym o uniwersalnym zasięgu, a tylko przedmiotem kultu chrześcijan, niejako ich własnością? A czy Biblia jest wyłącznym depozytem chrześcijan, którzy mają prawo żądać, by nikt nie śmiał traktować jej jak inne książki?

Kościół zdaje się tak uważać. Czuje się w dobrym prawie, by mówić swoim przeciwnikom: wara wam od krzyża, wara wam od Biblii! Tylko, pytam, jakim prawem? Czy nie dlatego, że na krzyżu wisiał Bóg, a Biblia jest tekstem natchnionym? A przecież prawodawca nie ma prawa kierować się wiarą, nie może uznawać nadprzyrodzonego charakteru Biblii, a co najwyżej bronić wierzących i niewierzących przed krzywdami, które mogliby sobie wzajem uczynić z nienawiści.

Wszelako jednak specjalna ochrona tylko dla wierzących, bez analogicznej ochrony niewierzących (na czym w ogóle miałaby ona polegać?) w oczywisty sposób przeczy bezstronności prawodawcy (czyli państwa) w kwestiach religijnych.

Skoro nie broni się uczuć związanych z innymi niż religijne światopoglądami, na przykład uczuć człowieka, któremu wmawia się, że nauka o ewolucji jest kłamstwem i szalbierstwem, to dlaczego miałyby być chronione uczucia kogoś, kto wmawia innym, że nieoddający czci Chrystusowi na krzyżu pójdą do piekła?

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną