Co się dzieje w kwaterze głównej PiS?

Prawdziwe „Ucho prezesa”
Co się dzieje w najbardziej znanej partyjnej siedzibie w Polsce, przy Nowogrodzkiej?
Siedziba PiS przy ul.Nowogrodzkiej
Leszek Zych/Polityka

Siedziba PiS przy ul.Nowogrodzkiej

Prezes w swoim gabinecie
Jerzy Dudek/Forum

Prezes w swoim gabinecie

Barbara Skrzypek, filmowa pani Basia, czyli brama do gabinetu prezesa
Adam Chełstowski/Forum

Barbara Skrzypek, filmowa pani Basia, czyli brama do gabinetu prezesa

audio

AudioPolityka Anna Dąbrowska - Prawdziwe Ucho prezesa

Poniższy tekst ukazał się w POLITYCE w kwietniu 2017 r.

Beata Szydło w ostatni piątek w Sejmie do posłów PO: „Rząd PiS podejmuje decyzje w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, a wy na śmietnikach, na cmentarzach albo na stacjach benzynowych!”... Czy aby na pewno w Kancelarii Premiera?

Politycy PiS pytani o siedzibę partii przy ulicy Nowogrodzkiej w Warszawie określają ją tak: centrum dowodzenia, siedziba naczelnika, kwatera główna. Mało kto umie wskazać na mapie stolicy ulice, przy których ulokowały swoje biura Platforma czy Nowoczesna. O Nowogrodzkiej 84/86, nieopodal placu Zawiszy, słyszeli chyba wszyscy. Zwłaszcza po słynnym już serialu „Ucho prezesa” – satyrze na partię władzy, która rozgrywa się właśnie w kwaterze głównej PiS.

To tu, od wyborczego zwycięstwa, w pielgrzymowaniu do Jarosława Kaczyńskiego nie ustają premier, jej zastępcy, ministrowie, najważniejsi politycy partii rządzącej, szefowie ważnych instytucji państwa. To pod tym adresem kobiety ustawiły się w symboliczną ścianę furii 8 marca, tu protestowały jesienią, kiedy PiS chciał zaostrzyć prawo antyaborcyjne. Tu manifestowano w rocznicę wprowadzenia stanu wojennego, a w proteście przeciwko „lex Szyszko” sadzono drzewa. A wszystko dlatego, że to przy Nowogrodzkiej zapadają najważniejsze decyzje i zbiegają się ścieżki władzy.

Zbroja posła Kaczyńskiego

„Wie pani – mówił do Małgorzaty Domagalik w telewizyjnym wywiadzie Kaczyński w 2009 r. – ja przychodzę rano do pracy, do mojego biura, tam są osoby, z którymi pracuję. To nie są osoby o znanych nazwiskach, ale dla mnie są to osoby niezmiernie ważne”. Dodał, że ta stałość i życzliwość jego najbliższego otoczenia to dla niego coś w rodzaju zbroi. Chroni go przed nieżyczliwością i złymi emocjami, które prezes wzbudza na zewnątrz, poza partią. Dlatego po tak nieprzyjemnym doświadczeniu, jakim była dla niego telewizyjna debata z Tuskiem w 2007 r., cztery lata później wezwał go na debatę przy Nowogrodzkiej. Tusk odmówił.

Siedziba PiS to dość obskurny budynek po dawnej drukarni. Klatka schodowa jest dzielona z sąsiadami – z prywatną przychodnią i klubem snookera. To część dawnego kompleksu należącego przed 1989 r. do RSW Książka-Prasa-Ruch, który w latach 90. przejęła Fundacja Prasowa Solidarność związana z Porozumieniem Centrum. Dziesięć lat temu jedna ze spółek powiązana z Fundacją Prasową sprzedała nieruchomość za 34 mln izraelskiemu deweloperowi Metropol NH. Na miejscu starego miał stanąć nowoczesny wieżowiec. Od tego czasu PiS swoje biura wynajmuje od dewelopera. Jak sprawdziliśmy w PKW – średnio przelewając co miesiąc około 20 tys. zł czynszu. Kaczyński w 2009 r. mówił reporterowi TVN24, „niedługo będziemy się niestety stąd wynosić, bo mamy mniej pieniędzy”. Snuł wizję, że przenoszą się w lepsze miejsce, tak jak PO (ma siedzibę przy ul. Wiejskiej). Ale dawny skarbnik PiS Stanisław Kostrzewski wynegocjował z nowym właścicielem Nowogrodzkiej na tyle dobrą cenę, że nie trzeba było się pakować.

PiS zajmuje parter i dwa piętra. Na samym dole, w dawnych pokojach po Adamie Lipińskim i Mariuszu Kamińskim, którzy przenieśli się do gabinetów w KPRM, zorganizowano archiwum. Na pierwszym piętrze na końcu korytarza urzęduje prezes, trzy pokoje zajmują archiwa, jest biuro prezydialne partii i księgowość. Archiwum pilnuje legendarna Barbara Skrzypek. W zeszłym roku do prezesa wpłynęło ponad 20 tys. spraw, wszystkie są skatalogowane, poukładane alfabetycznie. Niektórzy posłowie zastanawiają się, ile jest w nich haków na nich. Kaczyński powiedział kiedyś: „w napięciu lat 90. ludzie przynosili mi jakieś sensacje. Ludzie mają taką potrzebę”. A on ją zaspokaja, kolekcjonując te donosy. – Prezes wiele z tych listów zabiera do domu, nocami na nie odpisuje, a ktoś z nas przepisuje to później na komputerze – opowiada współpracownik Kaczyńskiego. Prezes, choć na jego biurku stoi komputer, nie korzysta z niego.

Gabinet Kaczyńskiego, który cała Polska zobaczyła w pierwszym odcinku „Ucha prezesa”, urządzony według autorskiego pomysłu Mariusza Płaszczaka (kopia szefa MSWiA), daleko odbiega od rzeczywistości. Zgadzają się tylko elegancka lampka z zielonym kloszem i zasłonięte wiecznie żaluzje w oknach wychodzących na podwórko. Czas się tu zatrzymał. Po obu stronach biurka zawalonego papierami stoją dwie donice z kwiatami do sufitu, jest stolik, przy którym zmieści się z pięć osób, i telewizor, którego prezes też nie ma zwyczaju włączać. Jest też pamiątka po bracie, orzeł wyrzeźbiony w soli, który Lech Kaczyński otrzymał kiedyś w prezencie. Najbliżsi, jak między innymi Janina Goss, Joachim Brudziński czy stara gwardia PC, mogą wchodzić tylnymi drzwiami wprost do gabinetu. Inni najpierw witają się z panią Basią – Barbarą Skrzypek.

Gość w dom

To tutaj, w biurze, prezes przeżywał wyborcze porażki i świętował zwycięstwa. Ktoś pamięta, że kiedy Joachim Brudziński dał w wywiadzie – według prezesa – dzielnie odpór Monice Olejnik, to przy Nowogrodzkiej czekał na niego szampan. Ostatni zwycięski dla PiS wieczór wyborczy też zorganizowano w centrali. Do czasu katastrofy smoleńskiej – każdego 18 czerwca – prezes świętował tu też swoje urodziny. – Ale po 10 kwietnia atmosfera się zmieniła, nie ma nastroju do nasiadówek przy winku – mówi osoba z otoczenia Kaczyńskiego. Trzeba wierzyć na słowo, choć w zeszłym tygodniu widzieliśmy jak Joachim Brudziński późnym popołudniem wnosił do siedziby w reklamówce z Biedronki dwie butelki wina.

Pewne jest to, że przy Nowogrodzkiej wykuwał się gabinet premier Szydło, stąd prezes nim zarządza i ocenia. Kaczyński pytany o ministrów powtarza w wywiadach: „nikt nie może czuć się bezpiecznie” albo: „każdy musi wiedzieć, że zostanie oceniony”. W połowie marca powiedział dziennikarzom Onetu: „popełniłbym błąd, gdybym dziś mówił o rekonstrukcji. Choć różnie oceniam ministrów”. Szydło dobrze usłyszała te słowa, bo tydzień temu zagadnięta przez dziennikarzy o zmiany w rządzie odpowiedziała: „Każdy minister musi mieć cały czas świadomość, że oczywiście jest oceniany, jego praca jest oceniana i my wszyscy w rządzie taką świadomość mamy, również premier”. I ona, i jej ministrowie wiedzą, że to nie ona ocenia, ale prezes, więc pielgrzymują na Nowogrodzką.

Kilka obrazków z ostatnich miesięcy. 16 marca po południu funkcjonariusze BOR z psami obchodzą budynek. Potem sprawdzą jeszcze pierwsze piętro biurowca. Obecność BOR oznacza, że niebawem przyjedzie Beata Szydło. Chwilę potem parkują limuzyny.

Pięć dni później, 21 marca, do południa, przed wtorkowym posiedzeniem rządu znów zawitała tu cała partyjno-rządowa śmietanka. Beata Szydło pytana przez Bogdana Rymanowskiego w TVN24 o to, który z ośrodków władzy jest decydujący, skoro tylu polityków z hukiem zjeżdża do prezesa PiS, tłumaczyła, bez cienia zakłopotania, że to nic nadzwyczajnego. Że stara się robić wszystko, aby przepływ informacji był jak najlepszy. Przy Nowogrodzkiej, i tylko tu, spotykają się na naradach zazwyczaj raz w tygodniu, późnym popołudniem. Beata Mazurek, rzeczniczka PiS: – Mamy swojego prezydenta, mamy swój rząd, mamy większość parlamentarną i wcale mnie nie dziwi, że ludzie spotykają się z prezesem.

Według premier jeśli „nie ma kontaktu pomiędzy osobami w państwie i w partii, to jest to bardzo źle. Kontakt powinien być stały”. Tylko dlaczego przy Nowogrodzkiej? Bo nawet niektórzy z drużyny prezesa przyznają, że może jest w tych pielgrzymkach do niego jakaś wizerunkowa niezręczność. Ale też nie wyobrażają sobie, aby to Kaczyński miał pielgrzymować.

Ktoś z kierownictwa partii przypomina sobie czasy, kiedy trzydziestoosobowy Komitet Polityczny spotykał się w Kancelarii Premiera w Alejach Ujazdowskich. Na pewno raz, kiedy premierem był Kazimierz Marcinkiewicz i podejmowano decyzje o zaproszeniu Samoobrony i LPR do koalicji. Drugi raz, późną nocą, kiedy już Kaczyński jako premier decydował o zakończeniu rządowej współpracy z Lepperem. – Było tych spotkań w KPRM więcej, ale dziś to jasne dla wszystkich, że Jarosław jest najważniejszą osobą w państwie i to do niego przychodzi się po decyzje, stanowisko, wskazówki. Nie ma co ściemniać, że jest inaczej. On wyznaczył Beatę, a ona okazuje mu szacunek, przychodząc do prezesa, a nie czekając na niego w Alejach Ujazdowskich – opowiada polityk PiS.

Często przyjeżdżał pan na wezwanie prezesa na Nowogrodzką, kiedy był pan premierem rządu PiS? – pytamy Kazimierza Marcinkiewicza. – Wtedy wiele rzeczy wyglądało inaczej. Mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że nie byłem na telefon prezesa. Wyznaczyliśmy sobie godzinę tygodniowo w piątek na spotkanie przy Nowogrodzkiej. Opowiadałem, co dzieje się w rządzie, co robimy, co planujemy. Dodaje, że jego ministrowie też nie pielgrzymowali do kwatery głównej. – Wiem, że bywali tam Ziobro, Wassermann, Kamiński, który tworzył wtedy CBA, ale reszta współpracowała przede wszystkim ze mną i ze mną się kontaktowała. Nie jeździli po wytyczne do prezesa – mówi Marcinkiewicz.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną