Opozycja według Prawa i Sprawiedliwości

Operacja „opozycja w ruinie”
Zawrotną karierę po kryzysie parlamentarnym robi taki przekaz: genialny Kaczyński ogrywa swoich przeciwników jak dzieci, opozycja jest beznadziejna, nie ma lidera i właśnie się skończyła.
Grzegorz Schetyna i Ryszard Petru
Andrzej Iwańczuk/Reporter

Grzegorz Schetyna i Ryszard Petru

Kaczyński zawsze może bez trudu osiągnąć to, co chce, ale najwyraźniej woli wykorzystać każdą okazję do sprawdzenia lojalności i zdyscyplinowania swoich ludzi.
Adam Chełstowski/Forum

Kaczyński zawsze może bez trudu osiągnąć to, co chce, ale najwyraźniej woli wykorzystać każdą okazję do sprawdzenia lojalności i zdyscyplinowania swoich ludzi.

KOD w wyniku zbliżających się wyborów zapewne będzie miał nowego szefa.
Renata Dąbrowska/Agencja Gazeta

KOD w wyniku zbliżających się wyborów zapewne będzie miał nowego szefa.

Teraz, kiedy opozycja właśnie wróciła karnie do swoich poselskich ław po długiej przerwie „na uspokojenie”, rozpoczął się proces ostatecznego jej pognębienia, straszenia karami, zmianami regulaminu. Ma to pokazać nienaruszoną hegemonię obozu władzy i jej bezwzględną supremację nad histerycznymi przeciwnikami, którzy zostali przez prezesa uspokojeni. Temu służy odpowiednia narracja o pokonaniu i skompromitowaniu Petru, Schetyny i Kijowskiego.

Teza o „zaoraniu opozycji”, ewidentnie wyprodukowana w centrali PiS, jest powtarzana nie tylko przez polityków władzy i związanych z nią dziennikarzy, ale także przez wielu zagorzałych przeciwników partii rządzącej.

Spin doktorom Kaczyńskiego udało się wtłoczyć swoją narrację do powszechnego obiegu na tyle zręcznie, że ci, którzy ją powtarzają, nie zdają sobie sprawy z autorstwa przekazu. Rozgłaszają to po stronie „antypisu”, umacniając przekonanie, że „opozycja przegrała”, jej liderzy są żałośni, nie ma na kogo głosować itp. O nic więcej marketingowym strategom PiS nie chodzi. Powtarzają tę samą akcję, która pod nazwą Polska w ruinie przyniosła PiS wielkie sukcesy w 2015 r. Teraz trwa jej nowa odsłona: opozycja w ruinie. Mechanizm propagandowy jest identyczny, podobnie wysoka jest skuteczność.

Rozgrywki sejmowe 

Realnie zaś biorąc, jest tak: oto Jarosław Kaczyński „genialnie ogrywa opozycję”, mając bezwzględną większość w Sejmie i w Senacie (czyli samodzielne quorum), do dyspozycji obu marszałków i prezydenta, którzy bez szemrania wykonują jego instrukcje, podporządkowany Trybunał Konstytucyjny, także media publiczne, resorty siłowe, służby specjalne i wymiar sprawiedliwości pod pełną kontrolą. A tam, gdzie się można teoretycznie odwołać od decyzji PiS, też siedzi PiS. W takiej sytuacji to nieogranie opozycji byłoby dowodem na skrajną nieudolność prezesa. Stwierdzenie, że ktoś wygrał, a ktoś przegrał, zakłada w domyśle, że odbyła się walka, podczas której obie strony dysponowały zbliżonym arsenałem środków, obowiązywały reguły, może nawet fair play, a zwyciężył mądrzejszy, sprytniejszy czy bardziej przewidujący.

Jednak w rozgrywce sejmowej, podczas całego minionego roku i teraz, Kaczyński dysponował i dysponuje wszystkim, a opozycja niczym. W takiej sytuacji zarzucanie opozycji, że daje się „ogrywać”, że się kompromituje, jest tzw. prawie prawdą. Na takiej samej zasadzie powiela się równie absurdalny pogląd, że prof. Andrzej Rzepliński przegrał z PiS w walce o Trybunał Konstytucyjny. Nikt nie jest w stanie powiedzieć, w jaki sposób mógł wygrać. To była nie tyle walka, co opór.

Kaczyński, gdyby zechciał, mógł ustąpić podczas rozgrywki 16 grudnia i potem w styczniu (i w każdym innym przypadku), choćby dla kaprysu, ale to też nie byłoby zwycięstwem drugiej strony, a jedynie koncesją władcy. Być może jest w stanie nastraszyć Kaczyńskiego 100 tys. demonstrantów pod Sejmem przez tydzień – to z kolei raczej mu nie grozi. Kaczyński zawsze może bez trudu osiągnąć to, co chce, bez awantury i naciągania prawa, ale najwyraźniej woli wykorzystać każdą okazję do sprawdzenia lojalności i zdyscyplinowania swoich ludzi. Brak ustępliwości ze strony Kaczyńskiego ma jeszcze jeden skutek – traktuje się to jak oczywistość. Do tego stopnia, że wielu komentatorów wręcz zarzucało opozycji, iż ta nie idzie na kompromisy, bo „wiadomo było, że PiS nie ustąpi”. Tak sobie Kaczyński przez lata wychował publiczność.

Opozycji (a także np. sędziom TK) wcześniej i teraz pozostaje obrona zasad, dawanie świadectwa wolnościowym wartościom, nieustanne sprzeciwianie się łamaniu prawa. Ale, jak się okazuje, tylko werbalne. Bo już pierwszy nie tylko werbalny protest, czyli „okupowanie” sali plenarnej w Sejmie, jak pokazały sondaże opinii, miał mniej zwolenników, niż wynosi łączne poparcie dla PO i Nowoczesnej. Zatem nie dało się wygrać formalnie, a nieformalne formy sprzeciwu się nie podobają.

Jednocześnie opozycja jest jakoby nieudolna i „nic nie robi”. Ale jeśli spytać o szczegóły, co ktoś by doradził opozycji, jak ma działać, padają banały. Gabinet cieni – mało kogo to tak naprawdę obchodzi. Opozycyjne partie mają programy, ale niemal nikt się nimi nie interesuje. Działają komitety obywatelskie, które powołała w swoim czasie Platforma, ale tłumów tam nie ma. Być może zatem opozycja nie jest bardziej „beznadziejna” niż duża część jej sympatyków. Wciąż trwa wiara, że jacyś „oni” poradzą sobie z PiS „dla nas”, a my im potem udzielimy poparcia.

Po kryzysie parlamentarnym trwa analizowanie, gdzie przeciwnicy PiS popełnili błąd, może powinni byli z Sejmu wyjść wcześniej, od razu, może później, a może nie wychodzić. W którym momencie można było Kaczyńskiego przechytrzyć i przycisnąć? Nie można było, w żadnym momencie. Wyśmiewanie opozycji za to, że przerwała protest, że „nic nie uzyskała”, że jest „frajerska”, to syndrom nawrotu zjawiska, które nazywamy naiwnym pojmowaniem polityki, dla początkujących. Polega ono na postrzeganiu zdarzeń osobno, bez ich logicznej łączności. Przejawia się to także w prostym obrażaniu się, oburzaniu, infantylnym oddzielaniu się od „brudnej” klasy politycznej – które to reakcje w pełni kontroluje PiS i zaciera ręce. PiS się polityki nie brzydzi, nie hamletyzuje, nie stosuje kategorii etycznych i estetycznych. A po drugiej stronie okazuje się, że prywatny wyjazd Ryszarda Petru do Portugalii powoduje lawinowy spadek notowań Nowoczesnej, faktury Kijowskiego chwieją całym KOD.

Oczywiście nie jest bez znaczenia, jacy ludzie stoją na czele opozycji, ale przecież o jej sile decydują nie tyle wyłaniani w partyjnych procedurach liderzy, ile obywatele, wyborcy, którzy dają energię, poparcie, głosy i to nie tylko w sam dzień wyborów. Prawdziwe czy wymyślone przewiny Petru, Schetyny czy Kijowskiego są niczym wobec toczącego się w kraju konfliktu o nie tylko politycznym, ale cywilizacyjnym wymiarze. Nowoczesną może przejąć ktoś inny, KOD w wyniku zbliżających się wyborów też zapewne będzie miał nowego szefa. Jeśli się znajdzie ktoś lepszy niż Schetyna, weźmie Platformę. W szerszym planie personalia są drugorzędne, liczą się same formacje, a przede wszystkim świadomość elektoratów – czy dostrzegają swoje realne interesy, ideowe pryncypia i potrafią je połączyć z siłami politycznymi.

Dzisiejsza logika polityki zaawansowanej, z punktu widzenia przeciwników partii rządzącej, jest następująca:

1. „Antypis” ma w tej chwili w parlamencie dwie reprezentujące go partie: PO i Nowoczesną. Kukiz’15 i PSL nie są opozycją w zwyczajowym tego słowa znaczeniu.

2. Nie ma żadnych przesłanek ku temu, że powstaną do czasu wyborów w 2018 i 2019 r. inne partie opozycyjne, liczące się w ogólnopolskiej skali; nie ma na to ani czasu, ani pieniędzy, ani też zapewne zapotrzebowania – gdyby było, partia taka przynajmniej próbowałaby powstać.

3. Opozycja lewicowa nie rośnie, a ponadto jej antypisowość nie jest ewidentna, bo widać, przynajmniej w jej części, zauroczenie „dobrą zmianą”. Poza tym, niemodna i schyłkowa partia Włodzimierza Czarzastego ma wciąż dwa razy wyższe notowania niż modne ugrupowanie Adriana Zandberga; to tyle, jeśli chodzi o „nową lewicę”.

4. „Antypis” – jak można zakładać, choćby z definicji – chce się pozbyć PiS i jest to dla tej formacji twardy warunek wstępny wszystkich innych zmian.

5. PiS można pokonać tylko w wyborach, jeśli odrzuca się zamach stanu.

6. Wniosek: w wyborach biorą udział partie polityczne (i ich liderzy), te, które są, a nie te, których nie ma. I takie, jakie są, a nie takie, jakie chciałoby się, żeby były.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną