Kraj

Sparaliżowana policja

Policjanci bez kontroli

Wpływ polityki jak nigdy wcześniej wkracza do policyjnej roboty także drogą oficjalną, od góry. Wpływ polityki jak nigdy wcześniej wkracza do policyjnej roboty także drogą oficjalną, od góry. Michał Dyjuk / Forum
W policji trwa burza mózgów. Kto może, kombinuje, jak znaleźć dojście do polityków PiS, żeby załatwić sobie stanowisko. Do tego, co dzieje się na ulicach, komendanci wszelkich szczebli nie mają głowy ani serca.
Po śmierci Igora Stachowiaka wiceminister Jarosław Zieliński przyznawał, że policjanci przekroczyli uprawnienia.Aleksiej Witwicki/Forum Po śmierci Igora Stachowiaka wiceminister Jarosław Zieliński przyznawał, że policjanci przekroczyli uprawnienia.
Na komendach wydatnie przybyło paralizatorów. Prywatnych, kupionych za własne, ale używanych w czasie służby.Christopher Furlong/Getty Images Na komendach wydatnie przybyło paralizatorów. Prywatnych, kupionych za własne, ale używanych w czasie służby.

Artykuł w wersji audio

Głośna jeszcze była sprawa nadużyć związanych ze śmiercią Igora Stachowiaka, pobitego i dręczonego paralizatorem na komisariacie we Wrocławiu, sypały się spóźnione dymisje i kary, gdy zagotowało się wokoło Lublina. Policjant z patrolu raził po jądrach zatrzymanego za awanturowanie się z taksówkarzem, skutego kajdankami i wiezionego do izby wytrzeźwień mężczyznę. Koledzy policjanta z patrolu nie zareagowali ani wówczas, ani trochę późnej, gdy w samej izbie wytrzeźwień policjant z Lublina potraktował paralizatorem jeszcze przebywającego tam 22-latka.

Kilka dni wcześniej na komisariacie w Częstochowie zmarł starszy pan, obywatel Austrii. Przyjechał wraz z żoną na pogrzeb do Polski, został zatrzymany przez policyjny patrol i zabrany na komisariat, bo podobno miał uderzyć w twarz ochroniarza odbywającej się w parku imprezy. Żona informowała policjantów, że mąż jest chory na serce. Podczas badania na zawartość alkoholu we krwi (była niewielka) mężczyzna nagle zasłabł. Z relacji kobiety wynika, że prosiła o pomoc, o wezwanie karetki, ale policjanci tylko się śmiali. Gdy w końcu wezwano karetkę, mężczyzna już nie żył. W pomieszczeniu, w którym zmarł, nie było kamer. Będzie więc kolejna sprawa – słowo kontra słowo.

Inna historia, z Lidzbarka Warmińskiego, skończyła się niczym. Wiadomo, że zatrzymani byli bici przez funkcjonariuszy, że tłuczono ich między innymi pałką po gołych stopach. Tyle że nie udało się ustalić, kto bił. Sprawa stanęła przed Trybunałem Praw Człowieka. Rząd polski zgodził się wypłacić odszkodowanie i na tym się skończyło.

Od zdarzeń w Lidzbarku sytuacja zmieniła się o tyle, że na komendach wydatnie przybyło paralizatorów. Prywatnych, kupionych za własne, ale używanych w czasie służby. Policjanci przyznają, że dla ich przełożonych nie jest to tajemnicą. – Chłopaki się tym nawet chwalą – mówi nasz rozmówca z policji. Paralizatory są, bo funkcjonariusze się boją. Chwytów obezwładniających, wykorzystywania tonfy (rodzaj pałki) uczą się tylko na początku, gdy wstępują do policji, potem muszą sobie jakoś radzić. Nikt już nie sprawdza ich umiejętności w tym zakresie – na obowiązkowych okresowych testach sprawnościowych jest rzut piłką lekarską, a nie ma sprawdzianów z zatrzymania, bezpiecznego obezwładniania. Paralizator, przy braku umiejętności, to droga na skróty. Przy wysokim poziomie lęku czy frustracji to zabójca.

Ostrołęka w Warszawie

Policjanci bronią się, mówiąc, że przy interwencjach decydują sekundy, że łatwo komuś rozliczać ich post factum. Oraz że przemoc jest wpisana w zawód policjanta. – Człowiek, który nie jest w stanie zastosować przemocy, myślę o tych legalnych, usprawiedliwionych okolicznościami środkach przymusu bezpośredniego, nie nadaje się do służby w policji – mówi Piotr Sobota z Biura Rzecznika Praw Obywatelskich. Istotą problemu wydaje się zatem sprawa kontroli nad agresją. A także – kontroli nad policją.

A z tą ostatnią, jak jest, każdy widzi. Weźmy Warszawę. Zatrudniająca 10 tys. osób Komenda Stołeczna Policji uchodzi wśród policjantów (i nie tylko) za najważniejszą w liczącej 100 tys. funkcjonariuszy strukturze. Od kilku miesięcy komendą kieruje 44-letni dr Rafał Kubicki, wykładowca na Wydziale Pedagogicznym Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej w Warszawie. Tytuł doktora nauk humanistycznych w zakresie pedagogiki otrzymał na podstawie rozprawy „Deklarowane systemy wartości, a dokonywanie przez młodzież czynów naruszających normy prawne”. Jego najwyższe dotąd sprawowane funkcje to pół roku (od lipca 2015 r.) na stanowisku zastępcy komendanta komisariatu na Targówku, skąd w marcu 2016 r. awansował na komendanta miejskiego policji w swojej rodzinnej 50-tysięcznej Ostrołęce.

Awanse przebiegały z honorami. Do komisariatu wprowadzał Kubickiego osobiście sam minister spraw wewnętrznych Mariusz Błaszczak, choć to prerogatywa komendanta wojewódzkiego policji. Na uroczystości obecny był poseł PiS Arkadiusz Czartoryski, szef sejmowej komisji spraw wewnętrznych, uchodzący za promotora Kubickiego. Obaj – poseł i szef Komendy Stołecznej Policji – pochodzą z Ostrołęki. Gdy niespełna rok później Kubicki przenosił się do Warszawy, na stanowisko komendanta wprowadzał go wiceminister spraw wewnętrznych Jarosław Zieliński. Zwykle robił to komendant główny policji, ale – jak tłumaczą sobie policjanci stołeczni obecni przy tym wydarzeniu – chodziło o to, żeby było jasne, komu Kubicki zawdzięcza stanowisko.

Jeszcze bardziej spektakularna jest kariera zastępcy Kubickiego. Andrzej Krajewski przez ostatnich 11 lat był oficerem dyżurnym i podczas 12-godzinnych dyżurów w pałacu Mostowskich, siedzibie komendy, nadzorował pracę 10 podległych funkcjonariuszy Stołecznego Stanowiska Kierowania Komendy Stołecznej Policji, którzy m.in. śledzili zapisy policyjnych kamer w stolicy, odbierali wezwania z numeru alarmowego i wydawali dyspozycje do ich realizacji. Jego błyskotliwy awans wiązany jest przez policjantów z aktywnym uczestnictwem dzisiejszego wiceszefa w miesięcznicach smoleńskich na Krakowskim Przedmieściu. To tam Krajewski miał się zapoznać z Jarosławem Zielińskim, jak i podobno samym Jarosławem Kaczyńskim. – Z dyżurnego na zastępcę komendanta? Takiego czegoś nigdy wcześniej nie było – mówi jeden z byłych komendantów głównych policji. – Zawsze była jakaś ścieżka awansowa, po kolei zdobywało się doświadczenie: komisariat, komenda miejska, powiatowa, najpierw jako zastępca, żeby uczyć się od starszego, bardziej doświadczonego szefa, tak że mianowany na wysokie, ważne stanowisko dawał jakiś rodzaj gwarancji, że sobie poradzi. A teraz liczą się tylko znajomości i polityczne poparcie.

Podobnie awansuje się na przykład w Białymstoku. Komendantem wojewódzkim został 41-letni Daniel Kołnierowicz. Najwyższe poprzednie stanowisko to fotel szefa Komendy Powiatowej w Augustowie, miejscu zamieszkania wiceministra Zielińskiego. Oprócz przysługującej mu ochrony BOR w pobliżu domu zwykle stoi radiowóz.

Tak samo jest w całej Polsce; wymianę kadr wojewódzkich przeprowadzono bodaj w 100 proc., wymiana szefów powiatowych i niższych szczebli wciąż trwa. Dziś nawet żeby być naczelnikiem sekcji w komisariacie, trzeba mieć właściwą perspektywę polityczną.

Syców, czyli cała Polska

Opinię publiczną emocjonowały tymczasem scenariusze kadrowe we Wrocławiu. Od razu po śmierci Igora Stachowiaka wiceminister Jarosław Zieliński przyznawał, że policjanci przekroczyli uprawnienia, bo używali paralizatora wobec zakutego w kajdanki, a tego zabrania ustawa o środkach przymusu bezpośredniego – ale odpowiedzialni za to wciąż pracowali na policji. Na koszmarne wrażenie, które zrobiły okoliczności tej śmierci, nałożył się wątek związków policjantów z Beatą Kempą. Media podchwyciły fakt, że choć słynne nagranie z paralizatora, którym rażono mężczyznę, było dobrze znane ministrowi, wrocławski komendant szedł w górę.

Politycy opozycji domagali się odpowiedzi, „czy i jaką rolę odegrały tu osobiste powiązania B. Kempy, bo w tej sprawie pojawiają się dwa istotne nazwiska funkcjonariuszy, którzy szybko awansowali. Obaj pochodzą z miasta rodzinnego B. Kempy, przeszli szybką ścieżkę kariery na stanowiskach komendanta i zastępcy we Wrocławiu. Czy B. Kempa miała wpływ na ich awans zawodowy?”. Beata Kempa od komentarzy się odcięła, nazywając je pomówieniami. Nawet jeśli ważna polityk nie próbowała chronić funkcjonariuszy – swoich krajan, policja ma dziś ogromne problemy wizerunkowe.

Krakowskie od góry

Od kiedy Jarosław Zieliński zarządził, aby każda nominacja wcześniej trafiała na jego biurko do akceptacji, za „swoimi” kandydatami lobbują w ministerstwie lokalni działacze PiS z całej Polski. Policjanci pracują dziś więc pod swojego protektora. W Białymstoku chętnie i bez szemrania wycinali biało-czerwone konfetti, które potem zleceniodawca zadania, naczelnik wydziału prewencji, zrzucał z helikoptera, by uświetnić udział wiceministra Zielińskiego w Święcie Niepodległości w jego rodzinnym Augustowie. Gdy przybycie tegoż wiceministra na konferencję w Białymstoku uświetniał egzotyczny taniec Zespołu Trzeciego Wieku, obok wiceministra z kamienną twarzą siedział komendant wojewódzki Daniel Kołnierowicz, świeżo mianowany generał.

Walczy się o poparcie polityczne, a zwalcza się partyjne frakcje, a to już wyższa szkoła żonglerki. Kołnierowicz z Białegostoku jest faworytem wiceministra Zielińskiego, który widziałby go od dawna na stanowisku komendanta głównego policji. Inaczej Mariusz Błaszczak, ten stoi przy dotychczasowym komendancie głównym. Z kolei obecny komendant – tłumaczą zawiłości obecnej służby policjanci – ma jednego z zastępców z nadania tego drugiego i z nim zwyczajnie nie rozmawia. – Za brak działań zwalnia się z biura kontroli osobę, która nic nie zawiniła w tej sprawie, ale nie ma politycznego poparcia, a nie rusza się tych, którzy zawinili, bo ci mają poparcie Macierewicza. To wszystko działa demoralizująco – mówi osoba znająca kulisy sprawy wrocławskiej.

Wpływ polityki jak nigdy wcześniej wkracza do policyjnej roboty także drogą oficjalną, od góry. Czym innym wytłumaczyć rzucanie tak ogromnych sił do ochrony miesięcznic na Krakowskim Przedmieściu? – Żyjemy od miesięcznicy do miesięcznicy. Po każdej jest chwila oddechu, spokoju, a potem znowu pełna mobilizacja i tak w kółko – opowiada stołeczny policjant średniego szczebla. Liczba policjantów kierowanych na ich ochronę rośnie z każdym miesiącem. W styczniu było 772 policjantów, w lutym 830, w marcu – 986. Ostatnia, czerwcowa miesięcznica była rekordowa pod względem liczby ściągniętych na Krakowskie policjantów. Według danych Komendy Stołecznej Policji było tam ich prawie 2 tys. Ściągnięto posiłki z kraju, a to generuje koszty, bo takich policjantów trzeba przywieźć, wyżywić, gdzieś zakwaterować. Rachunek za ochronę tej jednej miesięcznicy wyniósł prawie pół miliona złotych.

Dla jednego z byłych komendantów najgorsze jest to, czym konkretnie muszą zajmować się policjanci na miesięcznicach. – Widziałem, jak wyszukiwali w tłumie ludzi trzymających w dłoniach białe róże, po to, żeby ich wylegitymować i spisać – opowiada. – Pytam, na podstawie czego? Przecież sens legitymowania istnieje wtedy, gdy są przypuszczenia, że dana osoba jest poszukiwana albo stwarza zagrożenie dla obywateli. A tu jaki jest powód, poza tym, że biała róża to brak poparcia do aktualnie rządzącej partii, i że Kaczyński powiedział, że to symbol nienawiści? Miałem łzy w oczach. Policja cofnęła się o 20 lat. Żal mi tych chłopaków.

Do dziś, od marca – kiedy formalnie objął stanowisko – komendant stołeczny nie przeprowadził jeszcze narady z podległymi komendantami komisariatów, komend powiatowych i rejonowych. Na takiej naradzie przydziela się konkretne działania i potem się z nich rozlicza. Komisariat czy komenda, której podlega teren, na którym jest np. dużo napadów na starsze osoby, dostaje np. polecenie zwiększenia liczby zatrzymań na gorącym uczynku. Wystarczy do tego analiza miejsca, gdzie do napadów dochodzi, i zwiększenie liczby funkcjonariuszy w pobliżu. – To podstawa pracy policji. Przecież na samym ogólnikowym, że policja ma „łapać złodziei i przeciwdziałać przestępczości”, się nie da działać – mówi wieloletni uczestnik takich narad w przeszłości.

W tle jest codzienność. Ponad 10 mln tak zwanych czynności rocznie, w tym ponad 4,6 mln interwencji, prawie 160 tys. zatrzymań sprawców na gorącym uczynku. I nieokreślona, szybko rosnąca liczba paralizatorów, do czego nikt z szefostwa nie ma teraz głowy.

Polityka 26.2017 (3116) z dnia 27.06.2017; Temat Tygodnia; s. 15
Oryginalny tytuł tekstu: "Sparaliżowana policja"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Związki romantyczne: zachowania, które wydają się normalne, a są toksyczne

Zdarza się, że mylimy zachowania, które są do zaakceptowania, z takimi, które stopniowo nasze związki wyniszczają.

Polityka.pl
13.05.2017
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną