Kraj

Dobra zmiana coraz lepsza

Dobra zmiana coraz lepsza. Dziwne decyzje prokuratury i inne absurdy życia politycznego

Kilka przecudnych decyzji zawdzięczamy polskiej prokuraturze. Kilka przecudnych decyzji zawdzięczamy polskiej prokuraturze. PantherMedia
O ostatnich decyzjach, jakie w Polsce zapadły, Lec rzekłby, że prokurator wywiódł swój pogląd bardzo argumętnie.

Przymierzałem się do napisania felietonu o kondycji nauki w ramach dobrej zmiany, ale bieżąca rzeczywistość jest nieubłagana i serwuje kolejne absurdy i groteski, aczkolwiek niepozbawione elementów grozy. Niemniej na moment zatrzymam się pro domo sua, czyli przy kwestiach naukowych.

Kontrowersje wokół budżetu i dezubekizacji przesłoniły inny ciekawy produkt legislacyjny powstały w Sali Kolumnowej budynku Sejmu, mianowicie ustawę o instytutach badawczych. Są to jednostki podległe poszczególnym resortom, prowadzące głównie badania stosowane. Dotychczas kierowali nimi dyrektorzy wyłaniani drogą konkursu, przy czym jednym z warunków było posiadanie stopnia lub tytułu naukowego.

Nowa ustawa zniosła konkursy i wymagania naukowe. Znaczy to, że dyrektorzy mają być mianowani przez ministrów. Ma to być rozwiązanie tymczasowe, zapewne po to, aby sami swoi zajęli około stu niezłych posad kierowniczych. Potem ma powstać Narodowa Rada Technologiczna (czy też coś w tym rodzaju) jako zaplecze dla tzw. planu Morawieckiego.

Po pierwsze: żenująco niski poziom nakładów na naukę

Nowe uregulowanie nasuwa co najmniej dwie refleksje. Po pierwsze, nazwa „instytuty resortowe” zaczyna bardziej kojarzyć się z z resortowymi dziećmi, ponieważ około stu intratnych stanowisk dyrektorskich zostanie zapewne obsadzonych przez samych swoich. Po drugie, nowe instytuty resortowe i Narodowa (jakże by inaczej) Rada Technologiczna zamiast badać i obmyślać innowacje, będą uprawiały coś w rodzaju apologetyki poczynań głównego rządowego plenipotenta od ekonomicznej zmiany. Będzie jak dawniej, bo nadbudowa ideologiczna ma służyć bazie ekonomicznej.

Jest już nawet pierwsze zadanie do wykonania. Jeden z urzędników p. Morawieckiego prognozuje, że PKB na pewno wzrośnie w 2017 r. o ponad 3 proc., ale inny powiada, że nie przekroczy 2,7 proc. Nie ma się jednak czym przejmować, ponieważ PKB jakoś wzrośnie, co instytuty resortowe i/lub Narodowa Rada Technologiczna mozolnie ustalą, oczywiście wedle dyrektyw wyprowadzonych z bazy.

Jeśli rzecz dotyczy nauki w ogóle, trzeba radować się wzrostem budżetowych nakładów na naukę, i to aż o 2 proc. Wiadomo jednak, że ważny jest nie tyle wzrost bezwzględny, ile procent PKB. W 2015 r. było to 0,42 proc., w 2016 r. – 0,44 proc., natomiast na 2017 r. przewidziano 0,43 proc.

Nie będę dociekał, na czym polega wspomniany wzrost o 2 proc., skoro ułamek PKB przeznaczony na naukę zmniejszył się o 0,01 proc. Jakby nie było, dobra zmiana pozostawia budżetowe nakłady na naukę w Polsce na żenująco niskim poziomie. Dla porównania: standard przyjęty w UE przyjmuje, że co najmniej 2 proc. PKB winno być przeznaczone na naukę. Ale oni kierują się obcą nam ideologią.

Po drugie: dziwny pucz opozycji

Nie jestem zwolennikiem protestu w formie okupowania sali sejmowej, zwłaszcza przez dłuższy okres. Bardziej mi odpowiada wykorzystywanie prawnych środków kwestionowania poczynań władzy, np. nieprawidłowości przy przegłosowywaniu ustaw, nawet jeśli obecna większość parlamentarna reaguje na to niezbyt wyszukanym rechotem à la p. Terlecki.

Wprawdzie „naprawiony” Trybunał Konstytucyjny pod wodzą mgr Przyłębskiej zapewne będzie częściej kierował się domniemaną wolą suwerena niż literą ustawy zasadniczej, nie zawadzi, gdy będzie zmuszony do zajęcia stanowiska w sprawie konstytucyjności kolejnych przykładów ustawowego bezprawia.

Wracając do okupacyjnego protestu: niektóre oświadczenia piastunów dobrej zmiany są wręcz humorystyczne. Wedle encyklopedii pucz jest to zamach stanu dokonany (lub planowany) przez grupę wojskowych. Nasi czołowi politycy odnotowali istotny wkład do politologii, identyfikując okupację sali sejmowej przez opozycję jako próbę puczu. Co więcej, rzeczony pucz był przygotowany zawczasu, o czym świadczy zamówienie sporej liczby kanapek, wprawdzie nie przez przyszłych puczystów, ale przez Prezydium Sejmu.

To jednak nie daje powodu do mniemania, że p. Kuchciński sam przygotowywał rewoltę lub drugą nocną zmianę (inne kolorowe określenie protestu). Przypuszczalnie został podstępnie wprowadzony w błąd przez okupantów parlamentu (patrz niżej). Pani Szydło nieco przybliżyła istotę obecnego puczu w Polsce, autorytatywnie orzekając, że jest on specyficzny i polega na kreowaniu chaosu. Zadała też ważkie pytanie specyficznym puczystom: „Czyich interesów bronicie i w czyim imieniu wszczynacie w tej chwili te awantury?”.

Odpowiedź jest bardzo prosta: mianowicie, że pucz został wywołany w interesie zagranicznych producentów kanapek. Pan Kuchciński zamówił strawę, gdyż – taka hipoteza od razu się nasuwa – kłamliwie go poinformowano, że jest narodowa, tj. wyprodukowana przez rodzimych producentów, gdy tymczasem opozycja, słusznie określana jako totalitarna, cynicznie realizowała interesy obcego kapitału kanapkowego ulokowanego w rajach podatkowych, a więc niepłacącego podatków w Polsce. Ba, jest nawet wysoce prawdopodobne, że opozycja totalitarna jest sowicie opłacana przez międzynarodowy kapitał kanapkowy.

Po trzecie: dziwne decyzje prokuratury

Kilka przecudnych decyzji zawdzięczamy prokuraturze. Radna PiS (p. Kołakowska) w Gdańsku napisała o jednej posłance z PO, że „trzeba to złapać i ogolić na łyso”. W związku z tym złożone zostało zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa w postaci wypowiedzi noszącej znamiona mowy nienawiści. Prokuratura w Warszawie odmówiła wszczęcia postępowania. Oto uzasadnienie:

„Osoba, która ten wpis zamieściła, twierdziła, że jej intencją nie było wzywanie do naruszania nietykalności cielesnej osoby, o której mowa we wpisie, a jedynie wyrażenie swojej dezaprobaty […]. Według śledczych autorka wpisu miała twierdzić, że »chciała w ten sposób wyrazić jedynie swoje poglądy w oderwaniu od przynależności politycznej«”.

I tak być powinno. W przypadku słusznych poglądów pani radnej wystarcza, że miała także słuszne intencje, aby ją rozgrzeszyć, a w innych przypadkach, w szczególności dotyczących opozycji totalitarnej, rzecz jest co najmniej otwarta.

Warto dodać, że pani radna jest nauczycielką historii w jednym z gdańskich liceów. Na pewno będzie bardzo gorliwie wdrażała program nauczania historii przygotowany pod auspicjami p. Zalewskiej, która znakomicie ilustruje myśl Leca, że niektórzy pragną Ciemnogrodu, by zauważono ich nikłe błyskanie.

Sąd wymierzył karę 10 miesięcy więzienia mężczyźnie (p. Rybakowi), który spalił kukłę Żyda we Wrocławiu. Lokalny prokurator początkowo nie miał zastrzeżeń co do tego wyroku, ale – przynajmniej wedle nieoficjalnych wiadomości – zmienił zdanie na polecenie Prokuratury Krajowej i apeluje o złagodzenie wyroku na karę ograniczenia wolności. Nie jest moim celem dyskutowanie, czy wyrok jest zbyt surowy czy nie. Może jest tak, że jeden z argumentów prokuratury, wskazujący na niewspółmierność winy do kary, jest trafny. Ale na pewno nie jest tak, jak głosi drugi argument, że w opisie czynu nie ma znamion przestępstwa. To nie jest tak, że sprawca coś tam sobie spalił. Sam zresztą wyjaśnił, że działał „w imieniu narodu i dla dobra ojczyzny”, a kukła miała symbolizować nie Żyda, ale George’a Sorosa, jak wiadomo typowego goja.

Jakiś czas temu prokuratura w Białymstoku umorzyła sprawę przeciwko ks. Międlarowi w związku z jego wypowiedziami w kazaniu w białostockiej katedrze. Ci, którzy wnieśli oskarżenie, uznali je za antysemickie i wzywające do nienawiści. Prokuratura uznała, że nie ma w nich znamion przestępstwa, a jedynie paralele historyczne. Sprawą zainteresowało się również Towarzystwo  Przyjaźni Izrael–Polska, działające w Tel Avivie. Otrzymało odpowiedź z prokuratury, że państwo polskie bezwzględnie ściga przejawy rasizmu, ale w poszczególnych przypadkach trzeba brać pod uwagę nie tylko przepisy prawa karnego, ale także zasady wolności religijnej i jej uzewnętrzniania. Wychodzi więc na to, że ks. Międlar perorując o zgubnym żydowskim tchórzostwie, obcym postawie prawdziwego Polaka, uzewnętrzniał swoją wolność religijną, podobnie jak przez nawoływanie, aby narodowo katolicki radykalizm stał się chemioterapią uzdrawiającą polski organizm ze złośliwego raka. Tym nowotworem ma być m.in. żydowski imperializm i masoneria.

Byłoby zbyt łatwym manewrem retorycznym argumentowanie, że sylwestrowe wydarzenia w Ełku są skutkiem tolerancji dla postaw i ich manifestowania w postaci wypowiedzi podobnych do tego, co prawią p. Kołakowska, p. Rybak czy ks. Międlar. Takie incydenty mogą zdarzać się wszędzie, niekoniecznie przy akompaniamencie okrzyków „J…ć ciapatych”. Trudno jednak powstrzymać się od uwagi, że prokuratura ima się nader prymitywnych sposobów usprawiedliwiania mowy nienawiści i przedstawiania ich jako niewiele znaczącego, a niekiedy nawet moralnie usprawiedliwionego sposobu ekspresji szczytnych wartości.

Urząd prokuratorski nie jest osamotniony w tym dziele. Pan Błaszczak wychwala patriotyzm kibiców piłkarskich, nie bacząc np. na to, że profanują jeden z symboli Polski Walczącej, przeor paulinów z Jasnej Góry nazywa kibiców niosących nacjonalistyczne hasła „wielkimi bohaterami XXI w.”, a typową reakcją na poczynania ks. Jacka (jak go pieszczotliwie nazywa się w kościele instytucjonalnym) było wezwanie do modlitwy w jego intencji, w trudnych dla niego chwilach spowodowanych jego wystąpieniem z zakonu Księży Misjonarzy. Ci, którzy traktują takie postawy za narodowy racjonalizm, powinni przemyśleć uwagę Leca: Uważajcie, nie tylko błąd w druku może zmienić „racjonalizm” w „nacjonalizm”.

Po czwarte: jeszcze więcej dziwnych decyzji prokuratury

I na koniec prawdziwa wisienka w prawniczym torcie. Prokuratura Okręgowa dla Pragi-Śródmieście umorzyła postępowanie w sprawie nieopublikowania wyroków Trybunału Konstytucyjnego. Oto fragment uzasadnienia:

„Niedopełnienie obowiązków polega nie tylko na zaniechaniu ich wykonania, ale także na ich wykonaniu, ale w sposób nieprawidłowy. Rodzi to powinność podjęcia nie tylko czysto technicznych czynności związanych z publikacją orzeczenia Trybunału, ale także weryfikacji, czy tekst do publikacji spełnia prawne wymogi, a więc został wydany przez uprawniony organ na podstawie i w ramach obowiązujących przepisów prawa”.

Najbardziej smakowitym elementem zacytowanego stanowiska prokuratury jest brak podania jakiejkolwiek podstawy prawnej dla obowiązku lub uprawnienia weryfikacji orzeczeń TK przez organy rządowe. W ten sposób urząd prokuratorski przyznał sobie nowe prerogatywy, mianowicie kompetencje legislacyjne. Jest to bezsprzecznie przykład urodzenia się powinności ustalonej przez  konstytucyjnie uprawniony organ na podstawie i w ramach obowiązujących przepisów prawa. Lec rzekłby, że prokurator wywiódł swój pogląd bardzo argumętnie.

PS Wszystkim polecam oglądnięcie szopki noworocznej wykonanej w TVP. To jest bardzo akuratna ilustracja rzeczywistego poziomu intelektualnego dobrej zmiany, np. w postaci tromtadracji o naszym Międzymorzu od Bałtyku do Krymu, że Putin może nas pocałować w dupsko czy że Caracale nam niepotrzebne, bo polska młódź garnie się do broni, Autorowi (p. Wolskiemu) dedykuję coś z Leca: „Jeśliś bez kręgosłupa [i rozumu], nie wyłaź ze skóry!”.

Reklama

Czytaj także

Historia

Gasiłem getto. Świadectwo człowieka, który w czasie powstania w getcie pracował jako polski strażak

Któregoś dnia widziałem tak potworne wydarzenie, że prawie zemdlałem.

Janusz Ostrowski
04.11.2009
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną