Rekonstrukcja rządu trwa już dwa miesiące. Oto co z niej wynika dla PiS
Beata Szydło i Mateusz Morawiecki
Slawomir Kaminski/Agencja Gazeta

Beata Szydło i Mateusz Morawiecki

Czego się dowiedzieliśmy w ciągu dwóch miesięcy „rekonstruowania”?

Ano tego, że propagandowe opowieści o najlepszym po 1989 roku polskim rządzie to pic na wodę, skoro można bez żadnej wyraźnej przyczyny zdymisjonować jego szefową. Że Kaczyński nie taki znowu wszechpotężny i nie jest w stanie panować nad chaosem, a do tego wewnętrznie rozdarty, niepewny swych możliwości, podupadły na zdrowiu. Że ławka rezerwowych w PiS jest króciutka i ciężko odzyskać choćby wizerunkową świeżość. Że Macierewicz wcale nie jest wielkim polskim patriotą i mistrzem rozbijania postkomunistycznych układów, bo nawet na prawicy uchodzi za personę wysoce kontrowersyjną i potencjalnie niebezpieczną (w razie dymisji może dokonać rozłamu). Dorzućmy do tego gorszące negocjacje z prezydentem, w których – co już widać jak na dłoni – chodzi wyłącznie o zakres władzy, a nie interes kraju. Oczywiście król nadal rządzi, lecz królewskie szaty nieco się przerzedziły, tu i ówdzie wystają nawet fragmenty golizny.

Opcja z Morawieckim – choć wydaje się całkiem sensowna – na tym tle sprawia wrażenie ucieczki w bok. Sprawy zaszły bowiem zbyt daleko i logicznie patrząc, jedynym wyjściem z chaosu byłoby teraz silne premierostwo Kaczyńskiego. Któż inny miałby szansę poskromić rozochocone koterie i wspierające je, otwarcie już ze sobą skonfliktowane ośrodki medialnej propagandy? Z pewnością nie obecny wicepremier, który z PiS tyle ma wspólnego, że płaci partyjne składki, lecz pochodzi z innego świata, w innej przestrzeni funkcjonuje oraz innymi ludźmi się otacza.

Morawiecki w roli premiera nie przywróci więc porządku. Co najwyżej pokryje postępujące pęknięcia technokratycznym makijażem. Ale na jak długo? Dziś może sprawia wrażenie najsolidniejszej figury „dobrej zmiany”, również – co istotne – w oczach naszych partnerów zagranicznych i rynków finansowych. Jego polityczna wycena rosła jednak niewspółmiernie szybko wobec realnych osiągnięć, czym przypomina dojrzałą bańkę spekulacyjną napompowaną propagandą i złudzeniami.

W długiej perspektywie polityczne ewentualne premierostwo w takim momencie może zresztą planom Morawieckiego zaszkodzić. W różnych niszach prawicy (tej rozsądniejszej, która nie przesadza z kultem naczelnika) od jakiegoś czasu funkcjonuje on bowiem na papierach „polskiego Macrona”, który w bliżej nieokreślonej przyszłości, zapewne już na gruzach PiS, zbuduje zupełnie nową formację konserwatywną. Wreszcie dostosowaną do realiów i wyzwań, zdolną przywrócić równowagę mocy w nadwiślańskiej galaktyce. Pod tym kątem kształtuje się wokół wicepremiera krąg w większości młodych i kompetentnych współpracowników (Jan Filip Staniłko, Kamil Kamiński, Cezary Lesisz), stanowiący w tym zamyśle zaczyn przyszłego stronnictwa. Ile w tym prawdy, a ile odrealnionego gadania, trudno dziś dociec. W zasklepionym wokół prezesa prawicowym światku innych sukcesyjnych alternatyw jednak brak, co skłania do poważnego potraktowania tej konkretnej.

Zwłaszcza że do tej pory Morawiecki stał z boku i kryzysy polityczne go się nie imały. W nowej roli straci ten komfort, a wtedy bańka „macronizmu” wcześniej czy później pęknie. I pozostanie na placu boju, jak od lat Jarosław Kaczyński. Choć już nie tak wieczny, jak się niektórym do niedawna wydawało.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną