Dlaczego PiS wstydzi się swoich liderów?

Prezes listy pisze
Jarosław Kaczyński nie porzucił swoich pomysłów na Polskę, ale zmienił sposób dochodzenia do celu. W drodze mają mu pomóc: zależni od niego premier i prezydent, dobrze poukładane listy wyborcze i wspierająca go stara, choć dziś ukryta gwardia PiS. Ukryta, jakby PiS publicznie wstydziło się swoich liderów.
Krystian Maj/Forum, East News

Piotr Bławicki/East News, Corbis

Krystian Dobuszyński/Reporter, East News

Piotr Tracz/Reporter, East News

audio

AudioPolityka Anna Dąbrowska - Prezes listy pisze

Kilka godzin przed tym, jak Andrzej Duda zarządził swoje referendum na dzień wyborów, politycy PiS publikowali w sieci zdjęcia prezesa na górskiej wyprawie w Beskidzie Sądeckim. To miał być czytelny znak, że Duda działa samodzielnie, że nikt mu z Nowogrodzkiej nie wydaje politycznych rozkazów. Ale to piarowe zagranie umacnia tylko podejrzenie, że jest dokładnie odwrotnie.

10 lat temu prezes PiS szedł po władzę z rewolucyjną obietnicą budowy IV RP i przewrócenia stolika, przy którym demoniczny układ zawarli: władza, media, biznes i służby specjalne. Dziś Beata Szydło mówi, że „nie ma sensu do tego wracać, bo kampania Andrzeja Dudy pokazała, że wyciągnęliśmy wnioski”. Woli sypać jak z rękawa obietnicami socjalnymi, które mają zapewnić Polakom dostatnie, spokojne życie. Takie, jakie przecież kiedyś obiecywał Tusk i – według PiS – obietnicę spełnił tylko wobec samego siebie.

Czy to taktyka wyłącznie na wybory, „na drugą połowę meczu” – jak mówią w PiS – czy też Kaczyński przedefiniował swoje polityczne cele? Prezes PiS co wybory powtarzał ten sam manewr. Wyrzucał ze swojego słownika najcięższe słowa, łagodniał, ale i tak przegrywał. Dopiero kiedy dosłownie zniknął z pola widzenia, ustępując pola projektom „prezydent Duda” i „premier Szydło” – zadziałało.

– Kaczyński zauważył, że lepiej jest rozliczać przeciwników z grzechów zwykłych, a nie śmiertelnych – komentuje politolog Jarosław Flis. – Dlatego PiS już nie mówi o kondominium, zdradzie narodowej, zamachu i układzie, ale o zwykłych sprawach, którymi żyją na co dzień ludzie: o pracy, pieniądzach na dzieci, o wieku emerytalnym, szkole.

Kluczowe w tym zabiegu jest usunięcie się prezesa w cień i pochowanie w gabinetach jego trzech wiceprezesów: Mariusza Kamińskiego (były szef CBA za rządów PiS, drugie miejsce na liście w Warszawie, zaraz po prezesie), Antoniego Macierewicza (jedynka w Piotrkowie Trybunalskim) i Adama Lipińskiego (szara eminencja PiS, pierwszy na liście w Legnicy). Zamilknąć musi prof. Krystyna Pawłowicz, przed wyborami w 2011 r. eksponowana jako merytoryczna ekspertka, twarz PiS w sprawach prawnych (miejsce na liście w okręgu siedleckim). Marek Suski z Komitetu Politycznego PiS (31-osobowe gremium zatwierdzające listy wyborcze) też ma przykazane, by nie wystawiać się na ekspozycję medialną (jak zwykle dostał jedynkę w okręgu radomskim).

Jest to, trzeba powiedzieć, kuriozum na skalę światową. Kampania to właśnie okres eksponowania przywódców i przywództwa, to na nich i wokół nich jest zazwyczaj budowany przekaz wyborczy. Jeśli partia, chcąca zwyciężyć, musi schować swoich szefów, to znaczy, że uważa ich za wizerunkowe i polityczne obciążenie; pośrednio przyznaje, że się ich wstydzi, a jawnie niemal deklaruje zamiar manipulacji wyborcami, okazuje cyniczną pogardę wobec ich naiwności i łatwowierności.

Łatwo jest odtworzyć sposób myślenia Jarosława Kaczyńskiego i wąskiego kierownictwa partii w sprawach personalnych. Sam prezes jest zapewne świadomy, że ma ogromny tzw. elektorat negatywny, co mniej elegancko oznacza, że większość wyborców uważa go za intryganta, zimnego politycznego gracza i we wszystkich od lat prowadzonych sondażach odmawia mu zaufania. Pamiętając, że przy poprzednich wyborach prezes swoimi niekontrolowanymi wybuchami agresji i pomówień przechylał szalę na korzyść przeciwników, on sam (co mu się jakoś chwali) i sztab polityczny PiS musieli dojść do wniosku, że założyciel, główny ideolog i niekwestionowany szef partii jest dla niej jednocześnie największym wyborczym zagrożeniem. Że każda jego publiczna wypowiedź, opinia, a nawet obecność może przekreślić szanse dojścia PiS do władzy. Sytuacja absolutnie niezwykła.

Podobnie z innymi członkami ukrytego zarządu. Co partia musi naprawdę myśleć o Antonim Macierewiczu, kiedy chowa go głęboko na czas każdej kampanii wyborczej? Że, poza najtwardszym elektoratem PiS, reszta obywateli uważa go za człowieka nawiedzonego, ogarniętego spiskowymi obsesjami, kompletnie niepoważnego? A dlaczego partia schowała Mariusza Kamińskiego? Czyżby dlatego, aby swoją obecnością nie przypominał, że został skazany na trzy lata bezwzględnego więzienia za rażące nadużycia władzy w czasach rządów PiS? Innego powodu chyba nie ma.

A wiceprezes Lipiński – nie może się pokazywać, żeby nie wywoływać skojarzeń z „taśmami Beger” i rozgrywkami przeciwko koalicjantom PiS? A pani profesor Pawłowicz, kiedyś obecna we wszystkich mediach, teraz praktycznie od nich odcięta i schowana? Chodzi o to, że swoimi wypowiedziami i zachowaniem ośmiesza partię? A formalnie tylko koalicjant PiS, ale przecież obok Jarosława Kaczyńskiego najważniejsza twarz IV RP – Zbigniew Ziobro? Też wstyd i ryzyko go eksponować?

Partia, która za moment może zdobyć pełnię władzy w Polsce, chce, żeby zapomnieć, kim są, jacy są i czego chcą niemal wszyscy jej przywódcy. Jeśli to się powiedzie, będziemy mieli do czynienia z prawdziwą „ściemą dekady”, politologicznym i psychologicznym fenomenem, jeszcze bardziej niezwykłym niż sytuacja, w której w powszechnych wyborach prezydentem kraju został polityk praktycznie anonimowy.

Z całego „podziemnego” kierownictwa partii na widok publiczny wystawiona jest tylko Beata Szydło. Jako żona, która wychowała dwóch synów (w tym jednego na księdza), prowadziła dom, pracowała w miejskim domu kultury i poznała zwyczajne życie, jest bardziej przekonująca w głoszeniu nowych haseł wyborczych PiS od prezesa, samotnego kawalera żyjącego wyłącznie z polityki. – Prezes ma biegłość oczywiście we wszystkich sprawach, ale my, kobiety, jesteśmy szczególnie uwrażliwione na sprawy społeczne – mówi Elżbieta Rafalska, w sztabie wyborczym PiS odpowiedzialna za sprawy społeczne i kontakty z organizacjami pozarządowymi. Joachim Brudziński (zastępca szefa sztabu), tak mocno kojarzony ze strukturami partyjnymi, czy Marcin Mastalerek (rzecznik sztabu, który – jak słyszymy w PiS – przez „butę i arogancję popadł w niełaskę prezesa” i wyleciał z list wyborczych) w mediach mają tylko krytykować Platformę i składać ogólne obietnice.

Dla każdego coś innego

Kiedy pytamy Elżbietę Witek, rzeczniczkę PiS, na co partia chce w kampanii położyć największy nacisk, nie mówi o rewolucji moralnej, śledztwie smoleńskim, wymiarze sprawiedliwości czy budowaniu IV RP. – Widzimy potrzebę naprawy tego, co nie wychodzi Platformie. To wspaniale, że są autostrady, ale powinno być ich więcej i taniej budowane przez nasze firmy, które jak się okazuje przez te zlecenia poupadały. Właściwie każdy z polityków, z którym rozmawiamy, życzeniowo sypie tymi samymi pomysłami, mówią o hojnej polityce prorodzinnej, o podniesieniu kwoty wolnej od podatku, obniżeniu wieku emerytalnego. A gdy PO mówi, że budżet tego nie wytrzyma, Marcin Mastalerek wyciąga zgrabnie zredagowaną ulotkę z wizerunkiem Beaty Szydło, z prostą infografiką, wydrukowaną na dobrym papierze, i mówi: Jak się nie da? Da się! Pokazujemy, skąd wziąć te pieniądze.

Kiedy POLITYKA opisała katowicki panel poboczny, w którym Zbigniew Ziobro i Bogdan Święczkowski (szef ABW za czasów rządów PiS, liczy, że wróci na stanowisko jesienią) mówili o badaniu sędziów wariografem i sprawdzaniu próbek ich moczu, PiS szybko się od tego odcięło i kazało się z tego wytłumaczyć Ziobrze. Ale „ziobryści” są przekonani, że taka jest potrzeba etapu, a po wyborach, przy podziale ministerstw, odzyskają resort sprawiedliwości. Oczywiście żelazny elektorat, który przez ostatnie lata cierpiał w opozycji, karmiony narracją o „zdradzonych o świcie”, wierzy, że ich nadzieje na przywrócenie „elementarnego porządku” po wygranych wyborach zostaną spełnione. – Nie pora teraz o tym mówić, ale jesteśmy przekonani, że prezes, który przecież wyznacza kierunki, nie zapomni o naszych podstawowych celach – mówi działacz z okręgu wyborczego Nowy Sącz (w poprzednich PiS miało 51 proc., swój najlepszy wynik w kraju).

Najgorzej partii wiodło się zawsze w okręgu 39 Poznań (w ostatnich wyborach tylko dwa mandaty, najsłabszy wynik PiS w całym kraju – 19 proc.). – Poznaniacy cenią umiarkowanie i systematyczną pracę. PiS bywało u nas postrzegane jako partia radykalna. Dlatego staram się pracować na wyważone oblicze PiS. Koncentruję się na sprawach, którymi na co dzień żyją ludzie – mówi Bartłomiej Wróblewski, konstytucjonalista, wykładowca akademicki, zdobywca Korony Ziemi, radny sejmiku wojewódzkiego z PiS. Wydaje partyjną gazetę „Głos Powiatu Poznańskiego”. Tytuły z ostatniego numeru: „Lepsze życie dzięki edukacji”, „Mieszkania dla młodych”, „Prosty system podatkowy”, „Rozwój polskich firm”. Czyli wszystko to, na co stawiają poznaniacy i co tych rozczarowanych Platformą może przywieść do PiS.

To, co usłyszeliśmy od ludzi PiS z Wielkopolski i z Małopolski, potwierdza tezę Jarosława Flisa: – PiS przejęło strategię Tuska, idzie szerokim frontem, każdy mówi trochę coś innego, ale wszystko zgodne z tym, co elektorat w danym okręgu potrzebuje usłyszeć. Dystrybucja tych treści też ma odpowiednie kanały. Radny PiS w sejmiku świętokrzyskim (tradycyjny elektorat, dobre wyniki PiS) Andrzej Pruś, który mówi, że „Duda nam pokazał, jak zwyciężać mamy”, zapowiada, że 120 tys. partyjnych gazetek lokalne PiS rozda pod kościołami. Bartłomiej Wróblewski woli wrzucać je do skrzynek poznaniaków.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną