Kraj

Unia zła

Czy polexit jest możliwy?

Elektorat oswajany jest z myślą, że wadliwie działająca, pouczająca, „ograniczająca naszą suwerenność” Unia Europejska jest Polsce niepotrzebna. Elektorat oswajany jest z myślą, że wadliwie działająca, pouczająca, „ograniczająca naszą suwerenność” Unia Europejska jest Polsce niepotrzebna. Igor Morski / Polityka
Grunt pod polexit jest przygotowany. Wystarczy dać sygnał.
Minister Jan Szyszko nie chce wstrzymać wyrębu w Puszczy Białowieskiej i odpowiada sądowi: „Nie pozwolimy się obrażać!”.Simona Supino/Forum Minister Jan Szyszko nie chce wstrzymać wyrębu w Puszczy Białowieskiej i odpowiada sądowi: „Nie pozwolimy się obrażać!”.
Polska jako pierwsza w Unii Europejskiej ignoruje postanowienie Trybunału Sprawiedliwości.Mirosław Gryń/Polityka Polska jako pierwsza w Unii Europejskiej ignoruje postanowienie Trybunału Sprawiedliwości.

Artykuł w wersji audio

Polska jako pierwsza w Unii Europejskiej ignoruje postanowienie Trybunału Sprawiedliwości. To precedens, więc nie wiadomo, jak reagować, nie ma tu żadnego skryptu i poradnika. Unia jest przecież dobrowolnym związkiem państw, które zobowiązały się szanować wspólnie ustalone reguły, toteż nie zakłada, że obecni w klubie będą zasady tak ostentacyjnie łamać. A zachowanie Polski jest z innego, na pewno niekooperacyjnego, porządku. Minister Jan Szyszko nie chce wstrzymać wyrębu w Puszczy Białowieskiej i odpowiada sądowi: „Nie pozwolimy się obrażać!”.

Wcześniej Trybunał przychylił się do alarmu Komisji Europejskiej i podejrzewa, że większym zagrożeniem dla puszczy jest polski rząd niż kornik drukarz. Nakazał natychmiast odłożyć piły, przynajmniej do czasu wydania ostatecznego orzeczenia. Tym samym PiS natrafił na kolejny dowód, że jego Polsce z tak złą Unią Europejską niekoniecznie jest po drodze.

Mętnie nieokrzesani

Ciekawe, że na pole ostrego starcia z Unią Europejską PiS wybrał akurat Puszczę Białowieską. Uległ chyba eksperckiemu czarowi Jana Szyszki, sądząc, że minister kontroluje sytuację. W końcu to on często wytyka rozmówcom prawdziwe lub pozorne niedostatki w wykształceniu leśnym, stara się zapędzać dziennikarzy w kozi róg, odpowiadając pytaniem na pytania. W trend ten wpisuje się żądanie odszkodowania dla Polski sięgającego 3,2 mld zł, jeśli Komisja skutecznie zwiąże drwalom ręce, oraz obserwacja (w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej”), że unijni specjaliści odwiedzający puszczę nie potrafią odróżnić kornika od żaby. Mimo, że biolodzy z tytułami publicznie i pod nazwiskiem zarzucają ministrowi kłamstwa, właśnie tak komunikujący się ze światem minister środowiska będzie bronił Rzeczpospolitej przed Trybunałem.

Sprawa jest stosunkowo prosta, werdykt łatwo odgadnąć. Trybunał rozstrzygnie, czy Ministerstwo Środowiska zastosowało prawidłowe działania ochronne, tzn. czy leśnicy mogą ścinać i wywozić świerki zainfekowane przez kornika drukarza, czy wolno im to robić także w chronionych starodrzewach, najcenniejszych przyrodniczo fragmentach puszczy administrowanych przez Lasy Państwowe. Weryfikując, czy metoda ta zgodna jest z zasadami ochrony puszczy jako obiektu europejskiej sieci Natura 2000, sędziowie z Luksemburga odwołają się do najlepszej wiedzy naukowej. A ta podaje w wątpliwość wersję polskiego Ministerstwa Środowiska. Dowodzi, że w lesie zbliżonym do naturalnego trzeba korniki zostawić w spokoju, bo świerki osłabione m.in. zmianami klimatu by sobie nie poradziły, a skoro tak, to niech puszcza regeneruje się samoistnie i w stylu, jaki jej pasuje.

Pozostałe z wcześniej otwartych trzech frontów z Unią Europejską – gwałcony Trybunał Konstytucyjny, podporządkowanie sądów władzy wykonawczej i opór przed pomaganiem uchodźcom – pozbawione są części wad odcinka puszczańskiego. To kwestie fundamentalne, ale mimo wszystko dość abstrakcyjne. Wyrobienie sobie zdania, czy Komisja Europejska, będąca strażniczką przestrzegania prawa europejskiego, słusznie domaga się od Polski powrotu w tych dziedzinach na ścieżkę praworządności, wymaga jakiegoś namysłu, pewnego przygotowania. Co innego obraz najcenniejszego lasu Europy dewastowanego maszynami ścinkowo-przerzynająco-okrzesującymi, co dokumentują często zaglądający na miejsce zagraniczni dziennikarze. Niemniej i z puszczy, i z ulic, na których tysiące demonstrowały przeciw zamachowi na sądy, szerokim strumieniem płyną niepokojące sygnały o nieokrzesaniu polskiego rządu.

Mogą nam skoczyć

Tygodnik „The Economist”, z 1,5 mln czytelników na wszystkich kontynentach, pisząc o pisowskim przejęciu sądów powszechnych, sięga po język rezerwowany raczej dla republik bananowych lub opisu dyktatur w środkowoazjatyckich „stanach” (używając w odniesieniu do Jarosława Kaczyńskiego słowa „paranoja”). Zachodnią prasę, m.in. dziennik „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, żywo interesują niejasne powiązania Antoniego Macierewicza z Rosjanami, co nagłośnił w swej książce Tomasz Piątek – w wersji rządu atak mediów niemieckich inspirują sami Rosjanie.

Być może wizerunek kraju za granicą nie jest najważniejszy, choć tworzy atmosferę. Na jej podstawie podejmuje się tak banalne decyzje, jak kierunek wyjazdów wakacyjnych, i te bardziej poważne, choćby o szukaniu partnerów w biznesie czy lokowaniu inwestycji. Szacując ryzyko zaangażowania w Polsce, trudno nie brać pod uwagę hipotetycznego polexitu, a w krótszej perspektywie sytuacji, gdy spory będą rozstrzygać sądy uzależnione od kaprysów polityków, którzy nie kryją nienawiści do szeregu krajów i traktują pochodzące z nich firmy jako agentów sił dybiących na Polskę.

Nieoczekiwanie PiS otworzył jeszcze jeden front. Całkiem serio powrócił do uśpionego przez lata żądania reparacji wojennych od Niemiec. W lipcu odgrzał je Jarosław Kaczyński w przemówieniu na partyjnym zlocie w Przysusze, później werwy żądaniu dodały sierpniowe obchody rocznicy wybuchu powstania warszawskiego. Wyścig na przykładanie Niemcom poszedł na żywioł. Kibice warszawskiej Legii w patriotycznym odruchu poczuli się w obowiązku, by przed meczem piłki nożnej z mistrzem Kazachstanu przypomnieć liczbę ofiar zgładzonych przez Niemców w powstaniu. A wiceminister obrony narodowej Bartosz Kownacki radził podczas bydgoskich obchodów 1 sierpnia, by dzieci i wnuki tamtych zwyrodnialców zamilkły, aby „nie pouczały nas, czym jest demokracja”. Następnie zaprosił zgromadzonych do tworzenia wspólnoty narodowej przez śpiewanie powstańczych piosenek.

Pomysł, że przynależność do narodu niemieckiego odbiera prawo głosu, jest już eksploatowany. W styczniu zeszłego roku minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro wysłał do komisarza z Niemiec Günthera Oettingera list z takim fragmentem: „jestem wnukiem polskiego oficera, który w czasie II wojny światowej walczył w podziemnej Armii Krajowej z niemieckim nadzorem”. Stąd zwolennicy polityki rządu mają naturalny odruch, by rys niemieckości przydać m.in. pilnującemu praworządności w Unii wiceprzewodniczącemu Komisji Europejskiej Holendrowi Fransowi Timmermansowi, nazywanego Hansem lub Zimmermanem. Konsekwencji z jakiejkolwiek strony trudno się spodziewać, bo – jak skrótowo opisuje nastroje władzy Łukasz Warzecha w „Do Rzeczy” – „Timmermans i inni obrońcy demokracji mogą nam skoczyć”.

Timmermans, szef Komisji Jean-Claude Juncker i sama KE stali się dla obrońców PiS symbolem złej Unii m.in. dlatego, że do obrony praworządności w Polsce zostali wypchnięci przez unijne rządy, które bardzo długo się do tego nie paliły. Publiczne milczenie Berlina przyjmowano w Brukseli ze zrozumieniem, argument o autocenzurze ze względu na zaszłości historyczne wciąż obowiązuje. Jednak w otoczeniu Timmermansa utyskiwano, że gdy z różnych stolic słychać było zakulisowe zachęty, aby Komisja działała, to jedynym zagranicznym przywódcą publicznie broniącym polskiego Trybunału Konstytucyjnego był prezydent Barack Obama. „Zrzucenie odpowiedzialności na Timmermansa i Junckera na razie pomaga nam w unikaniu awantur z Polską na spotkaniach ministrów i premierów” – tłumaczył ostatniej wiosny dyplomata zachodniego kraju UE.

Europa to nie supermarket

Niewykluczone, że rząd polski wziął to wypchnięcie Timmermansa i Junckera do pierwszego szeregu za ich trwałe osamotnienie. Duże było zatem w maju zdumienie Warszawy, gdy ministrowie z większości krajów UE poparli Komisję podczas zamkniętej dyskusji Rady UE o praworządności w Polsce. Polski MSZ nie spodziewał się, że po prezentacji Timmermansa wywiąże się jakakolwiek dyskusja. Brukselską dynamikę mocno zmieniła także wygrana Emmanuela Macrona i jego „Europa to nie supermarket”, najgłośniejsze sformułowanie z wywiadu, w którym prezydent Francji oskarżył naszą część Unii o łamanie wartości i dobieranie sobie z UE tylko tego, co rządowi pasuje.

Gdy o supermarket spytano kanclerz Angelę Merkel, odpowiedziała, że popiera Komisję wzywającą do przestrzegania zasad państwa prawa, dodając, że w tej kwestii stanowiska Niemiec i Francji są tożsame. W Unii odebrano to jako przejaw podziału zadań w duecie Berlina (bardziej powściągliwego w otwartym krytykowaniu Polski) oraz wygadanego Paryża, stanowczo wspierającego teraz Komisję. Ostatnie zakusy PiS na sądownictwo uśmierciły już w Brukseli nadzieje na rychłą normalizację stosunków z Polską, a także spotęgowały strach Zachodu przed odchodzeniem dużego kraju Unii od demokracji. Wsparcie ze strony kluczowych krajów Unii pomogło też Komisji w podjęciu błyskawicznych działań. Na wniosek Junckera i Timmermansa nie tylko nasiliła działania w postępowaniu na rzecz praworządności i zagroziła sięgnięciem po art. 7, zakładający zawieszenie prawa do głosowania w Radzie UE, ale też użyła własnego narzędzia i wszczęła postępowanie dyscyplinujące w sprawie ustawy o ustroju sądów powszechnych.

Decyzja, by mimo podwójnego weta prezydenta Andrzeja Dudy wobec ustaw o sądownictwie jeszcze w lipcu wzmóc presję na Polskę, nie była zwykłą wypadkową procedur Komisji, lecz miała charakter polityczny. „Dajemy Polsce miesiąc na rozwiązanie problemów” – ogłosił Timmermans w ostatnim tygodniu lipca. W Brukseli dominowało wtedy przekonanie, że nagradzanie Dudy przez łagodzenie tonu albo odwlekanie działań wobec szkodliwych ustaw równałoby się wchodzeniu Brukseli w wewnątrzpolskie rozgrywki. A to bardziej ryzykowne, zakładano, od twardego przypomnienia obiektywnych wymogów niezawisłego sądownictwa i domagania się, by Polska się do nich stosowała. Niemała część Brukseli wyczekuje, by – jeśli Polska nie ustąpi – również sprawa spornej ustawy o sądach powszechnych jak najszybciej trafiła do Trybunału Sprawiedliwości UE. Liczą, być może daremnie, że oddanie rozstrzygnięcia w ręce najwyższego unijnego sądu nieco odpolityczni spór z Polską. Nie będzie już tylko złej „Brukseli” z Junckerem i Timmermansem, bo na placu pozostanie luksemburski Trybunał, powszechnie respektowany przez rządy i biznes.

Ta zła Bruksela

Stolica Belgii mieści parę kluczowych instytucji UE, ale Brukselą najczęściej nazywana jest Komisja Europejska, władza wykonawcza z prawem do inicjatywy prawodawczej, strzegąca unijnych przepisów, bez których nie mógłby działać m.in. jednolity rynek wewnętrzny Unii. Komisja zarządza codziennymi sprawami Unii i regularnie zbiera cięgi za jej błędy. Rzeczywiste sukcesy Unii zwykły sobie przypisywać poszczególne rządy państw członkowskich.

W samej Komisji do pilnowania unijnych reguł zaprzężone są tysiące ludzi, i mają co robić. Tylko w lipcu w comiesięcznym tzw. pakiecie naruszeniowym ogłoszono ponad 80 decyzji dotyczących różnych etapów procedur dyscyplinujących (postępowań o uchybienia ze strony państwa członkowskiego). Ponad 120 postępowań zamknięto, a dziewięć spraw skierowano do Trybunału Sprawiedliwości UE w Luksemburgu – np. przeciw Belgii i Chorwacji z powodu niewdrożenia unijnych przepisów o szerokopasmowym internecie. Zdecydowana większość postępowań dyscyplinujących dotyczy, jak w przypadku wyrębu w Puszczy Białowieskiej, kwestii oczywistych.

Komisja to nie jest zwykły urzędniczy regulator, bo 28 komisarzy UE, po jednym z każdego kraju członkowskiego, to przeważnie politycy. Obejmując swą funkcję, ślubują troszczyć się o dobro całej wspólnoty, a nie reprezentować partykularne interesy krajów pochodzenia, ale nikt nie oczekuje od nich wypisywania się z partii politycznych. I jako politykom przysługuje im pewien margines swobody przy procedurach dyscyplinujących. Moja Komisja będzie bardziej polityczna – obiecywał Juncker już na początku swej kadencji w 2014 r.

Świeżym przykładem reagowania na polityczne impulsy jest m.in. kwestia podwójnej jakości towarów, żywności czy proszków do prania sprzedawanych w różnych krajach UE pod tą samą marką. Rzecz ważna zwłaszcza w państwach z najmłodszym stażem w Unii, bo urasta ona do rangi symbolu dyskryminacji mniej zamożnych konsumentów przez zachodnie koncerny – jeszcze przed dekadą Komisja wolała omijać ten problem z daleka (i istotnie ma tu niewielkie uprawnienia). Bardziej dobitnym przykładem na polityczny charakter Komisji były osobiste apele Timmermansa, za sprawą których Komisja przez kilka miesięcy zwlekała z wszczęciem postępowań wobec Polski i Węgier za sabotowanie unijnego rozdzielnika uchodźców. Ostatecznie procedury dyscyplinujące zatwierdzono w czerwcu (objęto nimi także Czechy), bo Komisja nie mogła już dłużej zwlekać. Warszawa i Budapeszt nie ustępowały (wystarczyłoby przyjęcie choćby 50 osób), a zbyt długie unikanie nowych zadrażnień z Polakami o uchodźców coraz bardziej irytowało m.in. Włochów, przyjmujących większość migrantów. Żądali od Komisji rzetelnego egzekwowania rozdzielnika, od decyzji Rady UE z 2015 r. będącego prawem unijnym.

Bez komórki

Rządom, choćby ze względów praktycznych, wypada być w przynajmniej poprawnych stosunkach z Komisją. Gdy przygotowywany przez nią pomysł zmiany prawa szczególnie mocno uderza w interesy danego kraju, czasem jego premier chwyta za telefon i próbuje przekonywać komisarzy UE do zmian łatwiejszych do wprowadzenia na tym etapie. Premier Beata Szydło ma w takich zabiegach skromniejsze szanse: gdy w 2016 r. chciała po raz pierwszy zadzwonić do Timmermansa, okazało się, że polski ambasador przy UE Jarosław Starzyk ma kłopot z uzyskaniem jego numeru telefonu komórkowego.

Szydło w rozmowach z polityczną Komisją nie potrafi na przykład rozmiękczyć postulatu Junckera – taka sama praca za tę samą płacę w tym samym miejscu – co uderza w polskich pracowników delegowanych. Choć za pomocą procedur dyscyplinujących wobec Niemiec, Francji i Austrii Komisja broni polskie firmy transportowe przed jednostronnym nakładaniem wymogu zachodniej płacy minimalnej, to pod naciskiem Paryża już przygotowała projekty przepisów, które – jeśli wejdą w życie – zwiększą wymogi płacowe wobec firm oddelegowujących ludzi do pracy na Zachodzie.

Pewien margines politycznej swobody Bruksela zachowywała w przypadku dewastowania Trybunału Konstytucyjnego przez pisowską władzę w Polsce. Złamało to podstawowe wartości traktatowe, ale w Unii nigdy tych wartości nie przełożono na szczegółowe przepisy o ochronie sądów konstytucyjnych, a właśnie takie przepisy są standardową podstawą w procedurach dyscyplinujących. Komisja sięgnęła zatem po bardzo miękki instrument – postępowanie na rzecz praworządności, które w istocie jest zaledwie uporządkowaną wymianą listów, zaleceń, opinii, a ponadto ewentualną przygrywką do, dotyczącej naruszeń praw podstawowych, procedury z art. 7 Traktatu o UE.

Sęk w tym, że do nałożenia kar w ramach art. 7 trzeba obecnie nieosiągalnej jednomyślnej deklaracji wszystkich krajów UE. Węgierski premier Viktor Orbán obiecuje weto, a wierna unijnym procedurom Komisja od początku sporu z Polską odrzucała pomysły na prawnicze sztuczki z jednoczesnym głosowaniem Rady Europejskiej nad naruszeniami na Węgrzech i w Polsce, by oba kraje nie mogły wzajemnie bronić się wetami. Zresztą zarówno Juncker, jak i Timmermans są przeciwnikami wysuwanej w Berlinie idei odbierania funduszy unijnych za łamanie praworządności.

Trzecia kotwica

Otwierając tyle frontów naraz, zwłaszcza mając za nic Trybunał Sprawiedliwości, Polska wkracza na niezbadane terytoria. Nie nadaje się na przewodnika po nich Viktor Orbán, po prostu nigdy tam nie zawędrował. Zdzisław Krasnodębski, europoseł PiS i jeden z ideologów partii, wytyka jej brak elastyczności Orbána, który przy swoim zamachu na sądy podporządkowywał się unijnym wskazówkom. Tymczasem PiS dąży jedynie do eskalacji, nie szuka porozumienia, przez co odbiera sobie pole manewru – im dalej się zapędza, tym trudniej będzie mu ulec napomnieniom Komisji. Tyle że Orbán jest we względnie komfortowej sytuacji, bo sam jest liderem swojego obozu politycznego i nie musi konfrontować się z będącą od lat w rozsypce węgierską opozycją.

Co innego PiS w Polsce: pani premier bywa w Brukseli z racji pełnionej funkcji rządowej, natomiast Jarosław Kaczyński, rzeczywisty autor pisowskiej polityki, poznaje świat zewnętrzny głównie z drugiej ręki i w rozkładzie swoich europejskich sympatii, a częściej antypatii, zdaje się kierować również emocjami pod adresem przewodniczącego Rady Europejskiej Donalda Tuska. Przy okazji przesłuchania w polskiej prokuraturze Tusk stwierdził, że polexit staje się prawdopodobny. Nawet nieprzychylni mu komentatorzy złapali się za głowy, uznając, że nie wypada mu głośno wypowiadać takich ostrzeżeń, bo mogą się one zamienić w samospełniającą się przepowiednię.

Wyrzekanie rządu na Unię trwa od początku kadencji. Wygląda to na spektakl dla polskich wyborców, ma być trzecią, po 500+ i straszeniu uchodźcami, kotwicą stabilizującą poparcie wśród skłonnych zagłosować na Prawo i Sprawiedliwość. Elektorat oswajany jest z myślą, że wadliwie działająca, pouczająca, „ograniczająca naszą suwerenność” Unia Europejska jest Polsce niepotrzebna. Pieniądze, które na razie płyną w ramach funduszy strukturalnych, i tak się nam należą, tyle że wypłacą je bezpośrednio – w ramach wojennych reparacji – Niemcy.

Dekoracje do polexitu już stoją, strzelba jest nabita, wystarczy dać sygnał. Opuszczenie Unii Europejskiej będzie zresztą naturalną konsekwencją namysłu strategicznego snutego przez ideologów „dobrej zmiany”. Jakoś tak już jest, ta prawidłowość zadziałała w latach 2005–07, że w epoce rządów Prawa i Sprawiedliwości rozmaici myśliciele roztaczają fantastyczne wizje rozwoju Polski, budowane na założeniach, że prędzej czy później Polska, by zachować niezależność, będzie musiała zbudować własne imperium, które nie spodoba się naszym sąsiadom, w tym Niemcom. A Unia jest wehikułem niemieckich interesów.

Dlatego wyjście z krępującej Unii jest nieodzowne, powinno nastąpić tuż przed niechybnym upadkiem zniewieściałego Zachodu, co będzie następowało wraz z oderwaniem się od chrześcijańskich korzeni naszej cywilizacji i islamizacją kontynentu. Podobnej retoryce sprzyja kalendarz. Niebawem czeka nas nie tylko stulecie odzyskania niepodległości, ale także 250. rocznica konfederacji barskiej, z woli Sejmu patronki 2018 r. PiS zadba, by widzieć w niej nie tylko pierwszy zryw polskiego republikanizmu, ale przede wszystkim ruch w obronie wiary katolickiej, powstanie przeciw obcemu protektoratowi domagającemu się zwiększonych praw dla innowierców. Podobieństwa są przecież oczywiste.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Pokolenie iGen: jakie jest i co mu zagraża

Przedstawiciele młodego pokolenia iGen nie wyobrażają sobie życia bez stałego kontaktu z całym światem, który jest zamknięty w małym pudełeczku, na dodatek w kieszeni – mówi dr Tomasz Grzyb, psycholog, profesor na Uniwersytecie SWPS we Wrocławiu.

Teresa Olszak
25.05.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną