Kraj

Na „oczyszczenie Polski” można spojrzeć pod innym kątem

Na „oczyszczenie Polski” można spojrzeć pod innym kątem

Legenda Stalina wciąż żywa w Rosji... Legenda Stalina wciąż żywa w Rosji... Pavel Golovkin/AP / EAST NEWS
Słynne słowa „nie ustaniemy, aż nie doprowadzimy do pełnego oczyszczenia Polski z ludzi, którzy nie są godni należeć do naszej wspólnoty narodowej” zdążyły już być skomentowane na wszystkie możliwe strony. Spróbujmy je jednak przeanalizować z punktu widzenia strategii. Wnioski mogą być bardzo ciekawe.

Dlaczego akurat ja zabieram się do tego tematu, choć na co dzień nie zajmuję się polityką, raczej starając się pozostać od niej z daleka? Dlatego, że zajmuję się historią współczesnych wojen. I natychmiast uderzyło mnie jedno – pan senator Grzegorz Bierecki nie zna historii wojen, bo nie dostrzegł żadnych analogii. Gdyby choć trochę je znał, powstrzymałby się od sławetnej wypowiedzi.

Czytaj także: Z kogo Bierecki chce „oczyszczać Polskę”

Jak Stalin „oczyszczał” ZSRR

Mędrzec strategiczny Claus von Clausewitz napisał w swojej książce „O wojnie” zdanie, które dziś jest powszechnie cytowane: „wojna to przedłużenie polityki, ale z wykorzystaniem środków militarnych”. Polityka i militarna strategia to siostry bliźniaczki. Środki – inne, ale cele i metody te same. I jedna, i druga kierują się dokładnie tą samą logiką.

Wszyscy porównują słowa Biereckiego z retoryką nazistowskich Niemiec. A mnie nasunęło się inne porównanie – ZSRR Józefa Stalina. Zanim Hitler doszedł do władzy, Związek Radziecki już zdążył oczyścić się z bardzo wielu tych, którzy nie byli godni tworzyć ojczyznę proletariatu. Fabrykantów, posiadaczy ziemskich, bankierów i innych możnych bogaczy pozbyto się jeszcze przed zdobyciem władzy przez Józefa Wissarionowicza. Zastał on już ojczyznę częściowo oczyszczoną. Ale nie do końca. Dlatego kontynuował on dzieło swoich poprzedników, w tym krwiożerczych Włodzimierza Lenina i Lwa Trockiego.

Od razu muszę zrobić zastrzeżenie: nie zajmuję się tu moralną stroną całego zagadnienia. Dlatego nie mam zamiaru utożsamiać krwawego, zbrodniczego reżimu radziecki z obecną władzą PiS, która w żadnym razie nie jest ani krwawa, ani tym bardziej zbrodnicza. Ma ona jedynie autokratyczne inklinacje, ale nie morduje ludzi. I mam nadzieję, że nikt nigdy w Polsce się do tego nie posunie.

Jednak te autokratyczne inklinacje wywołują te same mechanizmy władzy. Oto przykład. Jak powszechnie wiadomo, PiS walczy z wszelkimi, nawet najdrobniejszymi przejawami „komuny”. I konsekwentnie usuwa z życia politycznego, a nawet represjonuje obniżaniem emerytur tych, którzy byli związani z PRL-owskim aparatem przemocy.

Stalin również walczył z wszelkimi, nawet najdrobniejszymi przejawami „carskości”. Tyle tylko, że konsekwencje były nieco większe, niż tylko przycięcie emerytur. Do stracenia było znacznie więcej, a dokładnie – wszystko, czyli życie.

Czytaj także: Jak uniknąć brunatnego scenariusza dla świata

Dla kogo wyjątek?

PiS robi jednak wyjątki dla bardzo nielicznych. Wszyscy znamy pana posła Stanisława Piotrowicza, który od 1978 r. pracował w prokuraturze rejonowej w Dębicy, a już dwa lata później awansował do prokuratury wojewódzkiej w Krośnie. I był członkiem PZPR. A mimo to jest prominentnym działaczem PiS.

I Stalin też robił wyjątki dla bardzo nielicznych. Przykład? Borys Szaposznikow. W Imperialnej Armii Rosyjskiej osiągnął stopień pułkownika. Powierzono mu dowództwo 16. Mingrelskiego Pułku Grenadierów. Pułkownik to poważny stopień. Ja przesłużyłem w wojsku blisko 20 lat, a odszedłem w stopniu jedynie majora. Tymczasem Stalin nie oczyścił ojczyzny proletariatu z carskiego pułkownika Szaposznikowa. Wręcz przeciwnie, bardzo go sobie cenił. W ZSRR Szaposznikow osiągnął najwyższe laury – został marszałkiem Związku Radzieckiego. Dwie złote gwiazdy na pagonach. Nigdy mu włos z głowy nie spadł, zmarł w 1945 r. po ciężkiej chorobie, ale nikt mu nie pomagał pożegnać się z tym światem.

Kto najgłośniej nawoływał do „oczyszczania”

Ktoś może pomyśleć, że Stalin osobiście nawoływał do „oczyszczania” ojczyzny proletariatu z wrogów ludu. Nic bardziej błędnego. Stalin zawsze był tym „dobrym”. To inni za niego nawoływali do oczyszczania. I tu dochodzimy do sedna sprawy. Bo kto najgłośniej nawoływał do „oczyszczania”? Jednym z nich był Grigorij Zinowiew. Kiedy na początku lat 20. kierował partią komunistyczną Piotrogrodu (dzisiejszego Sankt Petersburga), zaprowadził tam tak krwawy terror, że zyskał sobie przezwisko Griszka Trietij. Warto przypomnieć, kto w oczach ludu był Griszką Drugoj. To znienawidzony przez wszystkich Rasputin. Zinowiew nieźle zalazł piotrogradczykom za skórę… Później kierował Kominternem, czyli międzynarodówką komunistyczną. I znów nawoływał: by jak najszybciej przenieść rewolucję światową na wszystkie kraje świata. Mało mu było przelewania rosyjskiej krwi, chciał przelewać krew na całym świecie. Miał Griszka rozmach… Tyle tylko, że był idiotą.

Znamienne jest to, że szybko ZSRR oczyszczono i z Zinowiewa. Bo nie był godny… Bo jak idiota może być godny? Nie może. Dlaczego uważam, że był? Proszę bardzo, jak on sobie wyobrażał tę światową rewolucję? Z wielką, choć beznadziejnie niedozbrojoną, niedoszkoloną armią bez wykształconych, przygotowanych taktycznie i strategicznie dowódców? Niemal z tą samą armią, którą ledwie kilka lat wcześniej pogoniła mała Polska? Bez przemysłu zbrojeniowego, który uzupełniłby straty w sprzęcie i dał wojskom amunicję?

Stalin oczywiście też go uważał za półgłówka. Z tych samych powodów, które przedstawiłem. Radziecki wódz wcale nie był przeciwnikiem światowej rewolucji, w żadnym razie. Ale postanowił się do tego solidnie przygotować. Najpierw zbudować zaplecze przemysłowe, i to najpierw huty, a dopiero potem fabryki czołgów. Bo niby skąd miała pochodzić stal pancerna, jeśli nie byłoby potężnych kombinatów hutniczych? A dopiero potem zmodernizować armię, kiedy przemysł będzie już dostarczał doskonałe, nowoczesne uzbrojenie światowej klasy. I zadbać o odpowiednie wykształcenie dowódców. Tych, którzy nie bardzo chcieli się kształcić i doskonalić, Stalin pogonił z armii w latach 1937–1938. Wielu pogonił bardzo daleko – na tamten świat. A zostawił takich, jak Wasilewski, Rokossowski, Rotmistrow, Malinowski czy Bagramian. Takich, którzy potrafili Niemcom zgotować i Stalingrad, i Kursk, i straszliwą klęskę na Białorusi w 1944 r.

Stalin wiedział, że jeszcze nie czas nawoływać. Po co wzbudzać czujność potencjalnych wrogów? Dlatego Zinowiew zarobił kulkę w potylicę. Bynajmniej nie za nawoływanie do światowej rewolucji, która była i stalinowskim celem. Ale za to, że robił to w najmniej odpowiednim momencie. I bardziej szkodził samej idei, niż jej pomagał. A Stalin nie znosił szkodników.

Prezes Kaczyński przezornie milczy

Pan senator też sobie moment wybrał nie najlepszy. A dokładnie – najgorszy z możliwych. Załóżmy na chwilę, że w zaciszu gabinetów na Nowogrodzkiej używa się bardziej radykalnego języka niż publicznie. Załóżmy (podkreślam – załóżmy, wcale nie twierdzę że tak jest), że mówi się nawet o oczyszczaniu Polski z ludzi niegodnych. Oczywiście, „oczyszczaniu” w znaczeniu zawodowego i publicznego wykluczenia, a nie fizycznej likwidacji. Tyle tylko, że nawet to można zrealizować dopiero po zdobyciu i umocnieniu pełni władzy. Wtedy nikt nie zdoła temu przeszkodzić. Ale broń Boże nie można o tym mówić wcześniej! A już na pewno nie tuż przed wyborami.

Pan senator zrobił panu prezesowi zaiste niedźwiedzią przysługę. Czy zastanowił się, w jakiej postawił prezesa sytuacji? Pan prezes rezolutnie milczy na ten temat, bo co by nie powiedział, mogłoby teraz PiS tylko zaszkodzić. Powie, że pan senator się grubo zagalopował – odstraszy radykalny elektorat partii. Powie, że pan senator wcale się nie pomylił – odstraszy umiarkowany elektorat PiS. I tak źle, i tak niedobrze. Najlepiej w ogóle nie zabierać głosu, niech każdy myśli, co chce.

Czytaj także: Czy PiS jest partią faszystowską?

Stalin przesadził

Pan senator powinien był poznać historię. Wróćmy znów do Stalina i jego mechanizmów władzy. Jak już dziś udowodnili historycy, Stalin szykował się do wojny tak, jak nikt nigdy się nie szykował. Miał zamiar uderzyć na Niemcy w momencie, kiedy Niemcy wylądują w Wielkiej Brytanii. Wehrmacht w śmiertelnym starciu z nieugiętym Churchillem, a kontynent pusty. I wtedy rusza radziecki marsz „wyzwoleńczy”… Tyle tylko, że Stalin sam przesadził, a ponadto zdradzili go dwaj ludzie, którzy go dobrze znali. Stalin przesadził, bo w czerwcu 1940 r. zajął Państwa Bałtyckie i jednocześnie rumuńską Besarabię. Z jednej strony zyskał porty do działań wojennych na Bałtyku, a z drugiej zbliżył się na odległość jednego gwałtownego pancernego natarcia do rumuńskich pól naftowych. I Hitler wpadł w panikę. Zrozumiał, że Stalin trzyma go za gardło i choć jeszcze nie ścisnął, to jednak w każdej chwili może to zrobić. Bez trudu może przeciąć linie komunikacyjne ze Szwecją, a Szwecja to przede wszystkim ruda żelaza. I zabrać Hitlerowi dostęp do rumuńskich zasobów ropy… Nieco ponad miesiąc później, 31 lipca 1940 r., Hitler poinformował swoich generałów, że mają się szykować na wojnę z ZSRR, a inwazja na Wielką Brytanię odwołana. Udało im się zdążyć przed Rosjanami i zadać pierwszy, niemal nokautujący cios. Niszcząc radzieckie wojska przygotowane do ataku, ale nie do obrony. Stłoczone przy samej granicy, niesiedzące w okopach i nieosłonięte ani polami minowymi, ani zasiekami z drutu kolczastego.

Czego nie zrozumiał senator Bierecki

Dwóch ludzi dobrze znających Stalina też się wygadało. Zamiary Stalina przejrzał i ogłosił światu Lew Trocki. Od lat 20. siedział sobie spokojnie na emigracji, ale kiedy zaczął pisać płomienne artykuły o zamiarach Stalina, które trafnie odgadł, w 1940 r. jego głowę rozłupał czekan, rąbnął go nim hiszpański komunista i agent NKWD. Drugim był marszałek Tuchaczewski. Mimo wszystkich swoich niekompetentnych posunięć i dziwactw, takich jak próba wyposażenia całego wojska w najróżniejsze typy dział bezodrzutowych konstrukcji szarlatana Kurczewskiego, co zakończyło się wielką klapą na całej linii, Stalin jakoś go tolerował. Dopiero kiedy Tuchaczewski napisał artykuł, w którym ostrzegał Wielką Brytanię i Francję przed groźbą ze strony Niemiec, Stalin nie wytrzymał i oddał go w ręce chłopców z Łubianki. Stalin chciał pokonać Niemcy, ale nie chciał, by Wielka Brytania i Francja zrobiły to przed nim. Marzył o tym, że europejskie mocarstwa wezmą się nawzajem za łby, solidnie wykrwawią i dopiero wtedy wkroczy zwycięska, Robotniczo-Chłopska Armia Czerwona. A ten półgłówek, chcąc się przed towarzyszem Stalinem popisać swoją „przenikliwością”, omal nie pokrzyżował stalinowskich planów…

Pan senator nie zrozumiał dwóch rzeczy. Po pierwsze, jak Zinowiew nie zrozumiał, że nawołując do „oczyszczania z niegodnych”, sam może się kiedyś okazać niegodnym. I że jego również mogą zmielić nieugięte koła (prawa i) sprawiedliwości ludowej. Zrozumiał to niegdyś zagorzały stalinowiec sam mający krew na rękach Nikita Chruszczow. Ponad trzy lata po śmierci Stalina wygłosił słynny „tajny referat” na zjeździe komunistycznej partii, w czambuł Stalina potępiający. Jednocześnie zaproponował swoim towarzyszom układ: dość przelewu krwi, strącajmy się ze szczytów władzy, wyrzucajmy z pełnionych funkcji, ale na spokojną, ciepłą emeryturkę, a nie do piwnic Łubianki. I towarzysze w lot to podchwycili. Już w 1954 r. Chruszczow wysłał na taką ciepłą emeryturkę marszałka Żukowa, swojego najgroźniejszego rywala. A 10 lat później, w 1964 r., tow. Leonid Breżniew wysłał na taką samą emeryturkę drogiego Nikitę Siergiejewicza. W obecnej Polsce też nie strzelają w potylicę. Ale pan senator nie planuje chyba ciepłej emeryturki?

Druga rzecz, której pan senator nie zrozumiał, to moment. Może to „oczyszczanie z niegodnych” jest bliskie linii partii, a przynajmniej jej ideologii. Może niczego złego nie powiedział. Tyle tylko, że jak Tuchaczewski, moment sobie wybrał zły. Chciał się, być może, popisać przed panem prezesem, a zrobił mu niedźwiedzią przysługę. Bo wystraszył wahających się. A przynajmniej ludzi, którzy w Polsce wciąż używają mózgu: a co, jeśli ja okażę się być tym niegodnym? Jeśli powiem albo zrobię coś nie tak, albo napiszę na Facebooku, i okażę się być niegodnym? Licho nie śpi. Wystraszył przed niezwykle ważnymi wyborami. Jak Tuchaczewski, który w sumie nic złego nie powiedział. Ale w niewłaściwym momencie.

Dlatego właśnie w strategii obowiązuje kardynalna zasada: „celowość”. Zanim się cokolwiek zrobi, trzeba się zastanowić nad konsekwencjami. Przybliży nas to do osiągnięcia założonych celów czy nie? Celem PiS w najbliższych wyborach, i tych europejskich, i tych krajowych, jest zdobycie władzy. I teraz pytanie: czy zdanie wypowiedziane przez pana senatora przybliży PiS do władzy, czy oddali?

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Tabletka na HIV przyczyni się do ograniczenia nowych zakażeń?

Osobom prowadzącym ryzykowne życie seksualne marzenie o szczepionce na AIDS zastąpiła praktyka regularnego przyjmowania tabletki.

Paweł Walewski
25.06.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną