Kraj

Koniec tej demokracji

Jan Hartman: To już koniec tej demokracji

Prof. Jan Hartman Prof. Jan Hartman
Zły system może trwać. Ja wierzę w dwie rzeczy.
„Demokracja z zasady jest tylko dla chętnych”.Hannamariah/PantherMedia „Demokracja z zasady jest tylko dla chętnych”.
„Rosną ogólne zasoby inteligencji, krytycyzmu i kreatywności. Dają one tak gigantyczną społeczną przewagę nad reakcyjnym państwem Macierewicza, Kaczyńskiego, Ziobry, że nie ma szansy, by sitwy złożone z nieuków i cwaniaków mogły na dłuższą metę wygrać”.Krystian Maj/Forum „Rosną ogólne zasoby inteligencji, krytycyzmu i kreatywności. Dają one tak gigantyczną społeczną przewagę nad reakcyjnym państwem Macierewicza, Kaczyńskiego, Ziobry, że nie ma szansy, by sitwy złożone z nieuków i cwaniaków mogły na dłuższą metę wygrać”.
materiały prasowe

Jacek Żakowski: – Co dolega demokracji?
Jan Hartman: – Spełniła się. Nie jest już ideałem ani obietnicą. Została przejęta przez demos i stała się taka jak on.

Taka jak społeczeństwo? Lud? Motłoch?
Taka jak społeczeństwo, które stało się bezklasowe, czyli w sensie politycznym amorficzne, bezkształtne, pozornie w pełni egalitarne. Idea demokratycznej równości została zrealizowana w kolejnych emancypacjach. Ludzie stracili respekt dla hierarchii i władzy, który skłaniał większość do głosowania na mądrzejszych, bardziej kompetentnych. Teraz ludzie wybierają takich, jacy sami są.

A są kiepscy?
Ludzie są, jacy są. Ale w organach wybieralnych coraz więcej jest ludzi przeciętnych, a coraz mniej wybitnych. W egalitarnym świecie elitarność stała się podejrzana. Egalitarna kultura nie ufa elitom, więc ich nie wybiera.

Może dlatego demokracje przegrywają teraz z systemami niedemokratycznymi. Co z tym można zrobić?
Nic. Trzeba chronić nisze kompetencyjne, czyli stanowiska, na których wymagane są przynajmniej formalne, merytorycznie, a nie demokratycznie weryfikowane kompetencje.

Wyjąć z demokracji część rzeczywistości?
Chronić przed wpływem demokracji bezpośredniej. Tak jak się tradycyjnie chroni uniwersytety i sądy oparte na korporacyjnej hierarchii i demokracji. Władza ustawodawcza, mająca pełny demokratyczny mandat, ustanawia w demokracjach prawa, a ich wdrażanie należy do władzy sądowniczej, rządzącej się zasadami demokracji wewnętrznej i zorganizowanej wedle wewnętrznej hierarchii. Podobnie jest w nauce, medycynie, sztuce, gospodarce, administracji publicznej. Demokracja jest prawdopodobnie najlepszym znanym nam sposobem wyłaniania władzy politycznej, ale nie jest dobrym sposobem wyłaniania i budowania elit profesjonalnych w chirurgii, fizyce, zarządzaniu firmami. Tu potrzebne są inne mechanizmy.

Nie tylko w Polsce są one kwestionowane. Ministrowie chcą wyznaczać sędziów, dyrektorów teatrów i stadnin, reżyserów tworzących spektakle i filmy.
Demokracja nie jest systemem skuteczniej niż inne systemy gwarantującym jakość kadr państwowych. Od wykształcenia wyborców, ich zaangażowania, kultury zależy, czy udaje się mniej lub bardziej uzyskiwać efekt arystokratyczny.

Jaki?
Arystokratyczny, czyli elitarny – pozytywną selekcję kadr na różnych poziomach. To na ogół lepiej się udaje w starych demokracjach, które się wyłaniały stopniowo, bo tam funkcjonują mechanizmy, dzięki którym różne sfery życia są w rękach specjalistów.

Czyli establishmentu nazywanego przez nowych demokratów układem, bo zwykle ma swoje cele, które nie zawsze są spójne z interesami ogółu?
Żaden społeczny mechanizm nie jest idealny. Ale jeżeli zdezawuujemy wszystkie wewnętrzne hierarchie i kryteria awansu związane z przynależnością do różnych profesjonalnych grup, to zamiast demokracji stworzymy ochlokrację, czyli tyranię większości.

Demokracja musi mieć granice?
Demokracja musi mieć przymiotniki. Demokracja bezprzymiotnikowa zamienia się w przemoc woli. Takiej demokracji nikt naprawdę nie chce, ale nie wszyscy zdają sobie z tego sprawę.

Jarosław Kaczyński chce. Mówi, że demokracja to rządy większości.
Wybory większościowe są w demokracji ważne, ale demokracja chroni też równość i wolność. Dobra demokracja musi być projektem zrównoważonym.

A jak większość nie chce demokracji, która równoważy jej wolę?
Każda demokracja jest zawsze zagrożona populizmem, demagogią, tyranią większości, manipulacjami trybunów ludowych zdolnych pobudzić w ludziach najgorsze uczucia i nimi manipulować. Dlatego dobra demokracja musi być sprzężona z zasadą rządu ograniczonego.

Ograniczonego przez?
Konstytucję, tradycję, kulturę, zwyczaje. Prawa jednostek i mniejszości muszą być nienaruszalne niezależnie od tego, jak głupi rząd może być wybrany.

A jeśli większość nie chce? W starożytnym Rzymie lud i senat wolał Cezara obiecującego darmowy chleb dla każdego od Cycerona, który bronił demokracji.
Taka demokracja woluntarystyczna, kierująca się tylko wyborami większości, zawsze szybko przeradza się w tyranię. Starożytna demokracja grecka też upadła dlatego, że oligarchowie wynajmujący retorów jako demagogów publicznych doprowadzili do paraliżu państwa i społeczeństwa.

Tak było w rewolucyjnej Rosji, w Niemczech lat 30...
…tak było dziesiątki razy od paru tysięcy lat. Demokracja bezpośrednia, uzależniona od siły manipulacyjnej trybunów ludowych, najgorzej chroni państwo przed niekompetentnymi kadrami i zwykle jest łabędzim śpiewem demokracji. To się przeważnie zaczyna od ataku na powszechnie uznaną hierarchię społeczną, która stabilizuje państwo. Kiedy demokracja doprowadza do tego, że ludzie czują się naprawdę równi i odrzucają wszelki elitaryzm, te nieformalne, społeczne, tradycyjne mechanizmy stabilizujące słabną, władza trafia w ręce osób wybranych, ale nieprzygotowanych, i zaczyna się katastrofa. Tak jest teraz.

Czyli demokracja pożera demokrację? I co teraz?
Trzeba pracować nad upowszechnieniem kultury demokratycznej na wszystkich szczeblach i obszarach życia społecznego. Ludzie muszą nauczyć się interesować i opiekować sprawami wspólnymi.

Większości ludzi się nie chce.
We wschodniej Europie się nie chce. Na zachodzie i północy się chce.

Też mniej. Czuję idealistyczną fikcję. Największy poważny dziennik w Polsce sprzedaje średnio 100 tys. egz. To jest warstewka cieńsza niż naskórek ponad 30-milionowego państwa.
Ideały polityczne przestały ludzi napędzać. Ludzie do partii już się nie zapiszą, ale zapisują się na portale społecznościowe. Tam są. I tam trzeba teraz budować demokrację. Nie czytają gazet, ale czytają Facebooka. Stamtąd, już nie z gazet, musi przyjść nowa demokracja.

„Musi” a „przyjdzie” to jednak co innego. Wiemy, że historycznie wszystkie systemy się kończą. Starożytne demokracje padły. Imperia, które je obaliły, też padły. Feudalizm po rewolucji przemysłowej padł. XIX-wieczna demokracja elitarna, w której pełnia praw przysługiwała kilku czy kilkunastu procentom, padła. Może nasza masowa demokracja, dająca wszystkie prawa wszystkim, też pada.
Równość stała się faktem. Każdy ma pełnię praw. Motywacja do praktykowania liberalnej demokracji osłabła. Potrzebujemy zmiany ustrojowej. Zwłaszcza że państwo, rozdając prawa, które ma gwarantować, i obietnice, z których ma się wywiązać, jednocześnie pozbawiło się możliwości ich realizowania. Im mniej państwa mogą, tym więcej obiecują. To jest pułapka.

Teraz państwa próbują się odradzać i wzmacniać. Brexit, Trump ze swoim murem, Orbàn z eurofobią, Putin walczący z okcydentalizmem, Kaczyński i jego ksenofobia – postulat wzmacniania państwa słychać wszędzie.
To się nazywa reakcja. Ilekroć jakaś formacja historyczna słabnie, zawsze spina się w sobie, próbuje się zradykalizować i zahamować procesy, które ją osłabiają. Im bardziej państwa narodowe będą się teraz srożyły, tym bardziej widoczna i destrukcyjna stanie się ich bezsiła. To jest groźny etap, ale efemeryczny w historycznym sensie.

Skąd wiadomo, że demokracja nie jest efemeryczna?
Jeśli demokracja jest dziejową efemerydą, to w sensie ludzkim raczej długotrwałą. Starożytna demokracja grecka trwała 200 lat. Republika rzymska ponad 400 lat. W obu przypadkach najpierw oligarchia przejęła nad demokracją kontrolę, manipulując masami, a potem uznała, że już nie potrzebuje demokratycznej legitymizacji i może wrócić do starego autorytarnego ładu.

Koncentracja bogactwa sprawiła, że demokracja przestała być potrzebna, bo zamiast przekonywać, można było kupować i korumpować wyborców? Trochę tak jak teraz.
I podobnie jak teraz ludzie poczuli się tak dobrze, że zapomnieli, dlaczego ich przodkowie walczyli o republikę. Teraz też, gdy projekt demokratyczny został zrealizowany, ludziom się wydaje, że ich prawa i wolności są czymś naturalnym. Dlatego nie przywiązują wagi do ładu konstytucyjnego.

Czy popełniliśmy błąd, np. nie praktykując mikrodemokracji w szkołach?
Lekceważyliśmy wychowanie obywateli. Ale też polska walka o wolność historycznie odnosiła się do wolności narodu, a nie do wolności obywatelskich.

Bo mieliśmy powstania narodowe, a inni swoją wolność zdobywali w krwawych rewolucjach?
Zachodnie demokracje rodziły się po wojnach domowych, a nasza dwa razy spadła z nieba. Ale proces wyczerpywania społecznych zasobów konstytucyjnej demokracji ma charakter globalny. W większości państw Zachodu konsens wokół konstytucyjnych wartości demokratycznych słabnie. Trzeba przejść do jakiejś postetatystycznej formy zakorzeniania i egzekwowania praw.

W jakim sensie postetatystycznej?
W takim, że demokratyczne relacje muszą być praktykowane na bardzo różnych polach życia społecznego. To trzeba robić na co dzień. Nie tylko przy urnach wyborczych. Dotąd demokratyczny habitus związany był ze społeczeństwem obywatelskim. A ono umiera razem z demokratycznym państwem i jego otoczką w formie organizacji pozarządowych. W tym sensie historycznie ten system jest nie do obrony. Musimy stworzyć nową demokrację.

Kaczyński to wie i dlatego przyspiesza upadek starej demokracji?
Nie wie. On jest częścią wyzwania, a nie rozwiązaniem.

To jakie jest rozwiązanie?
Jesteśmy na początku świata internetowego. Nie wiemy, jaki ład się w tym nowym świecie wyłoni. Ale tym bardziej trzeba od początku praktykować w nim demokratyzm – dyskutować, testować różne systemy podejmowania decyzji z udziałem głosowania. Choćby na Facebooku. Może w przyszłości te demokratyczne nawyki internetowych społeczności wykształcą postobywatela zdolnego realnie praktykować jakąś postdemokrację.

Bez państwa?
Wyobraźmy sobie postobywatela, którego postdemokratyczna aktywność nie będzie związana z wyłanianiem władzy, ale z codzienną prostą praktyką społeczną. Możemy mieć w telefonie demokratyczne aplikacje związane z naszą okolicą, ze środowiskiem pracy, z zainteresowaniami. Jeżeli będziemy mieli nawyk takiego uczestnictwa albo nawet jakiś wewnętrzny przymus bycia w takiej wspólnocie, to w naturalny sposób jej codzienne życie stanie się demokratyczne. Kiedy nauczymy się korzystać z takich aplikacji w sposób prowadzący do podejmowania decyzji…

Komu się będzie chciało?
Ludziom chce się zajmować własnymi sprawami. A jeżeli nauczą się, że własne sprawy mogą tak załatwiać, będą też umieli zachowywać się społecznie i demokratycznie w różnych szerszych wymiarach.

Po co? Sam dam radę.
Demokracja z zasady jest tylko dla chętnych. Chodzi o to, żeby możliwie wielu potencjalnie chętnych rozumiało, czym jest dobra demokracja, po co jest zasada ograniczonego rządu i idea konstytucyjna, żeby rozumieć, że demokracja pojmowana tylko jako rządy większości jest złym, opartym na przemocy ustrojem. Populiści zawsze wykorzystywali to, że prości ludzie, którzy nie mają codziennych demokratycznych doświadczeń, rozumieją z demokracji tylko władzę większości. Dobra demokracja wymaga subtelności i musi być elitarna.

W sensie?
Polityka w ogóle jest działalnością elitarną. Większość nigdy nie jest politycznie aktywna. Ograniczenia są m.in. po to, żeby chronić też prawa nieaktywnych. Większość zawsze będzie korzystać z demokracji, praktycznie nie biorąc w niej udziału. Aktywna mniejszość musi zatroszczyć się o utrwalenie wolności i praworządności dla wszystkich.

Powtarzam fundamentalne pytanie: jak to zrobić, żeby wybierano mądrych i dobrych, a nie złych i głupich?
Kontrakt społeczny XX-wiecznych demokracji na tym właśnie polegał, że ogół wybierał władzę z różnych grup „mądrzejszych”. A populiści to zakwestionowali i teraz ludzie wybierają sprytniejszych, a niekoniecznie mądrzejszych.

To koniec demokracji?
Koniec liberalnej demokracji, jaką znamy. Narody ją pożegnały i teraz chodzi o to, żeby uniknąć regresu ku ochlokracji i zwykłej dyktatury.

Na razie ku temu idzie.
To jest okres przejściowy, w którym musimy zbudować inną formułę ochrony wolności i równości opartą na obywatelskiej aktywności. Laboratorium, z którego wyłoni się ta nowa formuła, jest internet i życie społeczne online.

To się jakoś potwierdza? Na pierwszy rzut oka w internecie są tylko społeczności oddzielane wysokimi murami. One nie tworzą społeczeństw.
I nie stworzą. Społeczeństwo jako powszechna jedność jest XIX-wieczną fikcją. Podobnie naród. Nigdy się nie udało zbudować prawdziwej wspólnoty ze wszystkich ludzi zamieszkujących jakieś terytorium albo mówiących tym samym językiem. Oparte na tych fikcjach państwa narodowe stały się cywilizacyjnie bezradne.

Ziobro i Macierewicz by polemizowali.
To są anachroniczne mrzonki. Tacy demagodzy zabierają wolność, żeby wzmocnić państwo, a ceną jest przyspieszenie rozkładu państwa, które przegrywa z korporacjami i wielkimi trendami, bo ma kiepski dostęp do dobrych kadr i szybciej psuje się od środka.

Najpierw wygłodzili je neoliberałowie, a teraz degenerują je konserwatyści?
Państwa wpadają w łapy obiecujących cofnąć czas tradycjonalistów, którzy nie wiedzą, co robić, bo nie rozumieją nowej rzeczywistości. Sięgają do brzmiących dziś groteskowo najbardziej anachronicznych, reakcyjnych, państwotwórczych dyskursów z XIX w.

Jednych korumpują, drugich zastraszają, wszystkim sprzedają mrzonki o zawróceniu czasu, w które część z nich może nawet wierzy. Dokładnie tak populorzy wspierający Cezara obalili republikę w Rzymie.
I jest pytanie, co dalej.

Dalej było jakieś 1800 lat bez demokracji, nie licząc wyspowych miast-państw.
Nie można wykluczyć, że państwa, które nadchodzą, też będą przez społeczeństwo słabo kontrolowane, więc niedemokratyczne. Ale już teraz ogromna większość naszego życia toczy się daleko od pola widzenia i interwencji państwa. Cały lifestyle i rosnąca część pracy dla państwa są niewidoczne.

Wstające z kolan państwa chcą właśnie wniknąć w te sfery.
Ale nie umieją i nie dadzą rady. Społeczeństwa się demokratyzują, kiedy omijają skostniałe struktury państwowe. Im bardziej państwa są anachroniczne, tym większa jest skala tego omijania i rośnie sfera realnej wolności.

Nasze doświadczenie jest inne. Od upadku rządu Mazowieckiego sfera wolności się kurczy, a przybywa zakazów, nakazów i państwowej kontroli.
Tu wyłania się nowy kontrakt społeczny. Nowe mieszczaństwo rozumie, że jego realne życie nie jest polityczne. Polityczność nie jest już najwyższą formą życia. Najwyższą formą życia staje się styl życia. Nowe mieszczaństwo nie chce żyć polityką, chce żyć obok polityki, która z jednej strony będzie chroniła nasze rozmaite prawa i interesy, a z drugiej pozwoli realizować nasz indywidualny styl życia. To jest liberalne, ale nie libertariańskie, czyli nie antypaństwowe. Państwo jest nowym mieszczanom potrzebne, by gwarantowało, że mogą żyć, jak chcą.

Jak Kaczor nie wjedzie na Zbawiksa, to cool?
Można by to tak strywializować. Społeczeństwo postpolityczne staje się siłą polityczną o tyle, że jest gotowe bronić – także za pomocą regulacji państwowych – tego, co dla nas najważniejsze. A najważniejszy jest kokon naszych przyjemności. Otaczanie się różnymi wygodami, więziami, bezpieczeństwem, które są uwarunkowane naszymi kompetencjami. Każdy chce mieć przyjemne mieszkanie, sensowną pracę, otaczać się przyjaciółmi i jeździć na wakacje.

A pani sędzia Gersdorf niech sobie sama radzi.
Chyba że atak na nią zrozumiemy jako zagrożenie dla naszych kokoników. Wtedy filister i oportunista, w którym za grosz nie ma poczucia obywatelskiego, gotów jest bardzo dużo zrobić, żeby ratować swój status i styl życia. Nawet w skorumpowanych przez dobrobyt masach tkwi potencjał protestu. Siedzimy w tych naszych mieszkaniach zadowoleni, że się wyrabiamy z kredytem, mamy fajną pracę, przyjaciół, rodzinę i nie angażujemy się w nic, bo pochłania nas budowanie mikrocywilizacji w granicach własnego domu. Ale gdy ktoś próbuje wejść nam w to z buciorami, to nagle stajemy się wściekłymi lwami.

Nie ma stanów pośrednich między obojętną społeczną biernością a polityczną furią?
W takim postspołeczeństwie zasadniczo nie ma. Polityką zajmują się polityczni profesjonaliści i na co dzień lud im nie przeszkadza. Ale bestia polityczności drzemie. Jak rząd jej wejdzie na ogon, rzuca się do boju. Dlatego żaden autorytarny rząd nie zadziera z tym, co kiedyś było klasą średnią.

Nasz rząd właśnie zadziera. Otwarcie buduje nową elitę w miejsce starej, czyli klasy średniej.
To są takie same mrzonki jak to, że można porwać ludzi ideologią militarystyczno-nacjonalistyczną.

Część się nią bardzo podnieca.
Niewielka. Taka tromtadracja służy konsolidacji samej klasy politycznej, bo tworzy złudzenie, że istnieje zapośredniczona w symbolach więź między partią a masą.

W sondażach 40 proc. tę tromtadrację kupuje.
Siła tej władzy wynika z faktu, że to jest bezpośrednio wyłoniona reprezentacja masy. A konkretnie ponadhistorycznej klasy niezadowolonych. Gdy znika tradycyjny kapitalistyczny podział klasowy na proletariat, chłopów, inteligencję i kapitalistów, zostają tylko klasa zadowolonych i klasa niezadowolonych. W Polsce większość stanowi klasa zadowolonych. Ale zadowolenie objawia się biernością oznaczającą zgodę na kontynuację. Zadowoleni są optymistami. Liczą, że poza inwazją retorycznego chamstwa nic się zasadniczo nie zmieni. Przynajmniej w ich życiu. Bogaci będą się dalej bogacili, egzaltowani dalej będą egzaltowani, biegacze będą biegali, gęgacze będą gęgali. Dlaczego zadowoleni mają się stać niezadowoleni?

Bo Ziobro bierze sądy, a konserwa szkoły.
To bezpośrednio dotyka mniejszości. Latte na sojowym podają, jak podawali. Frustrują się nieliczne elity. Zadowolone masy nie mają powodu. Nieliczni sfrustrowani nie stworzą większości i nie poprowadzą jej na barykady. Niezadowolona większość, która obali tę władzę, powstanie dopiero, kiedy zadowolona większość poczuje, że latte, dom, samochód i kostka na podwórku, za które ich rodzice byli gotowi dać wszystko, to jednak nie wszystko. Pokolenie, które wyrasta w internecie, zauważy, że czysto materialistyczne rozumienie sensu egzystencji jednak nie wystarcza. A kiedy ludzie poczują, że chodzi o wartości, relacje, wolność – o życie dobre, a nie tylko dostatnie – to się ruszą.

Boję się takiego idealizmu. Słynne wartości postmaterialistyczne – miłość, przyjaźń, sprawiedliwość, samorealizacja – dawno stały się narzędziem reklamy i nośnikami konsumpcji. Kolejne pokolenia wchodzą w to jak w masło, tylko innymi drogami. Jak nie kostka Bauma, to ajfon.
Uwielbiam taki sceptycyzm. Formuje się pokolenie, które z konsumpcjonizmu zrobiło formę pełnego, wszechstronnego, wysyconego wartościami życia. Nie doceniamy współczesnych 30-latków, którzy jako 20-latkowie wydawali nam się dość straszni, a wykształcili nie tylko elitę, ale także masę ludzi niezwykle bystrych, inteligentnych, samodzielnie myślących.

I poparli Kukiza.
Część. Potencjał mądrej mniejszości jest większy niż siła głupiej mniejszości.

I gdzie on jest w naszej demokracji?
Demokracja to dziś są demokraci – ludzie wyzwoleni, inteligentni, mobilni, pragmatyczni, bystrzy, zsieciowani, twórczy.

A rządzą Macierewicz, Ziobro, Kaczyński, Gliński, Błaszczak…
Oni rządzą instytucjami państwa, które są, jak wyspy, opływane przez życie społeczne.

Właśnie przejęli PISF, zaraz będą kontrolowali cały rynek mediów.
PiS przejmie. A potem zostanie przejęty przez młodszych i bardziej inteligentnych.

Albo przez bardziej brutalnych i dzikich. Jak Patryk Jaki?
Skąd taki pesymizm?

Z obawy, że demokracja masowa okazała się ślepą kiszką, która się zatkała.
Każdy system społeczny jest rodzajem kontraktu między masą a elitami – finansowymi, intelektualnymi, politycznymi. Ten kontrakt czasem musi być rewidowany. Także w demokracji.

I to jest ten moment?
Dokładnie. Spełniła się demokracja liberalna i potrzebujemy nowego kontraktu.

Skąd on się ma wziąć?
To już nie może być jeden kontrakt, bo żyjemy w amorficznym, zglobalizowanym, bardzo skomplikowanym społeczeństwie, w którym jest wiele hierarchii. Będzie wiele kontraktów przecinających granice państw i narodów.

Dożyjemy?
My już raczej nie.

Kolejne 1800 lat czekania na demokrację?
Technologia jest inna, więc czas biegnie inaczej. Globalne problemy, takie jak ocieplenie, wymuszą szybsze szukanie nowego kontraktu. Ale nowy system musi być bardziej złożony od systemu państw i porozumień międzynarodowych. Inne mechanizmy już rządzą, a państwa ich nie widzą. Nowa demokracja i nowy aktywizm tworzą się w komunikacji sieciowej, a nie hierarchicznej i terytorialnej. Dziś największą władzę mają już ci, którzy kształtują interfejsy komunikacji sieciowej.

Zuckerberg?
Już jest ważniejszy od Trumpa. Zmiana w działaniu Facebooka bardziej zmienia życie ludzi na świecie niż zmiana w Białym Domu. Nowy ład musi uwzględniać tę zmianę.

Nie będzie już liberalnej demokracji za naszego życia?
Nie. Bo nie będzie ustroju konstytucyjnego. Życie społeczne przestaje się koncentrować w państwie, więc konstytucja nie będzie już taka ważna. Ochrona wolności i równości będzie się odbywała gdzie indziej.

Czyli w tym wielkim sporze, który dzieli Polskę, rację ma Kaczyński?
Tak, w wąskich ramach myślenia etatystycznego. Państwo ma do wyboru dwa scenariusze. Albo zapadanie się w sobie symulujące powrót do przeszłości – jak w Polsce czy Ameryce. Albo adaptowanie się do warunków narzucanych przez korporacje. Ale społeczeństwo będzie coraz dalej od państwa i będzie się miało dobrze. Bo rosną ogólne zasoby inteligencji, krytycyzmu, kreatywności, kompetencji, pozytywnych relacji, empatii. Nawet jeżeli ludzie zamykają się w małych towarzysko-internetowych niszach, to ich zasoby tak radykalnie rosną i dają im tak gigantyczną społeczną przewagę nad reakcyjnym państwem Macierewicza, Kaczyńskiego, Ziobry, że nie ma szansy, by sitwy złożone z nieuków i cwaniaków mogły na dłuższą metę wygrać.

Keynes: „na dłuższą metę wszyscy będziemy martwi”.
Będą jeszcze nasze dzieci i wnuki. Mądrzejsi zawsze wygrywają.

Dziksi wygrywają. Wandale – nie Rzymianie.
I się cywilizują, uczą od mądrzejszych. Nawet jak mają chwilową przewagę prostej siły.

Lenin jakoś dał radę. Mądrzejszych wymordował i wygnał, a po nim przyszedł Stalin.
Są takie chwilowe katastrofy.

No, bardzo dziękuję.
Ale obok złego państwa także tam zawsze były strefy prywatnej wolności. I dziś jest ich wiele. Można mieć sporo wolności, jeśli nie chce się zmieniać władzy. Moskwa jest bardziej demokratycznym miastem niż Warszawa.

Po 100 latach.
Zły system może trwać. Ja wierzę w dwie rzeczy. Po pierwsze, przekroczona została masa krytyczna ludzi mądrych, uspołecznionych, kulturalnych, inteligentnych. To oni – jako odpowiednik dawnej klasy średniej – są zalążkiem przyszłości. Po drugie, to ta mądra masa jest mniejszością, która będzie rządziła światem w sposób definiowany przez sieć. Czyli inaczej, niż demokraci robili to dotychczas. Ale to nie znaczy, że gorzej. Demokracja nie zginie. Tylko przeniesie się z państwa i będzie dobrze działała w innych obszarach życia. Dobrych państw już raczej nie będzie. Ale będą coraz mniej szkodziły. Jestem optymistą.

rozmawiał Jacek Żakowski

***

Prof. Jan Hartman – filozof, polityk, publicysta. We wrześniu ukazała się jego książka „Polityka. Władza i nadzieja” – przewodnik po ideach, filozofii i teorii polityki, od której zależy nasz los.

Polityka 42.2017 (3132) z dnia 17.10.2017; Polityka; s. 20
Oryginalny tytuł tekstu: "Koniec tej demokracji"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Świat

NIEMCY: Berlin ciągnie do Moskwy

Osiem dekad po pakcie Ribbentrop-Mołotow w Niemczech rośnie presja na kolejną odwilż w relacjach z Rosją. Działania polskiego rządu raczej nie studzą tego zapału.

Adam Krzemiński
02.09.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną