Prokuratura podejrzewa prezesa NIK. Czy Kwiatkowski powinien odejść?
Jeżeli Krzysztof Kwiatkowski ma nieczyste sumienie, to gra po mistrzowsku. Ale nawet jeżeli jest do bólu szczery i czysty jak łza, to i tak powinien podać się do dymisji.
Marcin Stępień/Agencja Gazeta

Prezes Najwyższej Izby Kontroli jest praktycznie nieusuwalny. Nawet Sejm, który go wybrał na stanowisko, praktycznie nie może prezesa odwołać, chyba że zapadnie prawomocny wyrok sądowy za popełnione przestępstwo. Prezesowi Kwiatkowskiemu prokuratura stawia cztery zarzuty w związku z tzw. przestępstwem urzędniczym. Miał wpływać na przebieg wyborów m.in. dyrektorów łódzkiej i rzeszowskiej delegatury NIK.

Sprawą od kilkunastu miesięcy zajmuje się CBA i Prokuratura Apelacyjna w Katowicach. To śledztwo dotyczy też szefa parlamentarnego klubu PSL Jana Burego, który miał wpływać na wybór swojego kandydata w rzeszowskiej delegaturze NIK i negocjować wyniki kontroli w jednej z podkarpackich gmin.

Burego zostawmy na boku, wokół niego raz po raz wybuchają jakieś skandale, to już trochę nudne. Co innego sprawa Kwiatkowskiego. Do tej pory miał świetną opinię, szanowali go nawet przeciwnicy polityczni. Zawsze wydawał się przezroczysty, żadnych wpadek, żadnych niegodnych zachowań. Uważano go za potencjalnego rywala samego Donalda Tuska w szeregach Platformy Obywatelskiej. Jego odejście z funkcji szefa resortu sprawiedliwości i późniejsze kandydowanie na prezesa NIK odczytywano jako wypchnięcie rywala na boczny tor.

Kwiatkowski był (i jest nadal) bardziej utalentowanym urzędnikiem niż politykiem. W NIK sprawdzał się znakomicie, a wyniki kolejnych kontroli, często demaskujących niewłaściwie poczynania obozu rządzącego, z którego sam się przecież wywodzi, dowodziły jego niezależności.

Prokuratura przedstawiła swoje dowody, twierdząc, że są mocne. Pochodzą głównie z podsłuchów. Kwiatkowski miał doradzać swojemu kandydatowi na dyrektora, jak ma się przygotować do konkursu. Zalecił mu mianowicie, aby zapoznał się ze swoją wcześniejszą prezentacją i zgodnie z jej treścią odpowiedział na pytanie, co by zmienił w funkcjonowaniu NIK. No to rzeczywiście, takie zachęcanie do przyłożenia się do egzaminu konkursowego to manipulacja pełną gębą. Tak przynajmniej uważa prokuratura.

W tej sprawie jest jednak kilka wątpliwości. Jedna natury prawnej. W katalogu przestępstw, których popełnienie upoważnia organy ścigania do zakładania podejrzanym tzw. podsłuchu procesowego, wymieniono kilkanaście czynów. To m.in. zabójstwo, porwanie, wymuszenie rozbójnicze, zamach na niepodległość państwa, zbrodnie wojenne, ludobójstwo, szpiegostwo oraz łapówkarstwo i płatna protekcja.

Jeżeli się nie mylę, prokuratura nie podejrzewa Kwiatkowskiego o popełnienie zabójstwa, szpiegostwo czy udział w zorganizowanej grupie przestępczej. Pozostaje więc płatna protekcja, ale nic nie wiemy o korzyściach, jakie miał osiągnąć prezes NIK za pomaganie swojemu kandydatowi. Zarzutu o łapówkę mu nie postawiono. W takim razie przed sądem dowód w postaci nagranych rozmów Kwiatkowskiego zostanie obalony, jako że zdobyto go wbrew kodeksowi postępowania karnego. Prokuratura dowodzi, że podsłuch zastosowano za zgodą sądu. To oczywiste, ale nie wiemy, jak uzasadniono sądowi konieczność skorzystania z podsłuchu wobec prezesa NIK. Tutaj manipulacja jest wyjątkowo łatwa.

Inna wątpliwość to czas, który wybrano, aby ogłosić zarzuty. Trwa kampania wyborcza. Kwiatkowski, chociaż oficjalnie bezpartyjny, postrzegany jest jako człowiek PO. To ewidentny sygnał dla wyborców, że – trawestując Gogola – w Platformie jest jeden porządny człowiek, ale, prawdę mówiąc, też świnia. Prokuratura twierdzi, że ta koincydencja z terminem wyborów to kwestia przypadku. Może tak, a może nie do końca.

Zarzuty postawiono, kwestię winy rozstrzygnie sąd. Potrwa to rok, dwa albo jeszcze dłużej. Przez ten czas Kwiatkowski będzie ubrudzony, nawet jeśli w końcu zostanie oczyszczony. Błyskawicznie sam zrzekł się przysługującego mu immunitetu, jakby chciał powiedzieć: jestem niewinny, nie zamierzam kryć się przed wymiarem sprawiedliwości. Ale urzędujący prezes NIK, nawet jeśli – jak obwieścił Kwiatkowski – usunie się w cień i nie będzie się czynnie udzielał, nie może być w świetle prawa osobą oficjalnie podejrzaną.

Dla prawdziwej czystości powinien odejść. To nie kara, ale – niestety – obowiązek uczciwego urzędnika państwowego. Współczuję Kwiatkowskiemu sytuacji, w jakiej się znalazł, ale namawiam go do podjęcia męskiej decyzji.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną