Kraj

Morawiecki zaprasza do wielkiej polskiej rodziny. Dziękuję, postoję

Mateusz Morawiecki Mateusz Morawiecki Kancelaria Prezesa RM
Premier Morawiecki ma nową koncepcję, jak nas wyrwać z zaklętego koła polskich podziałów. Już nie będzie nas i was, polskich patriotów i europejskich kosmopolitów, ludu i elit.

Pan premier Morawiecki zaprosił mnie do wspólnoty. Nawet miło z jego strony. Mógł przecież powtórzyć za swoim prezesem, że się nie kwalifikuję. Bo nie jestem genetycznym akowcem, bo stoję tam, gdzie ZOMO, bo komunista ze mnie i złodziej.

Nowego premiera takie sprawy na szczęście nie interesują. Najwyraźniej można już mieć poglądy takie czy owakie, on niczego nie będzie wymuszać. Ani toczyć wojny z takimi jak ja. Proszę bardzo – powiada – możemy się czasem pospierać, lecz niech to będzie spór w rodzinie. W naszej polskiej rodzinie. Bo my, Polacy, sami załatwiamy takie sprawy między sobą. A może nawet już je załatwiliśmy? Pewien etap został przecież zamknięty wraz z odejściem poprzedniego gabinetu, i po to właśnie nastąpiła wymiana, aby można było przejść do kolejnej fazy. Teraz bardziej konstruktywnej.

Premier widzi tę naszą rodzinę ogromną...

Morawiecki pragnie na nowo połączyć pokolenia. Te z zamierzchłych czasów, dawno już minione, do których co rusz nawiązuje jakąś zręczną historyczną metaforą. I te, które dopiero nadejdą po nas, lecz już zdążyły się rozgościć w wizjonerskich szkicach z takim rozmachem kreślonych. Zamierza także połączyć Polaków dziś żyjących, lecz rozrzuconych po całym świecie. Powiada: przybywajcie, tu wasze miejsce. Polska ma wobec was obowiązki, jako i wy macie wobec Polski. Wszyscyśmy z tego samego rodu i z tej samej tradycji się wywodzimy, wszyscy chcemy ojczyzny wielkiej i pragniemy, aby wszędzie na świecie się z nią liczono.

Koniec więc z głupimi podziałami. Koniec ze społeczeństwem samotnych jednostek, które z braku wielkich wspólnotowych wyzwań, z nudy proceduralnej demokracji i gnuśnych mieszczańskich wyobrażeń popadały coraz bardziej w jałowe spory o granice własnej wolności. Chaosu z tego było co niemiara, a kraj co rusz się gotował. Premier Morawiecki ma nową koncepcję, jak nas wyrwać z zaklętego koła polskich podziałów. Już nie będzie nas i was, polskich patriotów i europejskich kosmopolitów, ludu i elit. Czas najwyższy przywrócić utraconą jedność; choć mylić się będzie ten, kto zarzuci nowemu premierowi wsteczność myślenia. Jego pomysł na realizację zamysłu jest bowiem na wskroś nowoczesny.

W jaki sposób najlepiej scementować kłótliwą rodzinę? Co zrobić, aby ciotka dewotka przestała urągać stryjkowi po trzech rozwodach, a dzieciaki nie potłukły się o wyższość Marszu Niepodległości nad Paradą Równości? To przecież banalnie proste – niech założą wspólny biznes. Rodzinny, bośmy rodziną. Ale i wielki, bośmy wielką rodziną. Oto więc premier powiada: wszyscy bez wyjątku jesteście udziałowcami naszego rodzinnego przedsiębiorstwa. Odtąd nie jest już ważne, jakie macie poglądy, i nie będziemy więcej roztrząsać, kto miał rację w niedawnych kłótniach.

Furda więc Trybunał Konstytucyjny i inne zabytki ze słusznie minionej epoki liberalizmu (po cóż w ogóle o tym mówić w exposé?). Teraz razem będziemy budować wielką firmę Polska. Dokonamy spektakularnej ekspansji na globalne rynki, podbijemy świat naszymi produktami. A firma będzie nam stale rosła i coraz więcej zarabiała. Zyski inwestując w dalszy rozwój, choć rzecz jasna nie zabraknie też przyzwoitej dywidendy dla akcjonariuszy. Do tego kilka oszałamiających inwestycji, jakich świat nie widział, abyśmy przy okazji zaznali nadwyżki dumy.

Morawiecki nowym Balcerowiczem?

Wysłuchałem exposé z zainteresowaniem, nawet doceniając nową jakość. Nie da się ukryć, że – porównując do przaśnej poprzedniczki – mamy teraz na czele rządu polityka znacznie większego formatu. Któremu bez wątpienia chodzi o coś więcej niż tylko o kurczowe trzymanie się linii partyjnej i trwanie na stanowisku. Który nie zamierza jedynie żerować na polskich lękach i wymieniać je na procenty poparcia w wyborach, lecz poszukuje źródeł społecznej energii, bez której żaden poważny projekt polityczny na dłuższą metę nie ma szans. Jest przy tym Morawiecki w pewnym sensie Balcerowiczem IV RP. Technokratą, który ekonomizuje wszystkie dziedziny życia i w gruncie rzeczy nie uznaje autonomicznych wartości. Nawet jeśli wiele o nich mówi, przede wszystkim chciałby je urynkowić, wykorzystać w akumulacji kapitału. Choć rzecz jasna jest to Balcerowicz na opak, skoro w konflikcie jednostki z państwem jednoznacznie staje po stronie tego ostatniego.

Zapewne Mateusz Morawiecki nie potrafi jeszcze atrakcyjnie przedstawiać swych planów, styl ma sztywniacki i brak mu ekspresji. A do tego zbyt często trzeba mu wierzyć na słowo; nie zdobył się na wysiłek zmierzenia się z krytykami swego planu, którzy od dawna słusznie mu wytykają, że nic nie mówi o źródłach finansowania inwestycji (zagraniczny kapitał przecież już nie jest mile widziany) i nie wiedzieć czemu zakłada, że gospodarcza hossa trwać już będzie zawsze. Ubożuchno też wypadła część dotycząca polityki zagranicznej, wciśnięta gdzieś pod koniec exposé, nawet niepozorująca jakiegoś nowego otwarcia. A przecież Morawiecki miał ponoć poprawić polski wizerunek za granicą. Z drugiej strony on sam pewnie jeszcze nie wie, jaki zakres podmiotowości będzie mu docelowo oferowany, dopiero przed nim proces układania gabinetu. Nie mógł więc prowokować swego patrona radykalnym poszerzeniem tradycyjnego pisowskiego pakietu. Na dziś warto więc docenić po prostu to, że nowy polski premier nie jest troglodytą i brutalem, jak wielu innych w jego obozie.

Być może faktycznie stary ład na dobre zawalił się w 2015 roku i niezależnie od dalszego rozwoju wypadków raczej nie będzie już prostego powrotu do przeszłości. W takich okolicznościach oferta Mateusza Morawieckiego pewnie mogłaby nawet zostać wzięta pod rozwagę po drugiej stronie polskiego sporu, gdyby... została złożona w stosownym czasie. Dziś jednak dobiega końca rok 2017, minęły już dwa lata rządów PiS. I co się przez ten czas stało, już się nie odstanie. Jakże więc traktować poważnie wspólnotową ofertę, która zostaje złożona na splądrowanej ziemi, pośród dymiących jeszcze ruin dotychczasowych instytucji? Do wielkiej Polski Mateusza Morawieckiego pewnie można się zapisać, ale tylko z przetrąconym kręgosłupem, wyrzekając się własnych wartości, wymieniając je na dywidendę. Bo oferta tylko pozornie jest otwarta. Opiera się na twardo postawionym warunku, że kształt polskości definiującej tę nową wspólnotę został już ostatecznie rozstrzygnięty i nie podlega dalszym negocjacjom.

To jednak stanowczo zbyt wiele. Jeśli więc Mateusz Morawiecki zaprasza mnie do wspólnoty, moja odpowiedź brzmi: dziękuję, postoję.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Jak amerykańskie flippery z Francji do Polski trafiły

Flippery, czyli zręcznościowe, elektromechaniczne maszyny do grania, były kiedyś obowiązkowym elementem wyposażenia w barach, hotelach i... nocnych klubach. O ich losach opowiada Marek Jasicki, który importował je z Francji do Polski.

Łukasz Dziatkiewicz
15.09.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną