Kraj

Sędzia, którego wybór podważył SN, za degradacją mjr Magdaleny E.

Siedziba Służby Kontrwywiadu Wojskowego Siedziba Służby Kontrwywiadu Wojskowego Tomasz Adamowicz / Forum
Sąd zatwierdził bulwersującą decyzję szefa SKW, który ukarał major Magdalenę E. za udział w operacji na Białorusi. Orzeczenie wydał sędzia, który niedawno otrzymał nominację od prezydenta.

Sędzia Konrad Łukaszewicz, który przewodniczył trzyosobowemu składowi orzekającemu, oddalił skargę oficer na decyzję o degradacji i poprzedzające ją postępowanie dyscyplinarne. Uzasadnienie było niejawne, ale decyzja sądu sprowadza się do jednego – „dyscyplinarka” została przeprowadzona zgodnie z prawem. I właśnie to budzi największe zdumienie i niepokój. Tym bardziej że o degradacji zdecydował szef SKW, a nie minister obrony, który zgodnie z ustawą o Służbie Kontrwywiadu Wojskowego i Służbie Wywiadu Wojskowego powołuje na stopień oficerski i go pozbawia.

Ta sprawa od prawie czterech lat jest opisywana przez media. Major Magdalena E. w 2015 r. podjęła się trudnego zadania – wydobycia z białoruskiego aresztu polskiego oficera, który został zatrzymany podczas prywatnej podróży i oskarżony o szpiegostwo. Operacja odbywała się nie tylko za wiedzą ówczesnego szefa SKW gen. Piotra Pytla, ale i koordynatora ds. specsłużb Marka Biernackiego.

Czytaj także: Antoni Macierewicz mści się na oficerach wywiadu

Sukces major E. początkiem kłopotów

Gdy po wyborach 2015 r. zmieniała się władza, do Służby Kontrwywiadu Wojskowego weszli ludzie Antoniego Macierewicza. Szefem SKW został jeden z jego najbliższych i najwierniejszych współpracowników Piotr Bączek. Nowe kierownictwo nie przejawiało zainteresowania sprawą przetrzymywanego w białoruskim więzieniu oficera. Major E. operację kontynuowała. – Zrobiła to, bo po zmianie władzy żona i dzieci oficera przestali dostawać o nim jakiekolwiek informacje i nawet nie wiedzieli, czy żyje – opowiadała mi dwa lata temu osoba znająca kulisy sprawy.

Czytaj także: Za co oficer SKW dostał półtora miliona

Co ciekawe, o działaniach oficer został poinformowany przez Biernackiego nowy koordynator Mariusz Kamiński, który jednak – delikatnie mówiąc – nie był w najlepszych relacjach z ekipą Macierewicza.

Operacja zakończyła się sukcesem. Mężczyzna pod koniec 2015 r. został wypuszczony i wrócił do Polski. Wtedy zaczęły się kłopoty Magdaleny E.

Wydawałoby się, że major powinna przyjmować gratulacje, nagrody i odznaczenia. Zamiast tego na wniosek Piotra Bączka wszczęte zostało przeciwko niej postępowanie dyscyplinarne. Za to, że rzekomo bez wiedzy przełożonych prowadziła operację za granicą, co miało zaszkodzić SKW i jej operacjom, została zdegradowana do stopnia kapitana, co jest jedną z najcięższych kar dyscyplinarnych. Do dziś jednak ani ona, ani nikt spoza SKW nie wie, o jakie „szkody” chodziło. Na szczęście cała operacja skończyła się wystarczająco wcześnie, bo rozpoczynając postępowanie dyscyplinarne, SKW ujawniła fakt podjęcia negocjacji z Białorusinami, co oni – wściekli – uznali za zdradę. Mieli nawet stwierdzić, że z Polakami już nigdy nie dokonają żadnej wymiany.

Czytaj także: Macierewicz ujawnił jeszcze więcej poufnych informacji [NOWE FAKTY]

Sąd pod kapturem

Major to bohaterka misji wojskowych w Afganistanie, wyróżniona polskimi i natowskimi odznaczeniami. Po powrocie z misji bojowych znów zaczęła pracować w kontrwywiadzie. Z sukcesami – jednym z nich było ujawnienie rosyjskiego szpiega w polskiej armii. Jej problemy zaczęły się, kiedy stanęła w obronie swego przełożonego płk. Krzysztofa Duszy, byłego szefa Centrum Eksperckiego Kontrwywiadu NATO, którego najpierw pozbawiono funkcji, a potem również próbowano zdegradować – tę decyzję szefa SKW NSA jednak prawomocnie uchylił. Magdalena E. mówiła otwarcie przełożonym, że nie wierzy w kierowane przeciw niemu zarzuty.

Oficer kilka lat temu wchodziła również w skład specjalnego zespołu działającego w SKW, który badał przeszłość słynnej tłumaczki Iriny Obuchowej, z pochodzenia Rosjanki, zaproszonej przez Antoniego Macierewicza do tłumaczenia jego raportu z likwidacji WSI. Efektem pracy zespołu była analiza, która w poprzedniej kadencji Sejmu trafiła do komisji ds. specsłużb, a potem na biurko premiera. Ówczesny członek komisji poseł SLD Stanisław Wziątek po lekturze dokumentu miał stwierdzić, że tłumaczka miała kontakty z rosyjskimi służbami.

Czytaj także: Jak ludzie Macierewicza rozbili polski kontrwywiad

Jak mówi pełnomocnik major mec. Antoni Kania-Sieniawski, postępowanie dyscyplinarne w jej przypadku przypominało sąd kapturowy. Rzecznik dyscyplinarny oddalił wszystkie jego wnioski dowodowe, nie dopuścił ani jego, ani mjr E. do czynności podejmowanych w sprawie (chodzi głównie o przesłuchania świadków), nie zgodził się również na wgląd do akt sprawy.

Zwrócił na to uwagę Wojewódzki Sąd Administracyjny, któremu przewodniczył doświadczony sędzia Przemysław Szustakiewicz, gdy w kwietniu 2017 r. po raz pierwszy rozpatrywał skargę Magdaleny E. na decyzję o obniżeniu jej stopnia. Uznając ją za zasadną, sąd miał stwierdzić, że jej prawo do obrony zostało naruszone. W lutym tego roku, po odwołaniu SKW, sprawę rozpatrzył Najwyższy Sąd Administracyjny. Ten odesłał ją do ponownego rozpatrzenia. Do końca nie wiadomo, dlaczego, bo uzasadnienie tego orzeczenia jest niejawne.

WSA ponownie zajął się sprawą 23 maja. Zamiast jednak wydać orzeczenie, stwierdził, że ze względu na stopień jej trudności zrobi to po dwóch tygodniach. Czyli już po wyborach europejskich.

Sprawa bulwersuje, tym bardziej że oprócz postępowania dyscyplinarnego SKW złożyło zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa przez mjr E. Ale prokuratura w jej postępowaniu nie dopatrzyła się żadnych śladów naruszenia przez nią prawa i w grudniu 2017 r. umorzyła śledztwo. Zdanie prokuratury podtrzymał sąd, do którego odwołała się SKW.

Tego jednak WSA, rozpatrując ponownie odwołanie mjr E. od decyzji o degradacji, w ogóle nie wziął pod uwagę.

Rozprawie – przypomnijmy – przewodniczył 43-letni sędzia Konrad Łukaszewicz. To jedna z jego pierwszych spraw, którą prowadził w WSA. Nominację sędziowską na to stanowisko odebrał z rąk prezydenta zaledwie w listopadzie ubiegłego roku. Wcześniej w tym samym sądzie od 2005 r. pełnił funkcję asystenta sędziego i referendarza.

Sędziowie przeciwko koledze

O stanowisko sędziego WSA starał się co najmniej trzykrotnie. W 2012 i 2015 r. jego kandydatura przepadła w Krajowej Radzie Sądownictwa. Za pierwszym razem przepadł z kretesem – nie poparł go żaden z członków rady, pięciu było przeciwnych i 13 wstrzymujących się, za drugim podobnie – nie dostał żadnego głosu przeciwnego, ale i popierającego. Rekomendację KRS udało mu się dostać w 2016 r., ale w dość kontrowersyjnych okolicznościach. Uzyskał co prawda wymaganą bezwzględną większość głosów członków KRS (dziewięć „za”, trzy „przeciw” przy pięciu wstrzymujących się), jednak tę decyzję zaskarżyła do Sądu Najwyższego kontrkandydatka Łukaszewicza. Sąd zaś nakazał ponownie zająć się sprawą, wskazując m.in., że uzyskał on niższe od kontrkandydatki poparcie Kolegium WSA, ale przede wszystkim jego kandydaturze sprzeciwiła się znacząca większość sędziów podczas Zgromadzenia Ogólnego Sędziów WSA. Otrzymał 28 głosów na „tak” przy 62 głosach przeciwnych (jego kontrkandydatka miała wynik odwrotny: 56 głosów pozytywnych i 29 negatywnych).

Opinia sędziów nie była jednak wiążąca, stąd KRS mogła ponownie przedstawić prezydentowi kandydaturę Łukaszewicza. „Zdecydował całokształt ocenianych łącznie okoliczności sprawy: wieloletnie doświadczenie zawodowe w sądownictwie administracyjnym, wyróżniająca ocena kwalifikacji, bardzo dobre opinie służbowe, a także wysokie poparcie Kolegium WSA w Warszawie i wynik głosowania w trakcie posiedzenia Zgromadzenia Ogólnego Sędziów WSA w Warszawie [sic!]” – tak brzmi uzasadnienie KRS do uchwały z 4 października 2017 r.

Orzeczenie w sprawie mjr Magdaleny E. skrytykował m.in. Marek Biernacki. – To jest zła decyzja. Nie chcę jej nazywać hańbiącą, bo nie znam uzasadnienia orzeczenia, ale na pewno hańbiąca była decyzja SKW, którą sąd usankcjonował. Sygnał, jaki wraz z tym wyrokiem idzie do polskiej armii i jej żołnierzy, jest jak najgorszy. Mówi im jasno: jeśli cokolwiek wam się stanie takiego jak waszemu koledze na Białorusi, nie możecie liczyć na wsparcie państwa i jego funkcjonariuszy. Bo im nie wolno od dziś ryzykować. Ryzyko w interesie państwa się nie opłaca – podkreślał Biernacki, który przyszedł do sądu na ogłoszenie decyzji.

Orzeczenie nie jest prawomocne. Mec. Kania-Sieniawski zapowiedział złożenie odwołania do NSA.

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Ludzie i style

Patrycja Bereznowska: do biegania same nogi nie wystarczą

Patrycja Bereznowska przebiegła przez piekło. Zajęła drugie miejsce na świecie.

Juliusz Ćwieluch
15.10.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną