Kraj

Pan z Grupy

Od WSW po WSI. Dziwna kariera pułkownika od Antoniego Macierewicza

Konferencja prasowa Antoniego Macierewicza na temat WSI, Warszawa, styczeń 2014 r. Konferencja prasowa Antoniego Macierewicza na temat WSI, Warszawa, styczeń 2014 r. Grażyna Myślińska / Forum
PGZ, czyli państwowa firma zbrojeniowa, która miała przenieść polskie wojsko na wyższy poziom nowoczesności, stała się dostarczycielem stanowisk dla ludzi bliskich Antoniemu Macierewiczowi. Bywa, że skompromitowanych, jak Krzysztof Badeja.
Maciej Lew-Mirski junior 10 lat temu zasiadał w komisji weryfikacyjnej WSI, brał też udział w głośnym wtargnięciu do siedziby CEK NATO w grudniu 2015 r.Krystian Maj/Forum Maciej Lew-Mirski junior 10 lat temu zasiadał w komisji weryfikacyjnej WSI, brał też udział w głośnym wtargnięciu do siedziby CEK NATO w grudniu 2015 r.
„Z tego, że Badeja trafił do PGZ, najbardziej powinny być zadowolone obce służby”.Facebook „Z tego, że Badeja trafił do PGZ, najbardziej powinny być zadowolone obce służby”.

Artykuł w wersji audio

Wiadomość o zatrudnieniu pułkownika Krzysztofa Badei w biurze odpowiadającym za bezpieczeństwo Polskiej Grupy Zbrojeniowej była z gatunku bombowych. Poruszyła nie tylko jego znajomych z wojskowego kontrwywiadu, ale i posłów opozycji z byłym szefem MON Tomaszem Siemoniakiem na czele. W wysłanym do Antoniego Macierewicza zapytaniu poselskim poprosił o wyjaśnienie, jak to się stało, że taka osoba jak płk Badeja znalazła zatrudnienie w PGZ, kto go rekomendował i czy dostał dostęp do tajemnic?

Pytania jak najbardziej zasadne, biorąc pod uwagę fakty, o których przypomina Siemoniak: „żołnierz ten podczas wykonywania w Polskim Kontyngencie Wojskowym Afganistan czynności służbowych z ramienia Służby Kontrwywiadu Wojskowego doprowadził się do stanu upojenia alkoholowego”. Z tego powodu „został w trybie natychmiastowym relegowany z teatru działań”, a „problemy z nadużywaniem alkoholu dotknęły tego oficera także podczas służby w PKW Irak”. Były szef MON dotąd nie dostał odpowiedzi na swój list. – Obecność Badei w PGZ jest niesłychanie demoralizująca, przede wszystkim dla służb. Bo pokazuje dobitnie: nieważne, że się skompromitował, ważne, że wiedział, z kim trzymać – komentuje Siemoniak.

Badeja, jako były oficer peerelowskiej Wojskowej Służby Wewnętrznej, a zarazem jeden ze współtwórców słynnego raportu o działalności Wojskowych Służb Informacyjnych, wiedział to od dawna.

Sami swoi

Zatrzymajmy się na chwilę przy samej PGZ. To konglomerat ponad 60 spółek zależnych, zatrudniających 17,5 tys. osób, i mającej ponad 5 mld zł rocznego obrotu. PiS po przejęciu władzy uczynił ze spółki kluczowy element strategii dotyczącej obronności. Nadzór nad nią już na początku rządów Beaty Szydło przeszedł z Ministerstwa Skarbu do Ministerstwa Obrony. – PGZ miała przejąć większość zamówień wojskowych, bo rząd stwierdził, że są tak ważne, iż trzeba je skupić w rękach państwa, rezygnując z prywatnych – tłumaczy Marek Świerczyński, analityk ds. bezpieczeństwa POLITYKI INSIGHT. MON miało więc de facto zamawiać u siebie i dostarczać m.in. bojowe drony, samochody terenowe, autobusy, ale też paląco potrzebny wojsku system zarządzania polem walki (BMS). Do tej pory nic z tego nie wyszło.

Za to na innym polu – zatrudniania ludzi związanych z Macierewiczem – spółka odnosi same sukcesy. Może z wyjątkiem Bartłomieja Misiewicza, który po tym, jak wiosną załamała się jego kariera w MON, próbował znaleźć bezpieczną przystań właśnie w PGZ. Jego praca na stanowisku pełnomocnika zarządu do spraw komunikacji trwała tylko trzy dni. Gdy sprawa, a przede wszystkim sięgająca 50 tys. zł pensja, stała się głośna, Misiewicz odszedł z PGZ, a dzień później także z PiS.

Dziś w zarządzie firmy znajdziemy Macieja Lwa-Mirskiego, który obok swego ojca Andrzeja jest jednym z najbardziej zaufanych prawników szefa MON. Mirski junior 10 lat temu zasiadał w komisji weryfikacyjnej WSI, brał też udział w głośnym wtargnięciu do siedziby CEK NATO w grudniu 2015 r. Wiceszefową rady nadzorczej jest mecenas Konstancja Puławska, córka innego z „zaufanych” – adwokata Waldemara Puławskiego, kolejnego człowieka Macierewicza z przeszłością w peerelowskim aparacie represji (pod koniec lat 80. kierował Prokuraturą Rejonową Warszawa Praga Południe), który dziś z jego nadania, jako zastępca prokuratora generalnego, nadzoruje wojskowy pion prokuratury.

Niedawno do PGZ trafił też Robert Gut. Prosto ze Służby Kontrwywiadu Wojskowego, gdzie na stanowisko dyrektora biura administracyjnego ściągnął go Piotr Bączek. W Grupie pracuje też inny niedawny funkcjonariusz kontrwywiadu Piotr Brzeziński, który w 2007 r., tuż przed przejęciem rządów przez PO jako zastępca naczelnika Biura Ewidencji i Archiwum SKW, miał wydać polecenie dokonania tzw. sprawdzeń w bazie danych służby, a także dopuścił do wniesienia do archiwum SKW sprzętu komputerowego, na który skopiowano tajne dane. Zdaniem prokuratury w obu przypadkach naruszył prawo. Śledczy postawili mu zarzut działania na szkodę interesu publicznego – jednak w 2012 r. nagle zrezygnowali z oskarżenia i umorzyli śledztwo, nie dopatrując się przestępstwa.

Jednak w tym towarzystwie nie ma chyba nikogo, kto swoim życiorysem dorównałby Krzysztofowi Badei. Już samo to, że pierwsze lata wojskowej kariery spędził w Wojskowej Służbie Wewnętrznej, instytucji kontrwywiadowczej uznanej w ustawie o IPN i lustracyjnej za część aparatu bezpieczeństwa PRL, a przez polityków PiS za organizację niemal przestępczą, czyni go wyjątkowym.

Niedawno pracę w prezydenckim Biurze Bezpieczeństwa Narodowego stracił w trybie nagłym płk Czesław Juźwik, gdy „Gazeta Polska” napisała, że w latach 1983–90 był „oficerem komunistycznego kontrwywiadu wojskowego WSW”. Do tej samej WSW dwa lata po płk. Juźwiku wstąpił płk Krzysztof Badeja. Jednak „Gazeta Polska” o tym raczej nigdy nie napisze – Badeja to oficer zasłużony dla Macierewicza i Bączka, których pismo to od dawna wspiera.

W dywizji telewizyjnej

Służbę w WSW rozpoczął w połowie lat 80. od trwającego dziewięć miesięcy kursu kontrwywiadowczego w Centrum Szkolenia WSW im. Feliksa Dzierżyńskiego w Mińsku Mazowieckim. Miał wtedy 25 lat, był oficerem po toruńskiej szkole artylerii i aż do 2004 r. w jego zawodowym życiu nie działo się zbyt wiele. Niedługo po ukończeniu kursu trafił do wydziału kontrwywiadu odpowiedzialnego za ochronę nieistniejącej już 1. Warszawskiej Dywizji Zmechanizowanej w Legionowie, by w końcu zostać jej szefem. W PRL dywizja służyła za wizytówkę ludowej armii, do której w pierwszej kolejności trafiał nowy sprzęt. Była też obowiązkowym punktem programu podczas wizyt przedstawicieli bratnich armii i przywódców. Stąd zwana była jednostką telewizyjną. – To, ale i bliskość Warszawy sprawiały, że nie trafiał tam byle kto. Trzeba było mieć jakieś wsparcie – twierdzi oficer kontrwywiadu z wieloletnim stażem.

Co było zadaniem oficera kontrwywiadu w takiej jednostce? – Większość spraw była prozaiczna: ktoś kradnie paliwo, ktoś kręci przy przetargach, coś wynosi ze stołówki, ale też pije albo zbyt hucznie się bawi nie tam, gdzie powinien – tłumaczy jeden z byłych oficerów z wydziału kontrwywiadu WSI w Legionowie. Jak mówią byli koledzy, szczególnie w tych ostatnich sprawach Badeja lubił dużo wiedzieć.

Opisują go jako osobowość dość skomplikowaną i raczej niezbyt lubianą. – Był inteligentny i bystry, ale ze skłonnością do konfabulacji.

Lizusowski wobec przełożonych, bezwzględny dla podwładnych. Wielu się go bało, bo uchodził za nie do ruszenia – charakteryzuje były współpracownik Badei.

Pnąc się po szczeblach kariery, Badeja zaliczył epizod w kolejnej instytucji, którą jego mocodawcy z PiS uważają za siedlisko zła: w 1990 r. skończył roczne studia w podległej MSW Akademii Spraw Wewnętrznych. Ale rozgłos w wojsku zdobył dopiero w 2004 r. Nie była to jednak ta popularność, na której mu zależało.

Stan agonalny

Latem 2004 r., w ramach III zmiany polskiego kontyngentu, wyjechał do Iraku. Został oficerem odpowiedzialnym za bezpieczeństwo polskiej brygady (jednej z dwóch, obok ukraińskiej, tworzącej tzw. polską dywizję, czyli Wielonarodową Dywizję Centrum Południe). Czas w polskiej strefie był gorący, trzy miesiące wcześniej Irak opuścili wspierający nas Hiszpanie, trwało powstanie tzw. Armii Mahdiego, a polscy żołnierze dopiero stoczyli bitwę w obronie ratusza w Karbali. Mieście, w którym stacjonowało dowództwo brygady, o której bezpieczeństwo miał dbać Badeja.

Jeden z oficerów służących wówczas w Iraku do dziś pamięta, że nawet jak na warunki wojskowe pułkownik zaliczył mocne wejście w misję: – Przyjechał w lipcu, by przejąć obowiązki od poprzednika. Przejmował tak, że po trzech dniach trzeba było wzywać pomoc lekarską. Trafił do polskiego szpitala w Karbali w stanie zapaści, odwodniony.

Polscy medycy wiedząc, z kim mają do czynienia, woleli przerzucić problem dalej. – Wezwali amerykański MEDEVAC, czyli zespół ewakuacji medycznej, który zabrał go śmigłowcem do szpitala w Bagdadzie. Amerykanie postawili go tam na nogi i powiedzieli, że ma iść precz, bo oni tam zajmują się rannymi, a nie pijącymi. Badeja nie miał się gdzie podziać, kilka dni spędził w poczekalni i wydzwaniał do nas, błagając, by go stamtąd zabrać do bazy – wspomina nasz rozmówca. W tym czasie w sztabie polskiej dywizji zapadła decyzja o odesłaniu kłopotliwego oficera do Polski. Był już nawet przygotowany następca, który miał przylecieć z kraju i go zastąpić, ale nagle okazało się, że Badeja ma zostać. Wstawił się za nim m.in. ówczesny wiceszef WSI. Sprawie – jak mówią żołnierze – ukręcono łeb.

Ledwie trzy miesiące później polski kontrwywiad w Karbali znów został postawiony na nogi z powodu Badei. – Odebrałem telefon z dowództwa polskiej brygady, że od trzech dni nie ma kontaktu z pułkownikiem. Czwartego dnia żołnierze wyważyli drzwi do jego pokoju i wtedy okazało się, że leży w łóżku bez kontaktu – opowiada oficer. W sztabie polskiej brygady zapanowała konsternacja, bo w tym samym pokoju Badeja trzymał tajne materiały, które trzeba było w trybie pilnym zabezpieczać.

Tym razem wylądował w polskim szpitalu, z czego korzyść była taka, że gdy odzyskał świadomość i dowiedział się, co się stało, odłączył kroplówki, obsztorcował personel i wyszedł. Znów zapadła decyzja o rotacji i znów ją cofnięto po interwencji z centrali WSI w Warszawie. Nikt nie poniósł żadnych konsekwencji. Kolega Badei z Iraku: – Pił na zasadzie – pijemy, aż padniemy. Mam wrażenie, że w ogóle nie nadawał się do służby w misjach, bo źle znosił towarzyszący im stres.

Na służbie u Antoniego

Minęło 9 lat, po rządach PiS nastały rządy PO i Badeja znów wyjechał – już jako oficer SKW. Tym razem do Afganistanu w ramach XIII zmiany. I znów zaniemógł. Tym razem sprawa stała się publiczna. Media pisały o polskim oficerze kontrwywiadu, którego pijanego odnalazł amerykański patrol na terenie bazy w Ghazni. Miał nim być Badeja, który w rozmowie z dziennikarzami wszystkiemu zaprzeczył, mówiąc, że to bzdury i pomówienia. Szef SKW Janusz Nosek podjął jednak decyzję o natychmiastowym ściągnięciu go do kraju.

Jeden z byłych członków kierownictwa SKW: – Zaginął na kilka dni, po czym został odnaleziony w ciężkim stanie i odwieziony do szpitala. Zażądaliśmy dokumentacji na ten temat, ale papiery gdzieś wcięło. Ludzie Macierewicza, którzy pozostali w SKW za rządów PO, zadbali o to, by się nie znalazły – twierdzi nasz rozmówca. Formalnie więc pułkownik znów był czysty.

Nie tylko takie przygody zapewniły Krzysztofowi Badei sławę w armii. Cofnijmy się o kilka lat – do 2005 r., gdy PiS po raz pierwszy przejął władzę. To wtedy jego kariera nabrała gwałtownego przyspieszenia.

W WSI nie ma jeszcze Macierewicza, szefem MON zostaje Radosław Sikorski, a służbami rządzi Zbigniew Wassermann. Zaczynają się pierwsze porządki. Na początku 2006 r. szefem Biura Bezpieczeństwa Wewnętrznego WSI zostaje płk Marek Kwasek, znajomy z tego samego kursu WSW w Mińsku, który ściąga Badeję do siebie. Dzięki temu zyskuje on dostęp do największych tajemnic służby – BBW to tak zwana bezpieka, policja w policji, która ma wykrywać przestępstwa i nadużycia wśród żołnierzy WSI. Jednak kilka miesięcy później kolejny zwrot – WSI idzie w stan likwidacji i do gmachu przy ul. Oczki wkracza nowa miotła, z Macierewiczem na czele. Wymiata promotora Badei. Ten jednak szybko odnajduje się w nowych realiach. Mimo grzechów przeszłości zostaje pozytywnie zweryfikowany, choć musiał na to długo czekać i ciężko zapracować – odpowiednie zaświadczenie dostał w czerwcu 2007 r., czyli po ponad roku, a dopiero we wrześniu, a więc tuż przed przejęciem władzy przez PO został wyznaczony na nowe stanowisko – do Zespołu Studiów i Analiz, którym kierował obecny szef SKW Piotr Bączek.

W międzyczasie przed komisją weryfikacyjną chętnie opowiadał o sprawach prowadzonych przez WSI. Gdy pewien oficer dowiedział się, że to Badeja stał się jednym z przewodników nowej ekipy po tajemnicach służby, postanowił ostrzec Macierewicza. – Poszedłem do niego z moim przełożonym. Dwie godziny opowiadałem mu o tym, co robił Badeja w Iraku. Gdy skończyłem, Macierewicz stwierdził, że to wszystko nieprawda, a te wiadomości krążą po to, by zdyskredytować pana pułkownika – wspomina nasz rozmówca.

Badeja, ciesząc się znacznym zaufaniem nowego kierownictwa, był kimś w rodzaju komisarza do spraw wewnętrznych. Miał prawo żądać wszelkich dokumentów i prowadzić rozmowy z ludźmi. Uczestniczył również w konfrontacjach z oficerami WSI, które wtedy były przeprowadzane w celu ich weryfikacji. Kilku z nich powiedziało mi, że gdyby wtedy mieli giwerę pod ręką, nie zawahaliby się jej użyć. Znając mapę konfliktów w WSI, Badeja rozgrywał swoją partię u Macierewicza i Bączka – opowiada jeden z byłych wysokich rangą oficerów SKW. Oficjalnie nie wiadomo, jakie informacje o kolegach i sprawach prowadzonych przez WSI zbierał Badeja i co z nimi robił. Nieoficjalnie w kręgu byłych funkcjonariuszy wojskowych służb mówi się o obyczajowych hakach i wyimaginowanych aferach, które później zostały opisane w raporcie z działalności WSI.

Badeja zaprzecza, że brał udział w jego powstawaniu, jednak zeznając przed prokuratorem prowadzącym śledztwo w sprawie niedopełnienia obowiązków i przekroczenia uprawnień przez szefa komisji weryfikacyjnej Antoniego Macierewicza, przyznał, że pisał analizy na podstawie teczek z archiwum WSI, których fragmenty znalazły się później w raporcie. Sporządzał też na prośbę Bączka oceny innych oficerów WSI.

Ostatnia szarża

I na koniec, jeszcze jedna, dobrze charakteryzująca płk. Badeję historia. Po powrocie z misji, gdy sprawa jego niedyspozycji stała się na tyle głośna, że stanęła na posiedzeniu sejmowej komisji do spraw specsłużb, kolejny szef SKW gen. Piotr Pytel podjął decyzję o przeniesieniu oficera do rezerwy kadrowej MON. Wtedy Badeja podjął ostatnią szarżę. – Zaproponował Pytlowi, że może mu przekazać takie informacje o Antonim i byłym kierownictwie SKW, których jeszcze nikomu nie opowiedział – twierdzi były członek kierownictwa wojskowych służb.

Z tego, że Badeja trafił do PGZ, najbardziej powinny być zadowolone obce służby – uśmiecha się ważny niegdyś oficer WSI, który dobrze zna bohatera tej historii. – Ze swoimi cechami charakteru, czyli pyszałkowatością i słabością do mocniejszych napojów, jest stosunkowo łatwy do rozgryzienia. W służbach powiedzieliby: łatwo go strzelić w ucho.

***

Próbowaliśmy skontaktować się z Krzysztofem Badeją. Gdy zadzwoniliśmy na jego komórkę, nie chciał się przedstawić, zaprzeczał, że to on, i się rozłączył. Nie odebrał więcej telefonu. Nie reaguje MON, zaś PGZ odmówiła odpowiedzi na pytania, zasłaniając się m.in. tajemnicą firmy.

Sprostowanie

W artykule pt. „Pan z Grupy”, zatytułowanym w spisie treści jako „Dziwna kariera pułkownika z Polskiej Grupy Zbrojeniowej” opublikowanym w Tygodniku „Polityka” w dniu 8 listopada 2017 r. autorstwa Grzegorza Rzeczkowskiego, zostały opublikowane następujące nieprawdziwe informacje:

Nieprawdą jest, iż pan Krzysztof Badeja był zatrudniony w PGZ SA. Pan Krzysztof Badeja nigdy nie pracował i nie pracuje w PGZ SA..

Z poważaniem

Prezes Zarządu Błażej Wojnicz, Członek Zarządu Adam Leksiński

Odpowiedź na sprostowanie PGZ

W tekście „Pan z Grupy” (POLITYKA 45) opisałem historię oficera wojskowego kontrwywiadu Krzysztofa Badeję, który w zagadkowych okolicznościach znalazł zatrudnienie w biurze odpowiedzialnym za bezpieczeństwo Polskiej Grupy Zbrojeniowej. W swoim sprostowaniu spółka temu zaprzecza. Redakcja nie może odmówić publikacji, jeśli sprostowanie jest poprawne pod względem formalnym, dziennikarz ma jednak prawo odnieść się do treści sprostowania. Informację o pracy Badei w PGZ dostałem z pewnego, sprawdzonego źródła. Jednak by je potwierdzić, 15 września napisałem maila do biura prasowego Grupy z prośbą o informacje na temat pracy Krzysztofa Badei w PGZ. W przesłanej odpowiedzi 26 września PGZ nie zaprzeczył, że Badeja pracuje w firmie. Odmówił jednak odpowiedzi na moje pytania, twierdząc, że Grupa nie podlega pod ustawę o dostępie do informacji publicznej. Według PGZ spółka „nie jest podmiotem wykonującym zadania publiczne”, czyli takim, który „ma na celu zaspokojenie powszechnych potrzeb obywateli”. W jakim celu zatem sztandarowa firma zbrojeniowa produkuje okręty, czołgi, wozy opancerzone i karabiny, jeśli nie dla zaspokojenia bezpieczeństwa państwa i jego obywateli?

Dlaczego PGZ najpierw unika odpowiedzi, nie zaprzeczając jednak, że pracuje w niej Badeja, a potem śle sprostowanie? Dlaczego podobnie postępuje MON? Resort pytany o to samo najpierw milczał, by ponaglany, już po ustawowym terminie 14 dni, zaprzeczyć zatrudnieniu Badei w PGZ. Do dziś jednak nie odpowiedział na inne pytania. Np. do kogo, jeśli nie do Krzysztofa Badei, należał numer telefonu komórkowego, na który dzwoniłem przed publikacją tekstu (31 października o godz. 15.30 – mój rozmówca nie chciał się przedstawić, zaprzeczył, że nazywa się Badeja, a później już nie odbierał telefonu)? A przede wszystkim – jak wytłumaczyć fakt, że gdy 2 listopada zadzwoniłem na recepcję PGZ, recepcjonistka przekazała mi prośbę od Badei o pozostawieniu numeru telefonu wraz z obietnicą, że pułkownik oddzwoni? Kto próbuje ukryć przed opinią publiczną kompromitujący dla MON i PGZ oraz wojskowych służb fakt zatrudniania oficera ze stażem w tak znienawidzonych przez ich szefa Antoniego Macierewicza służbach, jak WSW i WSI? A może Badeja wrócił do służb, skąd został oddelegowany do PGZ? A więc formalnie nie jest zatrudniony w Grupie, bo etat ma gdzie indziej, co byłoby jeszcze bardziej bulwersujące, zważywszy na przeszłość tego oficera. O to również zapytałem MON. Na razie bez odzewu.

Grzegorz Rzeczkowski

Polityka 45.2017 (3135) z dnia 07.11.2017; Polityka; s. 20
Oryginalny tytuł tekstu: "Pan z Grupy"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Ja My Oni

Niemiłosierni Polacy

Dlaczego Polakom tak trudno przychodzi współczuć i pomagać słabszym, zwłaszcza bezdomnym i uchodźcom wojennym.

Ryszarda Socha
27.08.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną