Kraj

Kościół bierze spod stołu i pod stołem daje

Arcybiskup Marek Jędraszewski Arcybiskup Marek Jędraszewski Adrianna Bochenek / Agencja Gazeta
Zwolnienie przez abp. Jędraszewskiego pracownic biura prasowego krakowskiej kurii jest klarownym symbolem procederu od dawna uprawianego przez Kościół rzymskokatolicki w Polsce: funkcjonowania poza systemem prawnym, który obowiązuje wszystkich innych.

Nie chodzi przy tym akurat o oczywistą dyskryminację ze względu na stan cywilny (niezamężność – sic!) pań wiernie do tej pory służących instytucji Kościoła, której dopuścił się ich przełożony, czyli arcybiskup, pod wpływem nagłego olśnienia ideologicznego, obsesji osobistych czy rachub politycznych.

Czytaj też: Kościół w czasach zarazy

Śmieciówki zamiast umów o pracę

Rzecz w tym, że arcybiskup (kuria czy, szerzej, Kościół) zatrudniał kobiety na podstawie umów cywilnoprawnych, nazywanych nie bez racji śmieciówkami, podczas gdy charakter ich obowiązków w oczywisty sposób wymagał formuły klasycznej umowy o pracę.

Panie pracowały w zespole prasowym nie od tygodnia czy dwóch, lecz dużo dłużej. Biuro siłą rzeczy musiało być strukturą zorganizowaną, a jego działalność planowana, oparta na podziale zadań itd. Ba, jedna ze zwolnionych pełniła nawet funkcję szefowej, co świadczy o hierarchii. Nienormowane godziny pracy wynikały zaś z natury funkcjonowania mediów. Zresztą, jak dowodzą eksperci, zadaniowy czas pracy bynajmniej nie wyklucza uznania zatrudnienia za pracownicze.

Panie powinny zatem, powtórzmy, mieć podpisane z kurią umowy o pracę, i to już na czas nieokreślony. Przysługiwałby im okres wypowiedzenia, obowiązywała pisemna forma wypowiedzenia, i to z podaniem przyczyn, tak by kobiety mogły np. zakwestionować je w sądzie pracy. Arcybiskup/kuria/Kościół te zasady miały za nic.

Tylko na marginesie warto przypomnieć art. 281 pkt 1 Kodeksu pracy: „kto będąc pracodawcą lub działając w jego imieniu, zawiera umowę cywilnoprawną w warunkach, w których zgodnie z art. 22 § 1 powinna być zawarta umowa o pracę, podlega karze grzywny od 1 000 zł do 30 000 zł”. Co ważne, to delikt, którego można się dopuścić nie tylko z winy umyślnej, ale nawet nieumyślnej.

Cóż jednak z tego?! Przecież Kościół rzymskokatolicki w Polsce od dawna funkcjonuje niejako obok systemu prawnego obowiązującego inne instytucje i pozostałych obywateli.

Czytaj też: „Religia staje się uzasadnieniem aktów agresji”

Obchodzenie prawa weszło Kościołowi w krew

Naturalnie w czasach PRL była to, przynajmniej po części, reakcja na opresyjną politykę komunistycznych władz. Skoro np. administracja nie wydawała zgody na budowę świątyń, to trzeba było próbować stawiać je nielegalnie. Tak samo trudno było wtedy skrupulatnie rozliczać się z pieniędzy, m.in. napływających z zagranicy – część szła na pomoc dla opozycji.

Okazuje się jednak, że Kościół jako instytucja (hierarchowie, kler niższej rangi, wielu zaangażowanych świeckich) do cna przesiąkł taką mentalnością. Lekceważenie czy obchodzenie prawa na tyle weszło mu w krew, że nie zrezygnował z tego podejścia w wolnej Polsce. A przecież od 1989 r. państwo zachowywało wobec Kościoła rzymskokatolickiego życzliwość, a wręcz, by tak rzec, sypało przed nim kwiaty i rozpościerało dywany. Czyniły tak wszystkie rządy, niezależnie od orientacji, i to nie bacząc na możliwe skutki. Od kulturowych (katastrofalna decyzja wprowadzenia religii do szkół podjęta przez gabinet Tadeusza Mazowieckiego, zresztą z nagięciem procedur) po polityczne (zacieranie zasady rozdziału Kościoła od państwa) i czysto finansowe (tolerowanie manipulacji komisji majątkowej).

Dopiero ostatnio – i to tylko dzięki mediom – ujawniono przypadki znęcania się nad dziećmi w zakonnych ośrodkach opiekuńczych czy pedofilii duchownych oraz tuszowania ich przez hierarchów ręka w rękę z organami ścigania.

Dochodzi utrzymywanie reguły praktycznego nieopodatkowania zysków Kościoła „z tacy” czy z tytułu rzekomo dobrowolnych datków za posługi religijne, w tym tak delikatnych jak pochówki na cmentarzach parafialnych. Na zaniechanie państwa w uregulowaniu tej drastycznej etycznie sprawy zwracał uwagę swego czasu Bartłomiej Sienkiewicz.

Kościół bierze spod stołu i pod stołem daje

Owa abdykacja państwa dotyczy też całkiem sporej sfery stosunków pracy, a więc zatrudnienia kościelnych, organistów, księżowskich gospodyń. Oraz kościelnych interesów: inwestycji budowlanych, handlu dewocjonaliami czy nawet żywnością pod marką rozmaitych „produktów benedyktyńskich” itp. Gros z nich odbywa się w „szarej” strefie, a często zupełnie nielegalnie.

Kościół bierze spod stołu (i to w kopertach lub reklamówkach) i pod stołem daje, też w kopertach i często wedle łaski plebana. A państwo polskie patrzy, a raczej udaje, że nie widzi, do jakich patologii to czasami prowadzi.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Rynek

Ciemne strony zakupowego szaleństwa

Choć w te święta oszczędzać jeszcze nie będziemy, moda na zakupowe szaleństwa powoli się kończy. Na drodze rozpasanej konsumpcji stają coraz głośniej wyrażane obawy o przyszłość. Zarówno naszych portfeli, jak i naszej planety.

Cezary Kowanda
03.12.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną