Kraj

Czy wirus zakazi F-35? Czyli gdzie teraz szukać oszczędności

Eskadra samolotów wojskowych F-35A Eskadra samolotów wojskowych F-35A Ronald Bradshaw / Planetpix / Zuma Press / Forum
Politycy opozycji sypią pomysłami, jak zmienić budżet MON w celu walki z epidemią. Liderzy PSL i PO – a Lewicy od dawna – chcą wstrzymania płatności za samoloty F-35. Czy to możliwe i czy to potrzebne?

Perspektywa cięć budżetowych związanych z epidemią jest coraz wyraźniejsza. Z rządu głośniej słychać o nieuchronności nowelizacji budżetu, a tzw. tarcza antykryzysowa daje możliwość przesunięć i bez tego – na mocy rozporządzeń. Tradycyjnie już w czasie kryzysu na celownik trafiają wydatki obronne – uznawane, choć nie bardzo wiadomo dlaczego, za rezerwuar środków „do wzięcia”. Na razie oficjalnie o tym cisza, ani premier, ani szef MON nie wspominają o takich planach, a media jakoś nie kwapią się o to pytać. Do ataku ruszyli natomiast politycy opozycji, biorąc na cel największy ostatni zakup zbrojeniowy – samoloty F-35.

Szturm na myśliwce. Polska First!

„Trzeba rozmawiać z Amerykanami. Jeżeli są z nami w prawdziwym sojuszu i solidarność jest tutaj dwukierunkowa, to ten zakup powinien być odłożony” – pierwszy do ataku ruszył Władysław Kosiniak-Kamysz w czasie czwartkowej rozmowy politycznej w TVN24. Według szefa ludowców zakup F-35, zatwierdzony przez ministra Mariusza Błaszczaka 31 stycznia, jest w obecnej sytuacji inwestycją chybioną: „Inwestycja, która nas ochroni w tych najbliższych dniach, to jest inwestycja w gospodarkę, w miejsca pracy”. Poglądy Kosiniaka-Kamysza wsparł były szef BBN gen. prof. Stanisław Koziej. Jego zdaniem „F-35 jest najbardziej wątpliwym strategicznie zakupem zbrojeniowym i dlatego w ramach wymuszonej kompresji programu rozwoju SZ powinien być pierwszym źródłem oszczędności”.

Czytaj też: Generałowie przegrywają pierwsze starcie z wirusem

W podobnym tonie wypowiedział się były minister obrony, poseł PO Tomasz Siemoniak. „Uważam, że w 2020 maksimum środków z MON musi trafić do polskiego przemysłu obronnego i polskiej nauki. Trzeba renegocjować tegoroczne wielomiliardowe płatności dla zagranicznych koncernów. Nic się nie stanie, jeśli F-35 będą w 2029 zamiast w 2028. Chrońmy miejsca pracy w Polsce!” – napisał na Twitterze. Kiedy wokół jego wpisu rozgorzała dyskusja, Siemoniak poszerzył listę transakcji, które chciałby wstrzymać: „Jeśli MON nie renegocjuje kontraktów i nie przekieruje wielomiliardowych płatności dla koncernów zagranicznych (F-35, Patriot, HIMARS, samolot VIP) na polski przemysł obronny i walkę z epidemią (szpitale polowe itd.), to nikt nie zaprotestuje przeciw cięciom budżetu. Poland First!”. Tak, minister z rządu PO poszedł śladem Donalda Trumpa.

Tylko Lewica wyrażała ostrą krytykę zakupu samolotów F-35 od początku i z innych powodów. Lider ugrupowania Włodzimierz Czarzasty powtarzał, że wedle jego wiedzy F-35 to samoloty szturmowe, przeznaczone do atakowania, a nie obrony, i pytał, kogo Polska zamierza atakować. Kandydat na prezydenta Robert Biedroń wielokrotnie mówił, że Polski nie stać na te samoloty, wskazywał też na krytyczne raporty dotyczące ich niedopracowania. Ale to było jeszcze przed pandemią, więc niewykluczone, że gdyby polityków Lewicy spytać o pogląd teraz, argumentowaliby jak Platforma czy PSL, że dziś są ważniejsze wydatki.

Czytaj też: Samolot, który myśli – F-35A dla Polski

Koalicja przeciw F-35?

Wygląda więc na to, że krytyka najnowszego dużego zakupu zbrojeniowego Polski połączyła już większość ugrupowań opozycji, które jeszcze niedawno kręciły nosem na tryb czy też styl, w jakim negocjowano i podpisywano umowę, lecz nie kwestionowały jej sensu. Rozchwianie układu władzy PiS, jakie obserwujemy w ostatnich dniach i godzinach, sprawia zaś, że opozycyjne głosy za chwilę mogą stać się językiem nowego układu władzy i uzyskać wpływ na decyzje rządu. Tym bardziej że wbrew prezentowanej na zewnątrz jednolitości (na podpisaniu umowy dostawy z rządem USA obecni byli prezydent, premier i minister obrony) sympatia dla F-35 nie rozkłada się równomiernie.

Największym zwolennikiem zakupu był sam minister obrony narodowej Mariusz Błaszczak i jego otoczenie, choć im dalej od al. Niepodległości, tym więcej sceptycyzmu można usłyszeć i z wojska, i z instytucji MON. Nie wszyscy podzielali entuzjazm dla F-35 w otoczeniu prezydenta, mimo że to Andrzej Duda uczynił z transakcji narzędzie strategicznego porozumienia z USA – z dodatkowymi żołnierzami wysyłanymi do Polski w tle. W przypadku PiS najwięcej sceptyków F-35 jest w... rządzie, a ściślej w kancelarii premiera. Słychać stamtąd, że wydatek ten nie przełoży się na postęp gospodarczy, a i możliwości jego użycia w przypadku konfliktu mogą się okazać niewspółmierne do kosztów utrzymania. Ostatecznie przeważył pogląd, że tak drogą, ale strategicznej mocy kotwicę warto zarzucić, by związać Polskę z USA na stałe i na dekady. Kryzys epidemiczny jednak poglądy zmienia, nawet te mocno zakotwiczone. – Padnie wiele dogmatów – usłyszałem niedawno od wysoko postawionego urzędnika rządowego. Czy padnie również F-35? – zapytałem, bez odzewu.

Czytaj też: Kluczowe rakiety bez decyzji. Gdzie wsiąkła Narew

Czy można anulować umowę na F-35?

Najkrótsza odpowiedź brzmi: tak. Porozumienie międzyrządowe, a takim jest zamówienie samolotów w trybie FMS (Foreign Military Sales), rządzi się innymi prawami niż cywilny kontrakt biznesowy, a przecież i te można cofnąć z tytułu siły wyższej. Procedura FMS przewiduje możliwość odwołania zamówienia przez zamawiającego.

Choć decyzja jest polityczna, to w Ameryce na wszystko są formularze: wniosek ma zawierać opis, powody rezygnacji, oświadczenie o pokryciu kosztów i wpłacie zaliczki na poczet kosztów odwołania. Opłata administracyjna związana jest ze stopniem zaawansowania programu: niewielka (15 tys. dol.), gdy dotyczy zamówień mniejszej wartości – połowę przewidywanych kosztów procedury FMS albo procent przewidywanej wartości kontraktu, odpowiadający narzutowi pobieranemu przez rząd USA za obsługę kontraktu.

Cena anulowania jest duża, gdy rusza produkcja komponentów. Dlatego np. wycofanie się z zakupu z patriotów w programie Wisła byłoby dla nas kosztowne – amerykańskie firmy już pracują nad zamówieniami. Rezygnacja z F-35 nie byłaby tak droga, bo produkcja jeszcze się nie zaczęła, a program jest w fazie organizacji. Gdyby Amerykanie chcieli nas ukarać, mogliby zażądać 160 mln dol., bo opłata administracyjna za FMS wynosi 3,5 proc. kontraktu wartego 4,6 mld dol.

Czytaj też: PiS się poddaje, Sasin zabiera zbrojeniówkę z MON

Ale koszty finansowe to w tym wypadku najmniejszy problem. Polska straciłaby dużo więcej w kontekście relacji z USA, pozycji w NATO i przyszłego potencjału obronnego (pod warunkiem rzeczywistego przeskoku generacyjnego i dostosowania wszystkich systemów do poziomu F-35). Te koszty są niewymierne, a część z nich odłożona w czasie, więc dziś w emocjach i panice wywołanej epidemią wydają się łatwe do poniesienia. Tak jednak nie jest – oto dlaczego.

Skąd wziąć oszczędności w czasie pandemii

Skasowanie najambitniejszego programu modernizacyjnego sił zbrojnych – przy całej, w części uzasadnionej krytyce jego genezy i uruchomienia – byłoby dowodem porażki myśli strategicznej tej czy innej władzy politycznej. F-35 jest bowiem nie tylko kotwicą zarzuconą za ocean, ale wyborem, który miał wskazywać ścieżkę modernizacji wojska na najbliższe 20–30 lat jako jednego z liderów w europejskiej części NATO.

Czytaj też: Czy Polska na pewno może liczyć na NATO po 2020 roku?

Zwrot o 180 stopni wobec budowanych latami relacji z USA i składanych równie długo deklaracji oznaczałby utratę wiarygodności. Tym bardziej że Polska dopiero co zwiększyła wydatki obronne do 2,1 proc. PKB i swoją pozycję w NATO budowała m.in. na tym, że inwestuje w zbrojenia na bazie swojego sukcesu gospodarczego. Wycofanie się z zakupu F-35 postawi pod znakiem zapytania przyszłość polskiego lotnictwa bojowego, skazując je na wegetację z trzema zaledwie eskadrami F-16 i nieuchronnie zmierzającymi na złom MiG-ami czy Su-22. Można sobie wyobrazić, że kasując F-35, będziemy szukać jakiegoś „rozwiązania pomostowego” w postaci samolotów używanych starszych generacji, a byłby to ogromny regres wobec przyjętego poziomu ambicji. Wreszcie, jeśli chodzi o gotówkę, „do zaoszczędzenia” w tym roku są niecałe 2 mld zł. Tyle bowiem wynoszą przewidziane na 2020 r. płatności na rzecz rządu USA związane z programem Harpia. Oczywiście, całość kontraktu na F-35 idzie w grube miliardy dolarów, ale tych pieniędzy nie ma w żadnym skarbcu MON odłożonych gdzieś na półce. Są to wydatki wirtualne, istniejące na papierze. Nikomu nic nie dodadzą dziś, jutro czy za rok.

Czytaj też: Tak złej sytuacji w lotnictwie wojskowym nie było nigdy

Koronawirus zakazi polski budżet

Nie ma się jednak co łudzić, że kryzys nie odbije się na zbrojeniach. Polskę czeka spadek wartości PKB, która wyznacza poziom wydatków obronnych. Co prawda w ustawie o finansowaniu sił zbrojnych nie ma mechanizmu obligatoryjnej obniżki budżetu MON w razie złego oszacowania PKB (budżet oparty jest na założeniach resortu finansów, powstających latem/jesienią roku poprzedniego), ale trudno sobie wyobrazić, by w atmosferze zaciskania pasa i ogromnych wydatków na walkę z kryzysem przetrwać mogło obecne prawie 50 mld zł przeznaczone na obronność.

Jak głębokie będą cięcia, o tym na razie nikt nie chce mówić, nowelizacja budżetu to kwestia kilku miesięcy. Wedle publikowanych w mediach szacunków spadek wartości PKB może być głęboki, a margines cięć może sięgnąć kilku miliardów złotych. Polityka Insight wyliczyła, że w skrajnie negatywnym scenariuszu to nawet 6,5 mld zł, gdyby rządzący chcieli trzymać się poziomu 2,1 proc. Gdyby wydatki resortu zostały tak radykalnie obcięte, nieuchronna byłaby rezygnacja lub przesunięcie części przewidzianych na ten rok zakupów. Nie wiemy dziś, jak silnie epidemia uderzy w gospodarkę i jak bardzo zbiedniejemy my wszyscy, a zatem i państwowa kasa. Możemy przewidywać, że kryzys będzie poważny. Ale czy to znaczy, że należy wstrzymać programy zbrojeniowe? W mojej opinii takie „lekarstwo” byłoby gorsze od choroby.

Renegocjować kontrakt na F-35, nie rezygnować

Epidemia bowiem minie, choć nie wiemy, kiedy. Będą straty i będą ofiary, coraz wyższe. Ale państwo musi je przetrwać i musi zachować zdolność do obrony, odstraszania i współpracy sojuszniczej. Potrzeby modernizacyjne wojska nie znikają w kryzysie, może nawet stają się wyraźniejsze, choć w tej chwili dotyczą zdolności transportowych, logistycznych, łączności i wojskowej ochrony zdrowia. Ale przecież nawet w mediach widać, że w „twardej” obronności dzieje się dużo niezależnie od epidemii. Na wschodnich granicach nie bez powodu stanęły posterunki radiolokacyjne, o czym donosiła prasa na Podlasiu. Lekarze do Włoch polecieli wojskową CASĄ, samolotem transportowym, który kupiono, gdy polska gospodarka wcale nie była jeszcze wzorem sukcesu.

Czytaj też: Tarcza antykryzysowa, czyli listek figowy

Kontrakty na F-16, KTO Rosomak, pociski Spike podpisywano w czasie, gdy Polacy jeszcze czuli w kościach 20-procentowe bezrobocie z ubiegłej dekady. Postulaty przekierowania pieniędzy z wielkich kontraktów z USA na krajowy przemysł obronny są ślepą uliczką. PGZ ani najlepsze prywatne zakłady zbrojeniowe nie wyprodukują nam samolotów bojowych, rakiet dalekiego zasięgu, systemów obrony antyrakietowej – więc hasła o zastępowaniu jednych zamówień innymi to demagogia, groźna w naszej sytuacji geopolitycznej.

Tym groźniejsza, że uderzona epidemią Ameryka będzie w najbliższych latach o wiele mniej chętnie angażować się gdziekolwiek na świecie, także w Europie. Tym bardziej musimy mieć potencjał i uzbrojenie, a więc musimy je kupić – również z USA, a może przede wszystkim stamtąd. Rząd powinien rzecz jasna zabiegać o odłożenie płatności, a nawet poprosić o ustanowienie specjalnej linii kredytowej. Po epidemii może przyjść czas na ponowne przemyślenie nie tylko koszyka zamówień, ale w ogóle koncepcji sił zbrojnych – w tym kosztów osobowych, które stanowią ponad 40 proc. budżetu MON. Tu kryje się rezerwa. Rezygnacja z zamówień o kluczowym znaczeniu dla obronności byłaby jednak błędem.

Czytaj też: Będzie więcej „wojska na ulicach”. Spokojnie, to tylko patrole

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Kryzysowe relacje dzieci z rodzicami

Prof. dr hab. Katarzyna Schier o tym, jak polska historia wpływa na polskie rodziny.

Katarzyna Czarnecka
06.05.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną