Kraj

Delfin Morawiecki stał się obciążeniem dla PiS

Delfin Morawiecki stał się obciążeniem dla PiS

Pewnie już mało kto pamięta, że Mateusz Morawiecki miał być wielkim przewodnikiem, który przeprowadzi zgrzebną polską prawicę ze świata analogowego do świetlanej cyfrowej przyszłości. Pewnie już mało kto pamięta, że Mateusz Morawiecki miał być wielkim przewodnikiem, który przeprowadzi zgrzebną polską prawicę ze świata analogowego do świetlanej cyfrowej przyszłości. Adam Guz / Kancelaria Prezesa RM
Kapitał Morawieckiego zaczął się wytracać. Dyplomatyczną niezdarnością, gigantycznym przerostem formy nad treścią rządzenia, nieumiejętnością rozwiązywania konfliktów społecznych, swobodnym stosunkiem do faktów i liczb, kompromitującym chwalipięctwem.

Pewnie już mało kto pamięta, że Mateusz Morawiecki miał być wielkim przewodnikiem, który przeprowadzi zgrzebną polską prawicę ze świata analogowego do świetlanej cyfrowej przyszłości. Postawi jej szklane domy, podłączy do globalnego obiegu, wyczaruje autorski projekt modernizacji i rzecz jasna osobiście go zrealizuje.

Była to zresztą fantazja niemal powszechnie obowiązująca, czasem nawet zdolna przekraczać granice ideowo-partyjnych baniek. Fascynował się ponoć Morawieckim – jak donoszono zza kulis – sam prezes Kaczyński. A w ślad za prezesem, jakżeby inaczej, niemal cały twardy PiS. Fascynowali się młodzi prawicowi technokraci, marzący o karierach i wielkich pieniądzach w narodowym biznesie. Ideowi konserwatyści i republikanie, cierpliwie czekający na rozsądniejszą prawicę po Kaczyńskim. Ba, nawet pewne kręgi lewicy z niemałą ekscytacją łypały na nowego premiera, szukając narracyjnego natchnienia. Dorodna bańka szybko jednak pękła, po micie Morawieckiego nie został nawet ślad.

Morawiecki miał wejście, teraz traci kapitał

Był to mit utkany z prowincjonalnych kompleksów, mocarstwowych iluzji i ogromnego zadufania. Sam Morawiecki, krótko po tym jak został premierem, snuł wizje 20-letnich rządów PiS. Możliwości kreacyjne formacji rządzącej zdawały się wtedy nieograniczone. Zuchwałość, z jaką Kaczyński wymienił popularną w tradycyjnym elektoracie Beatę Szydło na niedawnego bankiera o pokręconej biografii, dawała złudzenie nieograniczonego panowania nad rzeczywistością. Żaden z polskich premierów nie miał porównywalnego wejścia.

I niemal natychmiast, krok po kroku, zaczął ten kapitał wytracać. Dyplomatyczną niezdarnością, gigantycznym przerostem formy nad treścią rządzenia, nieumiejętnością rozwiązywania konfliktów społecznych, swobodnym stosunkiem do faktów i liczb, kompromitującym chwalipięctwem. Mit z czasem stał się memem.

A na domiar złego w finale kampanii zaczęły wypadać rozmaite szkielety z bankowych szaf. Historia z kościelną działką sama w sobie oczywiście nie pogrąży Morawieckiego. Przynajmniej jeszcze nie teraz. Nie ulega jednak wątpliwości, że niedawny „delfin” stał się obciążeniem dla swojej formacji i tylko czekać, aż Nowogrodzka zacznie dyskretnie testować nowych kandydatów na szefa rządu po jesiennych wyborach. Bo jeśli nawet PiS utrzyma się przy władzy, niezbędne stanie się odnowienie formuły i ofensywne wyjście do przodu. Tymczasem dziś plączący się w zeznaniach Morawiecki kojarzy się co najwyżej z głęboką defensywą.

Czytaj także: Triki, gesty i chwyty Morawieckiego

Morawiecki miał być twarzą prawicowej alternatywy

Upadek mitu premiera może mieć jednak głębsze konsekwencje dla PiS. W końcu nie chodziło tu tylko o Morawieckiego. Przede wszystkim był on twarzą nowej prawicowej alternatywy. O ile projekt IV RP z lat 2005–07 opierał się na rozliczeniu przeszłości, o tyle obecne rządy PiS miały być wstępem do nowej utopii. Polski mocarstwowej, która zrywa z imitowaniem zachodnich rozwiązań, nie godzi się na status podwykonawcy w globalnym łańcuchu produkcyjnym, tworzy własne technologie, pomnaża narodowy kapitał, wybija się na upragnioną suwerenność. Bo teraz to PiS miał odważnie spoglądać w przyszłość, podczas gdy zalęknieni liberałowie rozpaczliwie ratowali swoje zmurszałe status quo.

Obietnica nie została spełniona. Schyłek Morawieckiego bezlitośnie odsłania mizerię zasobów „dobrej zmiany”, doraźność jej dotychczasowych sukcesów, wąski horyzont. Wykorzystała do cna budżetową koniunkturę, podparła się jak zawsze zestawem narodowych symboli. I niewiele więcej z ostatniej czterolatki zostało. W gruncie rzeczy nie tak wiele różni prawicę od konkurencji. Ona tak samo jak inni błądzi po omacku, uważnie badając grunt przed każdym krokiem. I nie bardzo wie, dokąd zmierzać.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Czym są uczucia między robotami a ludźmi?

Jak autorka niemieckiego „Die Zeit” próbowała zaprzyjaźnić się ze „sztucznym inteligentem”, Botrisem.

Ana Mayr, [tł.] Adam Krzemiński
14.05.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną