Kraj

Konwencja Małgorzaty Kidawy-Błońskiej strzałem w dziesiątkę

Konwencja Małgorzaty Kidawy-Błońskiej w Warszawie Konwencja Małgorzaty Kidawy-Błońskiej w Warszawie Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta
Tak dobrej inauguracji wyborczej Platforma Obywatelska nie miała od lat. A może nawet w ogóle w swojej historii.

A jednak można. Z sensem, dobrym scenariuszem, pomysłowym zestawem gości. Bez nadmiernych przegięć i przerostu formy nad treścią. Ani śladu po heroicznych zmaganiach z oporem kampanijnej materii w ostatnim czasie. Tak dobrej inauguracji wyborczej Platforma Obywatelska nie miała od lat. A może nawet w ogóle w swojej historii.

Zwłaszcza że takich konwencji nie należy oceniać w kategorii zdarzeń autonomicznych. One nabierają znaczenia dopiero na szerszym tle. Pokonanie własnych słabości oczywiście ma znaczenie dla wyborców, ale najważniejszym punktem odniesienia zawsze jest przecież przeciwnik z drugiej strony barykady. Pod tym względem sobotnia konwencja Małgorzaty Kidawy-Błońskiej tak samo okazała się strzałem w dziesiątkę. Organizatorom udało się tak zaprojektować całą imprezę, aby obnażyć najważniejsze słabości Andrzeja Dudy.

Sławomir Sierakowski: Którędy do Pałacu

Kidawa-Błońska i obywatele

Urzędującego prezydenta przedstawiali dwa tygodnie temu podczas analogicznej konwencji Jarosław Kaczyński, Beata Szydło i Mateusz Morawiecki. Czyli cała partyjna ekstraklasa. Trudno wręcz było się rozeznać, kto tu kogo tak naprawdę supportował. U Kidawy-Błońskiej rzecz jasna nie mogło zabraknąć na scenie nowego szefa PO Borysa Budki. Pojawił się na krótko z zestawem prostych zagajeń.

I ustąpił zaraz miejsca obywatelom z problemami. Ojcu zamordowanego na komisariacie chłopaka, niepełnosprawnej dziewczynie zmagającej się z rakiem, ofierze kolizji drogowej z kolumną rządową, weteranowi misji wojskowych, aktywistom ekologicznym. Wpisanie realnych dramatów w poetykę widowiska z gatunku „światło i dźwięk” momentami było pewnie problematyczne. Cel został jednak osiągnięty. Oto po jednej stronie mamy „kandydata marzeń”, po drugiej zaś przedstawicielkę społeczeństwa obywatelskiego.

Dwa tygodnie temu u Dudy liczył się tylko wizerunek. Kandydat przemawiał, choć niczego nie powiedział, a przynajmniej niczego, co dałoby się zapamiętać. Kidawa, niezależnie od zagrzewającej do boju retoryki, coś już miała do powiedzenia o najbardziej newralgicznych przestrzeniach realnego życia. Było więc o zdrowiu, bezpieczeństwie, czystym powietrzu, usługach publicznych. Nie zabrakło paru konkretnych zobowiązań: dodatkowego procenta PKB na służbę zdrowia, emerytur bez podatku, nowych agend odpowiedzialnych za klimat i zwalczania dezinformacji w internecie.

Pewnie nie wszystko idealnie się kleiło (np. sugestia, aby Rada Dialogu Społecznego zajmowała się drożyzną w sklepach), niektóre kwestie kandydatka potraktowała zbyt ogólnikowo bądź życzeniowo (np. sprawy międzynarodowe), spora byłaby też lista pominięć. Zabrakło choćby deklaracji, jak Kidawa wyobraża sobie ponadtrzyletnią kohabitację z rządem PiS. Bo jej zapowiedź, że będzie podpisywać ustawy, które „są dobre dla ludzi”, to przecież masło maślane (a przy tym kalka z inauguracyjnego wystąpienia Dudy w 2015 r.). Choć to w sumie drobiazgi. Chodziło w tym wszystkim o podkreślenie, że prezydentura niekoniecznie musi być tylko polityczną formą, ale i narzędziem rozwiązywania problemów.

Czytaj też: Startuje kampania Dudy, PiS nie będzie oszczędzać

Zalety i gafy Kidawy

Zręcznie udało się również organizatorom konwencji zaznaczyć różnice obyczajowo-kulturowe. Okazji dostarczył lapsus Kaczyńskiego, że Duda „ma też inne zalety: żonę”. Tyle że na imprezie PiS dla pierwszej damy nawet nie przewidziano mikrofonu. Miała tylko stać u boku męża i promiennie się uśmiechać. Inaczej niż teraz kandydat na „pierwszego męża” Jan Kidawa-Błoński, który ze scenicznym biglem opowiadał o żonie oraz partnerskich relacjach w ich wieloletnim związku.

Samej Kidawie-Błońskiej werwy tym razem nie zabrakło. Widać, że ma za sobą solidny trening. Na dłuższą metę trudno oczywiście będzie ukryć, że to ekspresja wyuczona, zdecydowanie wbrew uładzonemu temperamentowi kandydatki. Na tym polu pewnie Dudzie już nie dorówna. Niemniej słuchało się jej wystąpienia z zainteresowaniem, obyło się bez retorycznych wpadek. Co istotne, gdyż propaganda PiS w sieci od początku kampanii pracowicie kompiluje wszelkie powyrywane z kontekstu bądź faktyczne gafy Kidawy, układając je w niekończący się serial mający dowodzić, iż kandydatka PO jest w tej dziedzinie godną następczynią Bronisława Komorowskiego. Ale sobotnia konwencja raczej nie będzie źródłem nowego materiału.

Badanie „Polityki”: Potencjał kontrkandydatów Dudy

Ekipa Budki odrabia lekcje

Ogólny przekaz nie okazał się specjalnym zaskoczeniem. Platforma kontynuuje kierunek z poprzedniej kampanii. Z jednej strony akcentuje obronę praworządności i europejskich wartości, z drugiej stawia na rozwój usług publicznych. Nadal obowiązuje kanoniczne hasło „nic, co dane, nie zostanie zabrane”.

Kidawa-Błońska będzie konsekwentnie balansować między ogólną wspólnotową retoryką („Będę prezydentem wszystkich Polaków”) a dyskretnym podsycaniem sprzyjającej jej polaryzacji. W trakcie sobotniej konwencji ani na moment nie odpuszczono polemicznego tonu wobec „dobrej zmiany”. I równie mocno pilnowano się, aby nie poruszać tematów, co do których w obrębie szeroko pojętego „antyPiSu” nie ma pełnej zgodności.

Nie było więc słowa o relacjach z Kościołem, kwestiach obyczajowych (nawet stosunkowo nieproblematycznych związkach partnerskich) ani – co w przypadku jedynej w stawce kandydatki może zaskakiwać – prawach kobiet (np. do równej płacy). Również ekonomicznych poglądów można się co najwyżej domyślać. Niczego, co mogłoby skłócić liberalne centrum ze społeczną bądź progresywną lewicą, postępowymi katolikami, umiarkowanymi konserwatystami, zawiedzionymi wyborcami PiS. Chodzi oczywiście o to, aby nie zrażać obecnych zwolenników Kosiniaka-Kamysza, Biedronia i Hołowni.

Ogólna obłość tej kreacji ma zatem strategiczne uzasadnienie. Cała sztuka w tym, żeby ją atrakcyjnie przedstawić, wycieniować mielizny i uczynić wiarygodną. W czasach Grzegorza Schetyny przeważnie zarzucano Platformie brak programowej treści. Co ogólnie było słuszne, choć ów deficyt w równym stopniu wynikał pewnie z umysłowego lenistwa partyjnych elit i całkiem realistycznych obaw, że nadmierna konkretyzacja może zniechęcić część elektoratu. Tylko formacje niewielkie, obsługujące wąskie nisze, mogą cieszyć się luksusem klarownej orientacji.

Być może Platformie w znacznie większym stopniu szkodziło coś zupełnie innego. Paździerzowa estetyka, sztywność formy, językowe rytualizmy. Podszyte dyskretną nutką pogardy wobec własnych wyborców („po co mamy się wysilać, skoro nie macie na kogo innego zagłosować”). Na tym polu postęp jest już wyraźny. Nowa ekipa Budki odrobiła lekcję z ostatnich lat.

Bo z marszu wchodząc teraz w tryb kampanii, nie mogła sobie pozwolić na eksperymenty programowe. To, co realnie było do zrobienia, to zbudować kompetentny sztab, poszukać fachowców z dobrymi pomysłami, zmobilizować struktury do ciężkiej pracy i wytworzyć tzw. dobrą atmosferę. I widać już pierwsze efekty. O ile PiS meandruje między wewnętrznymi kryzysami i coraz mocniej pogrąża się w chaosie, o tyle zaplecze Kidawy-Błońskiej wydaje się poukładane i nieźle zmotywowane.

Ostrożnie z entuzjazmem, ale…

Oczywiście nie należy przeceniać znaczenia jednej konwencji. To właściwie pierwsze poważne rozdanie kart, wiele kolejnych jeszcze przed nami. Kidawa-Błońska nadal nie jest faworytką tych wyborów. Jedno niezłe wystąpienie nie daje zresztą gwarancji, że sprawdzi się dobrze w innych kampanijnych formatach. Zwłaszcza w bezpośrednich debatach, które znacznie oddziałują na wyborców. W sondażach kandydatka PO nadal znajduje się daleko za Dudą.

Ale już dystans mentalny systematycznie się skraca. Jeszcze nie tak dawno mówiło się, że prezydenta czeka w tej kampanii niezbyt forsowny spacerek. Potem – że rywalizacja mimo wszystko może być wyrównana. A teraz okazuje się, że pierwszą rundę wygrywa Kidawa-Błońska i to na nią sztabowcy Dudy będą musieli szukać nowego patentu. Któż jeszcze kilka tygodni temu poważnie rozważał taki obrót spraw?

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

O Niemcach, którzy z konieczności zostali Polakami

Książka naszego redakcyjnego kolegi Piotra Pytlakowskiego „Ich matki, nasi ojcowie”, której fragment publikujemy, opowiada o losach niemieckich dzieci mieszkających na ziemiach, które po II wojnie światowej przypadły Polsce.

Piotr Pytlakowski
15.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną