Kraj

Policyjne psy zginęły w męczarniach. Bo ludziom zabrakło rozumu

To człowiek jest odpowiedzialny za los zwierzęcia, jakie oswoił. To człowiek jest odpowiedzialny za los zwierzęcia, jakie oswoił. Kuba Ociepa / Agencja Gazeta
Policyjne psy ugotowały się na śmierć. Kto ponosi odpowiedzialność za to, co się wydarzyło? I czy całego dramatu nie należałoby uznać za znęcanie się nad zwierzętami?

Ta wiadomość jest z gatunku powalających. Ale od początku: na warszawskiej Pradze, przy ul. Jagiellońskiej, doszło do awarii sieci ciepłowniczej. Wrząca woda wyciekła z instalacji (nie wiadomo, z jakiego powodu, może cała sieć jest stara i niekontrolowana), rozlała się i przedostała na teren nieodległego Laboratorium Kryminalistyki KG Policji. W tym czasie psy przebywały w zamkniętych boksach. Z pewnością szczekały, bo zwierzęta potrafią przewidzieć zagrożenie czy niebezpieczeństwo, ale pewnie nikt nie zwrócił na to uwagi, nikt ich głosu nie usłyszał. Albo zlekceważył.

Nie mogły uciec, kiedy woda dotarła do kojców. Po prostu ugotowały się żywcem, choć policja jeszcze nie mówi tego wprost. Nikt nie przybiegł ich ratować, nikt ich nie uwolnił.

Czytaj także: Prof. Elżanowski o tym, czego pragną zwierzęta

Gdzie byli opiekunowie tych psów?

Trudno zrozumieć, czy laboratorium i psy pozostawały bez opieki, nadzoru, bez monitoringu, alarmu? Kamery kosztują parę złotych, instaluje się je na każdym kroku, na każdej niemal latarni, w autach, na ulicy, wszędzie. Tymczasem na policji tak po prostu zamykano w kojcach zwierzęta i pozostawiano je samym sobie? Bez nadzoru, w klatach narażonych na niebezpieczeństwo, jak widać po efektach zdarzenia.

To nie był grom z jasnego nieba ani atak jądrowy. To była awaria sieci ciepłowniczej. Nie pierwsza w Warszawie przecież. Gdzie byli opiekunowie tych psów i dlaczego zabrakło im wyobraźni? Dlaczego zgodzili się zamykać swoich przyjaciół, współtowarzyszy pracy i życia, w kojcach bez wyjścia, w terenie, który był zagrożony, bo przebiegał w pobliżu ciepłociąg? Jak mogli nie sprawdzić, czy istoty, za które ponoszą odpowiedzialność, są bezpieczne, kiedy pozostają same? Były zdane na ludzi i ludzki rozum. Gdyby były wolne, poradziłyby sobie.

Czytaj także: Maltretowali kota i pochwalili się tym w internecie

To znęcanie się nad zwierzętami

To człowiek jest odpowiedzialny za los zwierzęcia, jakie oswoił. To on musi zadbać, żeby nie wskoczyło na rozpaloną kuchnię, żeby jego sierść nie zapaliła się od płomienia gazu, żeby nie wypadło z nieosiatkowanego balkonu, nie zaklinowało się w półotwartym oknie, żeby nie wybiegło wprost pod koła samochodu. Niebezpieczeństwa są na każdym kroku. To człowiek musi przewidywać, myśleć, myśleć, myśleć. I ogarniać nie tylko zamek kojca. W dodatku od policji wymaga się czegoś więcej. Przewidywania, rozsądku. Policjanci powinni wiedzieć o niebezpieczeństwach więcej niż „zwykli” ludzie.

Podobno opiekunom psów trzeba było udzielić pomocy psychologicznej, byli w szoku, gdy zobaczyli, co się stało. Trochę za późno, niestety, należało wcześniej pomyśleć, zareagować, wówczas nie byłoby traumy, psycholog nie byłby potrzebny. A psy nie straciłyby życia.

Kto ponosi odpowiedzialność za to, co się wydarzyło? I czy całego dramatu nie należałoby uznać za znęcanie się nad zwierzętami? Sześć policyjnych psów zginęło w męczarniach. Bo człowiekowi zabrakło rozumu.

Czytaj także: List gończy za właścicielem skatowanego psa

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

Historia, jakiej nie znacie: Zarazki na wojnie

Przerażające pojęcie „broni biologicznej” kojarzy się z XX w. Ale na pomysł, by wykorzystywać trucizny i choroby, wojskowi wpadli na długo, zanim ktoś po raz pierwszy wypowiedział słowo „wirus”.

Jan M. Długosz
27.03.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną