Kraj

Unia polityki nierealnej

Wyznawcy polityki naiwnej

Referendum było bezrefleksyjnie rekomendowane jako „święto demokracji”, w którym wzięcie udziału jest obywatelskim obowiązkiem. Referendum było bezrefleksyjnie rekomendowane jako „święto demokracji”, w którym wzięcie udziału jest obywatelskim obowiązkiem. Adam Ciereszko / PAP
Przeciwieństwem realnej polityki jest polityka naiwna. Ten nurt jest wyjątkowo silny wśród wyborców Platformy. Co znowu pokazało referendum w Warszawie. To dla Tuska zły znak.
Premier Tusk działał w pełni racjonalnie, wzywając do ignorowania referendum w Warszawie.Kancelaria Prezesa RM Premier Tusk działał w pełni racjonalnie, wzywając do ignorowania referendum w Warszawie.

Wiadomo, że frekwencja w referendum była zasadniczym warunkiem zwycięstwa lub przegranej dwóch ścierających się od lat w Polsce formacji, Prawa i Sprawiedliwości oraz Platformy Obywatelskiej. Zwycięska bitwa warszawska miała stać się znaczącym krokiem PiS do objęcia władzy w 2015 r. Dziwiła zatem postawa wielu z tych, którzy są po przeciwnej niż PiS stronie barykady i których sam PiS z pewnością ma za nic, a jednak nie chcieli zauważyć, o co w referendum naprawdę chodziło.

Stąd protesty przeciwko wezwaniu Tuska, w końcu partyjnego lidera, do niebrania w referendum udziału, mimo że kiedyś z podobnym apelem zwrócił się do mieszkańców Łodzi Jarosław Kaczyński i mimo że absencja przy urnach jest jak najbardziej formą głosowania, gdy próg frekwencyjny decyduje o ostatecznym wyniku. Ujawnił się specyficzny rygoryzm w traktowaniu demokratycznych procedur, ich absolutyzowanie bez wzięcia pod uwagę kontekstu. Referendum było bezrefleksyjnie rekomendowane jako „święto demokracji”, w którym wzięcie udziału jest obywatelskim obowiązkiem, bo nie można zlekceważyć podpisów 200 tys. ludzi. Teraz ten sam ton pojawia się w przypadku spodziewanego referendum w sprawie obowiązku szkolnego dla sześciolatków – przecież milion ludzi tego chce. Ale, można odpowiedzieć, pozostałe kilkadziesiąt milionów nie podpisało się pod tym wnioskiem.

Brak tu zrozumienia, że to po prostu formy lobbingu – politycznego i społecznego. Jakaś grupa chce z różnych powodów coś załatwić, my się z tym nie zgadzamy, a zatem wnioskodawcom nie pomagamy, wybierając najbardziej efektywną, a więc racjonalną formę „niepomagania”. I Kaczyński, i Tusk działali zatem w pełni racjonalnie, kiedy wzywali do ignorowania referendów dla nich wrogich i zachęcają do udziału w referendach im sprzyjających. To nie żadna hipokryzja, ale polityczny alfabet. Lepiej rozumieją to, jak się wydaje, wyborcy Kaczyńskiego, ale najwyraźniej sporo kłopotów z tym problemem mają przedstawiciele innych opcji, co źle wróży Platformie przed zbliżającym się wyborczym maratonem i – być może – referendum oświatowym.

Jakimi zatem przeświadczeniami i uzasadnieniami kieruje się naiwny uczestnik polityki?

Patrzenie sektorowe. Oznacza wąskie pole widzenia. Znów weźmy przykład Warszawy. Krzywy chodnik, autobusy się spóźniają, pewien reżyser nie dostał teatru, niech więc przez parę lat porządzą Kaczyński z Macierewiczem. Mniej więcej takie rozumowanie przedstawił jeden z lewicowych radnych, wobec którego ideowo Kaczyński jest na przeciwległym biegunie. Ta sama opcja w łagodniejszej wersji brzmiała: ja tylko chcę wyrzucić Gronkiewicz-Waltz, ale tak w ogóle to jestem wrogiem PiS. Czyli: widzimy drzewa, ale nie widzimy lasu. Takie reakcje były pracowicie i na zimno wzmacniane przez polityków opozycji, którzy w kampanii wygłaszali tezy o zrujnowanym mieście, niespełnionych obietnicach, zmarnowanych pieniądzach, a myśleli już o czterech nadchodzących wyborach, które określą polską politykę na lata.

Piękna lokalność przeciw brudnej ogólnopolskiej polityce. Za tą ułudą stoi przeświadczenie, że tam na dole, w samorządach i lokalnym rozstrzyganiu konkretnych problemów, w polityce miejskiej, realizuje się dobra, czysta demokracja, bliska ludzi, i że na nią rzeczywiście można bezpośrednio wpływać. Czym wyżej zaś, tym gorzej, a na samej górze to już piekło. Naiwność polega tu na tym, że władza centralna, wsparta odpowiednią polityczną większością w parlamencie, może z lokalną polityką zrobić prawie wszystko, co zechce. Traktowanie polityki lokalnej jako czegoś odrębnego, niezależnego, lepszego i niewiązanie jej z ogólnopolskim pejzażem politycznym to szkolny błąd polityki naiwnej, widoczny w kampanii referendalnej, ale także w wielu innych przypadkach.

Demonstracyjne zbrzydzenie polityką. To uczucie może być nawet zrozumiałe, ale jest niemądre. Dzisiejszy, nużący wielu, dwupartyjny układ PO-PiS nie wynika z jakiegoś zrządzenia losu, ale jest następstwem kolejnych wolnych wyborów, a więc preferencji tego samego, zbrzydzonego polityką społeczeństwa.

Tę pogardę wobec przaśności naszej polityki, jej horyzontów intelektualnych, może najwyraźniej widać w środowisku „Krytyki Politycznej”, przynajmniej z nazwy zajmującym się ową polityką. Tam pojawiają się oczekiwania na „debatę o debacie”, stawianie warunków do rozpoczęcia rozmowy, a jak nie, to nie. Rzecz w tym, że ta rozmowa realnie się toczy, a ktoś, kto żąda „ładności” i się obraża, po prostu w niej nie uczestniczy. W takim rozumowaniu jeśli polityka nie może być pięknym działaniem dobrych ludzi, to niech sczeźnie. Ale polityka nie chce sczeznąć. Zawsze się po nią ktoś schyli, weźmie władzę i zrobi porządek także z idealistami. Ten demonstrowany estetyzm rodzi ponadto pokusę, aby wszystkich polityków wrzucić do jednego worka jako śmieszno-strasznych dziwolągów, co pozwala niby być ponad wojną polsko-polską i zapowiadać jakiś nowy wspaniały świat w przyszłości. Ma to być taka postawa arystokratyczna, wyniosła, z wpisaną w zachowania niejaką dezynwolturą, w stylu feministki Kingi Dunin, która oświadczyła, że na kolację to już wolałaby raczej pójść z Kaczyńskim niż z Tuskiem.

Nie dam się zaszantażować. To bardzo popularne od kilku lat wezwanie, już właściwie kanon polityki naiwnej. Ma ono impregnować wyborcę na wojnę polsko-polską, uwolnić go od nakazu głosowania na PO przeciwko PiS (jakoś w drugą stronę to nie działa). Istnieje też wariant: „nie mam na kogo głosować”, „zostaję w domu”. Chodzi o moralne uprawomocnienie aktu ukarania partii Tuska jako tej, która „się nie sprawdziła”.

A też o pokazanie swojej godności: jesteśmy świadomymi obywatelami, dość już mamy tłumaczeń, że żyjemy w nienormalnym kraju, gdzie nie można ukarać partii rządzącej, bo opozycja jest jeszcze gorsza. Jakakolwiek by była, regulamin demokracji wymaga, aby władza miała zmiennika – słychać. Oznacza to przyjęcie, że PO i PiS są jak CDU i SPD w Niemczech, torysi i Partia Pracy w Wielkiej Brytanii. Dość już zatem sytuacji politycznego stanu wyjątkowego, „nie straszcie już PiS” – głosi klasyczne zaklęcie. To nic innego jak wyparcie ze świadomości realiów życia politycznego w Polsce, gdzie akcenty wolnościowe, centralistyczne, liberalne, konserwatywne, opresyjne, racjonalne i spiskowe, radiomaryjne, europejskie, wreszcie zamach czy katastrofa – rozłożyły się w miarę określony sposób na dwie główne partie.

W istniejącym systemie, czy się tego chce, czy nie każda decyzja i polityczne zachowanie dokłada się albo do PO, albo do PiS. Ta walka formacyjna toczy się na piętrze kulturowym i daleko wykracza poza konfrontację władza-opozycja. Katolicka prawica doskonale zdaje sobie z tego sprawę, a druga strona o tym często zapomina. Jarosław Kaczyński wyraża się bardzo jasno, jak ostatnio w „Gazecie Polskiej”: „chodzi o to, żeby zrozumiano, że tym razem to już naprawdę gra o wszystko”.

Niezgoda na mniejsze zło. I to jest może najbardziej charakterystyczne hasło polityki naiwnej. Według zwolenników tej opcji, wybierając mniejsze zło, powiedzmy Platformę, wybieramy jednak zło, co jest nieetyczne, bo Platforma ma swoje za uszami (patrz – idealizacja). Nie wybierając więc mniejszego zła, de facto wybierają to większe. O tym, na jaką naiwność wyborców liczą politycy, widać było w jednej z wypowiedzi polityka prawicy po warszawskim referendum: Platforma przejedzie się na wzywaniu do absencji, bo jej elektorat na zasadzie inercji nie pójdzie też do najbliższych wyborów. Autor tej wypowiedzi zakłada, że wyborcy to stado zdezorientowanych owiec z opóźnioną reakcją. Ale może ma trochę racji.

Wszystkie te zasady i przypowieści polityki naiwnej nabierają szczególnego znaczenia przed zbliżającym się maratonem wyborczym 2014–15 r. Obóz kierowany przez Jarosława Kaczyńskiego jest wspierany przez zdyscyplinowany elektorat, a druga strona przez cały czas musi walczyć o poparcie wyborcy jakże często chimerycznego, niezdecydowanego. Często poddającego się właśnie regułom polityki naiwnej i uciekającego od polityki prawdziwej.

Wyborcy Jarosława Kaczyńskiego mają równie wiele powodów do wątpliwości, niepokoju, zniecierpliwienia i znużenia. Ile PiS obiecywał, a ile zrobił, gdy był u władzy, z kim rządził, choć miał nie rządzić, jak chodził do pokoju posłanki Beger, jak beznadziejnie stracił władzę, ile to już razy przegrał wybory, jak często musiał pozbywać się „zdrajców”, ile razy prezes zmieniał, często nieudolnie, swój wizerunek? Wyborcy PiS musieli mieć wyjątkowo mocne nerwy i elastyczny zmysł moralny, żeby to wszystko przetrzymać.

Ale oni wiedzą, że ich wizję Polski, mimo wszystkich swoich błędów, może zrealizować wyłącznie Kaczyński. Wybaczają prezesowi nie tylko dlatego, że bezkrytycznie ulegają jego charyzmie, ale ponieważ dobrze rozpoznali swoje ideowe potrzeby i wspierają tego polityka, który najlepiej, z istniejących do wyboru opcji, je wyraża. Tusk nie ma takiego wsparcia, nie ma po jego stronie świadomości formacyjnej, nie ma dobrze zidentyfikowanego interesu mentalnego i kulturowego. Zwarta i wybaczająca wszystko przywódcy wspólnota PiS ma za przeciwników dość zdemoralizowane wojsko, marudzące autorytety i niezdecydowanych estetów. Wiedzą oni, że nie chcą świata według PiS, wcale nie pragną Polski Macierewicza, Hofmana, Pawłowicz czy Rydzyka. A jednocześnie są zaskakująco mało zdeterminowani, aby temu zapobiec. Są gotowi odmrozić sobie uszy. Niezależnie od politycznych sympatii, już tylko z politologicznego punktu widzenia – jest to nieracjonalne.

Problem jest szerszy, wspomina o tym, między innymi, pisarz Stefan Chwin w swoim eseju opublikowanym ostatnio w „Tygodniku Powszechnym” pt. „Inteligent jako człowiek bezbronny”. Pisze o edukacji w Polsce, jej modelu i praktyce, o tym, że wychowanie polskiego inteligenta (obywatela świadomego) opiera się na zespole wartości oczywiście najbardziej chwalebnych i wzorcowych, na tolerancji, ekumenizmie, poszanowaniu innych, ale efektem jest ów tytułowy „bezbronny inteligent”. Inaczej mówiąc, to właśnie kandydat na politycznego naiwniaka. Pisze Chwin: „Przeraża mnie widok inteligenta bezbronnego, który biernie patrzy na to, co się wokół niego dzieje i – tolerancyjny, otwarty, ekumeniczny – nie potrafi kiwnąć nawet palcem”.

Te słowa dotyczą także dysonansu między polityką realną a naiwną. Obywatelska postawa polega w istocie nie na nieskoordynowanych i niepowiązanych ze sobą logicznie „szlachetnych gestach”, ale na głębokim zrozumieniu politycznego mechanizmu. Obywatel ogólnie oburzony, ale przy tym niepolityczny to tylko bezwolny wykonawca pomysłów swoich nieprzyjaciół.

Polityka 44.2013 (2931) z dnia 28.10.2013; Polityka; s. 20
Oryginalny tytuł tekstu: "Unia polityki nierealnej"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Rozmowa z lesbijkami, szczęśliwymi małżonkami

Gdy słyszę, że ktoś krzyczy za mną lesba, wzruszam ramionami i idę dalej. A nawet gdybym miała zareagować, powiedziałabym: tak, lesba, i co z tego? – rozmowa z Małgorzatą Rawińską i Ewą Tomaszewicz.

Joanna Cieśla
12.06.2018
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną