Ideowe ewolucje polskiej prawicy

Ryngraf na gwoździu
Od kilku lat polskiej polityce ton nadaje prawica. Przez ostatnie dwie dekady przebyła długą drogę. Od programu do marketingu. Od naiwności do cynizmu. Od liberalizmu do wodzostwa. Symbolicznego przełomu można szukać na przełomie wieków.
Prawica lat 90. bywała histeryczna, nadpobudliwa, używała ciężkich słów.
Jacek Biały/Polityka

Prawica lat 90. bywała histeryczna, nadpobudliwa, używała ciężkich słów.

Kaczyński więcej wziął z półki narodowej i katolickiej...
Bartosz Krupa/EAST NEWS

Kaczyński więcej wziął z półki narodowej i katolickiej...

...a Tusk ze stoiska liberalnego.
Adam Chełstowski/Forum

...a Tusk ze stoiska liberalnego.

W 1999 r. trójka znanych prawicowców pojechała do Londynu. Przebywał tam wtedy, zatrzymany przez brytyjską policję na żądanie hiszpańskiego sędziego, były chilijski dyktator Augusto Pinochet. Marek Jurek, Michał Kamiński i Tomasz Wołek postanowili w dowód wsparcia i uznania wręczyć mu ryngraf z Matką Boską jako wyraz solidarności w imieniu polskiej prawicy.

Wyszła z tego tragifarsa. Na lotnisku lewicowi działacze z PPS i Unii Pracy oblali cuchnącym płynem płaszcz Kamińskiego. Była piekielna awantura, epitety i przyzywanie skomplikowanej historii Chile, Polski i całego podzielonego świata. W końcu jednak rycerze spod znaku ryngrafu dotarli do dyktatora i złożyli mu stosowny pokłon. „Rozmawialiśmy o polityce. Generał jest świetnie zorientowany w sytuacji Polski” – powiedział po powrocie Michał Kamiński, już w nowym płaszczu. – Wizyta u Pinocheta to był akt prywatny, akt ludzkiego współczucia, zgodny z moim sumieniem, który uważałem za potrzebny. To były odwiedziny u więźnia – tak dzisiaj postrzega swoją wyprawę Marek Jurek. Tomasz Wołek chce zaś wyjaśnić nieporozumienie: – Niezależnie od tego, co ja wtedy sądziłem czy sądzę o Pinochecie, to pojechałem do niego na zaproszenie ludzi z kręgu Rogera Scrutona, redaktora „The Salisbury Review”, konserwatysty, który w dużej mierze aranżował tę wizytę. Zostałem tam zaproszony jako dziennikarz. W „Życiu” opublikowałem wywiad.

Trójka bez przydziału

Ale wtedy wyglądało to jednak inaczej. Wołek był traktowany jako pełnoprawny uczestnik tej wyprawy. Gdyby ich czyn przyrównać ideologicznie do dzisiejszych politycznych realiów, powinni oni wszyscy być po stronie smoleńskiej, antykomunistycznej, radykalnej w obronie prawicowych wartości, zdefiniowanych przez Jarosława Kaczyńskiego. To znaczy w PiS. Owszem, dwaj z nich, Kamiński i Jurek, w PiS byli. Jurek wyleciał z niego pierwszy, a Kamiński jako drugi. Ten pierwszy nie zmieścił się w PiS, bo był zbyt pryncypialny (w kwestii aborcji), kiedy to było politycznie niepotrzebne, a drugi, bo był za mało pryncypialny, kiedy była taka wedle prezesa konieczność i rzekomo knuł przeciwko jego władzy. Obaj wcześniej daliby się za partię Kaczyńskiego pokroić, a sami byli ostrzy jak brzytwa.

Ale wypadli z hukiem z pisowskiego obiegu, bo nie złapali mądrości kolejnego etapu. Dzisiaj Jurek, po niepowodzeniu jego Prawicy Rzeczypospolitej, znów próbuje się zbliżyć do PiS, ale jest już tylko skromnym petentem. Tomasz Wołek nigdy do PiS nie dotarł, a od kilku lat uchodzi za jednego z najwierniejszych fanów Donalda Tuska. Kamiński stał się niejako członkiem korespondentem Platformy, jeszcze trzymanym w czyśćcu, ale z widokami na lepszą pozycję. Niemniej przypadek Kamińskiego jest najciekawszy. Przecież to jeden ze spin doktorów PiS, rzeczywiście bardzo zdolny polityczny marketingowiec, który robił PiS kolejne kampanie, a dzisiaj zwraca uwagę przenikliwymi analizami życia politycznego. Zdawało się, że jak najbardziej pasuje do nowych czasów i nowych zasad.

Ale i on widocznie nie zrozumiał jednak tej jednej najważniejszej zasady bezwzględnego poddania się linii partii, coś ważnego przegapił. Bo też polska prawica bardzo się zmieniła. Symboliczny w jakiejś mierze był program „Tok-Szok”, do którego Piotr Najsztub z Jackiem Żakowskim zaprosili Wołka i Kamińskiego po ich powrocie od Pinocheta. Zostali oni skonfrontowani z uchodźcą chilijskim, ofiarą reżimu dyktatora, który mówił o torturach prądem i gwałtach na więźniarkach.

Masakra moralna, jaka wtedy spotkała Wołka i Kamińskiego, była tak straszna, że w obronę ryngrafowców wzięła nawet „Gazeta Wyborcza”. Był to w jakimś sensie symboliczny koniec prawicy naiwnej, nieprzemyślanych, choć ideologicznie jakoś umotywowanych, gestów. Wyjazd do Pinocheta był traktowany jako dowód ostatecznego upadku. Pokazało się, jak prawica, mimo tylu sukcesów w narzucaniu państwu swoich wartości, stała się odległa od nowej wrażliwości. Zajęta sobą, walką o teoretyczne imponderabilia, nie zauważyła, że mówi językiem przeszłości, starym kodem ze starymi figurami i odniesieniami. Że idą nowe czasy, w których najważniejsza jest walka o władzę, a idee mają jej tylko służyć.

Prawica lat 90. bywała histeryczna, nadpobudliwa, używała ciężkich słów. Demonstrowała całkowitą pewność siebie, czego przejawem była wyprawa do Pinocheta. Ale zarazem była w tym w jakiś sposób autentyczna, zróżnicowana, poszukująca. Liczyły się jeszcze partyjne i ideologiczne szyldy. W ugrupowaniach trwały nieustanne prace nad ideowymi deklaracjami. Niemal każda partia miała radę programową, której szef był ważną personą w organizacyjnej hierarchii. Trwały otwarte frakcyjne walki; każdy, kto chciał, był trochę liderem, partyjnym rzecznikiem, panem na zagrodzie. Na kongresach ugrupowań „buntownicy” nie kryli się ze swoimi zamiarami, obradowali bez skrępowania w oddzielnych salach (tak samo było i na lewicy), nie byli jeszcze żołnierzami, ale wojownikami z pospolitego ruszenia.

To poszukiwanie odrębności widać było już na poziomie nazw partii: te socjaldemokracje, stronnictwa konserwatywne, ludowe, chrześcijańskie demokracje, ugrupowania chrześcijańsko-narodowe, liberalno-demokratyczne i rozmaite kombinacje tych określeń pokazywały, że scena polityczna, choć rozdrobniona, była żywa. Jasne, że w części przypadków chodziło o ładne nazwanie partii powstałych z kolejnych rozłamów, wszak rekordziści zaliczali po kilka ugrupowań na dekadę. Niemniej widać było przynajmniej jakiś umysłowy wysiłek, poczucie konieczności wymyślenia nowej formacji jako odrębnego tworu, z odrębną winietą i tożsamością.

Prawica toczyła wówczas boje zasadnicze, których wynik często obowiązuje do dzisiaj. Tak było w przypadku transformacji ustrojowej, moralnej oceny PRL, miejsca Kościoła w życiu publicznym, konkordatu, lekcji religii, aborcji, nowej konstytucji, potem kwestii przystąpienia Polski do Unii Europejskiej. Widać było zróżnicowanie i pewien podział ról.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną