Kraj

F-35 dla Polski. Lot w przyszłość, ale bez trzymanki

Włoskie F-35A przyleciały specjalnie na uroczystość w Dęblinie. Włoskie F-35A przyleciały specjalnie na uroczystość w Dęblinie. Marek Świerczyński / Polityka
Polska wykupiła dziś miejsce w elitarnej lotniczej uczelni. Od gali absolwentów dzielą nas jednak lata nauki, niełatwe egzaminy i słone czesne.

Ale przecież uczyć się warto, zwłaszcza u boku najlepszych. Jeśli „klasę F-35” przyrównać do amerykańskiego college′u, to można powiedzieć, że podstawówkę zaliczyliśmy na kursie F-16. Zakupione w 2003 r. myśliwce były przełomem w lotnictwie – cztery lata po wejściu do NATO Polska wprowadzała na uzbrojenie pierwsze zachodnie samoloty bojowe, przyjmowała cały system ich używania, utrzymania, szkolenia załóg i obsługi, współpracy z innymi rodzajami wojsk i zaprzyjaźnionymi siłami powietrznymi. Zaczęła myśleć i planować, opierając się na operacjach połączonych. Innymi słowy, zdecydowała się na chrzest w natowskiej wierze.

Dlatego dzisiejszą ceremonię w Dęblinie, czyli tam, gdzie podpisywano umowy związane z zakupem F-16 (na dostawę i offsetową), można nazwać bierzmowaniem. Potwierdzeniem, że siły powietrzne RP zgłaszają się do pierwszej ligi, elity NATO, by korzystać z najnowszych osiągnięć technicznych i operacyjnych. Poza wszystkim to deklaracja natury strategicznej: nasz kraj chce być na pierwszej linii, dotrzymywać kroku najlepszym, w razie potrzeby wykonywać najbardziej wymagające misje. I bez wahania, a nawet bez dłuższego zastanowienia inwestuje w amerykańską technologię, z której nie ma szans ani zamiaru skorzystać przemysłowo. To też zobowiązanie na kolejne dziesięciolecia, że stan polskiego lotnictwa bojowego będzie zależał od relacji z USA. Zresztą podobnie jak stan całych sił zbrojnych.

Czytaj też: Czy tureckie F-35 ostatecznie trafią do Polski?

Klocki MON w amerykańskiej układance

F-35 jest trzecim dużym systemem uzbrojenia kupionym w ostatnich latach w USA i bardzo pasującym do dwóch pozostałych. Wygląda to tak, jakby polski MON dokładał kolejne klocki do systemowej układanki zaprojektowanej przez Amerykanów. Pierwszym elementem była sieć kierowania i dowodzenia obroną powietrzną IBCS, do której na razie zamówiono jedynie dwie baterie antyrakietowych patriotów PAC-3 MSE.

Celowo piszę o cyfrowej sieci przed patriotami, bo tak naprawdę – szczególnie przy skąpym zakupie samych wyrzutni – to ona jest ważniejsza. Jeśli w przyszłości, tak jak planowano, IBCS złączy patrioty z niższym piętrem obrony powietrznej, czyli nadal niestworzonym systemem Narew, okaże się najważniejszym zakupem zbrojeniowym kraju. Drugim klockiem były wyrzutnie rakiet ziemia-ziemia HIMARS, też zamówione na początek w „śladowej” liczbie. Samoloty F-35 przetestowano już w roli latających czujników mogących wskazywać cele zarówno dla obrony antyrakietowej (w pociski balistyczne), jak i uderzeń rakietowych na średnie i duże dystanse (HIMARS może strzelać na 300 km).

Wprowadzając do systemu F-35, Polska wzbogaci swoje możliwości wykrywania antyrakietowego (z patriotami przyjdą najpierw tylko cztery radary) i rozpoznania uderzeniowego dla rakietowej artylerii naziemnej. Funduje sobie to wszystko wraz ze zdolnością przenikania przez obronę powietrzną przeciwnika, jaką zapewnia obniżona wykrywalność radarowa maszyn piątej generacji. Gdy w służbie będą już pełne dwie eskadry F-35, wsparte przez trzy (a może zgodnie z obietnicą cztery) eskadry F-16, a na ziemi wszystkie osiem baterii patriotów i minimum trzy dywizjony HIMARS-ów – Polska przeskoczy kilka poziomów w zdolnościach odstraszania i obrony. Taki miks wydaje się idealnie dopasowany do wykonania piorunującego kontruderzenia w pierwszych godzinach operacji obronnej. A jeszcze lepszy dla uderzenia wyprzedzającego, gdy wojna będzie nieunikniona – choć trudno to sobie wyobrazić w NATO i wobec najbardziej prawdopodobnego przeciwnika: Rosji.

Posiadanie takiego potencjału sprawi, że Polska będzie postrzegana jako trudniejszy przeciwnik i mocniejszy partner (także dla tego najważniejszego sojusznika, amerykańskiego). Jeśli MON spełni zapowiedzi i do samolotów pilotowanych dołączą trudno wykrywalne bezzałogowce nowej generacji, można będzie mówić o technologicznej rewolucji na niespotykaną wcześniej skalę.

Mariusz Błaszczak podpisuje umowę ws. zakupu F-35Marek Świerczyński/PolitykaMariusz Błaszczak podpisuje umowę ws. zakupu F-35

Ile w końcu zapłacimy za F-35

Ale żeby tak się stało, konieczny był pierwszy krok. Podpisana dziś umowa zawiera według MON prócz 32 samolotów zapas części zamiennych i eksploatacyjnych, system informatyczny umożliwiający obsługę samolotów w bazach, wsparcie logistyczne do 2030 r. (potem trzeba będzie podpisać kolejną umowę, już z Lockheedem), szkolenie pilotów w USA i Polsce, w tym na ośmiu symulatorach kupionych razem z samolotami, oraz jeden zapasowy silnik F135.

Resort podaje, że cena jednostkowa samego myśliwca z silnikiem w polskim kontrakcie to 87,3 mln dol. Nie podano jednak, z której transzy produkcyjnej będą pochodzić samoloty dla naszego kraju, a to o tyle ważne, że w zamawianych przez rząd USA transzach cena jednostkowa samolotu „na bramie fabryki” sukcesywnie spada, a najnowsze zamówienia opiewają nawet na kwotę poniżej 80 mln dol. za sztukę F-35A.

Co ważne, polskie samoloty mają być najnowszą dostępną wersją Block 4, a więc będą mogły np. w wewnętrznych komorach uzbrojenia przenosić o dwa pociski więcej. Istotne też, że mimo deklarowanej daty dostaw od 2024 r. pierwsze F-35 zobaczymy kilka lat później. Sześć maszyn będzie służyć szkoleniu polskich pilotów w bazach w USA. To stała zasada dla systemu F-35. 24 pilotów ma być wyszkolonych w Stanach do poziomu instruktorów, by przejąć później w kraju szkolenie kolejnych adeptów. To dwukrotnie więcej, niż przewidywał pierwszy pakiet szkoleniowy pilotów F-16.

MON zapowiada, że wstępną gotowość operacyjną polskie F-35 osiągną po dostarczeniu minimum ośmiu maszyn, czyli połowy eskadry, nie podaje jednak terminu. Można ocenić, że przy zakładanym tempie dostaw od czterech do sześciu maszyn rocznie będzie to możliwe koło 2028 r. Całość kontraktu została wyceniona po negocjacjach na 4,6 mld dol., czyli 17,5 mld zł.

MON przyznaje, że ocena kosztów całego programu, czyli użytkowania samolotów po ich zakupie, będzie możliwa „po kilkuletnim okresie eksploatacji samolotów F-35A w siłach zbrojnych RP” po 2030 r., kiedy wyczerpie się nasz „pakiet startowy”. W dokumencie nie ma też wzmianki o tym, by w ramach zamówienia kupiono jakiekolwiek uzbrojenie, co oznacza, że zanim polskie F-35 wejdą do linii, znów trzeba będzie wydać setki milionów dolarów. Informacja o lotniczym „kontrakcie stulecia” przekazana przez MON liczy trzy strony i składa się z 15 pytań i odpowiedzi. Okazji do zapytania decydentów o cokolwiek dziś oczywiście nie było.

Andrzej Duda w DęblinieMarek Świerczyński/PolitykaAndrzej Duda w Dęblinie

Wymagający i kosztowny system obrony

Dziś nawet Amerykanie nie wiedzą, ile będzie kosztować utrzymanie F-35 w tzw. cyklu życia. Zwyczajnie brak danych, a te, które są dostępne, wskazują tylko, że wcześniejsze szacunki były znacznie zaniżone. Raport amerykańskiego odpowiednika NIK (GAO) z lipca 2019 r. mówi, że aby utrzymać się w założeniach, koszty obsługi F-35 należałoby obniżyć o średnio 43 proc. Producent i dostawca (Lockheed Martin i rząd USA) chwalą się obniżką kosztów samolotu, gdy chodzi o zakup, do 80 mln dol., ale zdecydowanie gorzej radzą sobie z redukcją późniejszych wydatków, które stanowią dwie trzecie do trzech czwartych nakładów na każdy nowoczesny system uzbrojenia.

GAO wskazuje na niedomagania elektronicznego systemu zaopatrywania, napraw i logistyki ALIS, co zresztą zmusiło Pentagon do wdrożenia prac nad nowym rozwiązaniem, nazwanym ODIN. Sytuacja jest zagmatwana. Audytorzy napisali, że nawet departament obrony nie dysponuje wystarczającymi danymi technicznymi od producenta (!), by zrozumieć charakterystykę samolotu F-35 i oszacować przyszłe potrzeby w zakresie remontów i obsługi. Brak części zamiennych sprawia, że według GAO samoloty F-35 w siłach zbrojnych USA dostępne są do lotów przez połowę założonego czasu.

Wszystko może rozbijać się o to, że Amerykanie nadal nie doprowadzili do uruchomienia produkcji F-35 w pełnej skali. Termin podjęcia tej decyzji, poprzedzonej spełnieniem licznych wymogów formalnych i przejścia drobiazgowych ewaluacji, przekładany był kilkakrotnie – dziś mówi się o początku 2021 r. Głównym problemem nie jest samolot, ale oprogramowanie do symulatorów.

Dlatego też dzisiejsze dane, za którymi nie stoi jeszcze w pełni rozpędzona maszyneria wsparcia technicznego, nie muszą oznaczać katastrofy finansowej. Są tylko ostrzeżeniem, że na przyszłe nieznane koszty F-35 trzeba założyć sporą rezerwę. Oby sprawdziły się szacunki MON, że na konieczną infrastrukturę – modernizację baz, zaplecza obsługowego i szkoleniowego – wydać będzie trzeba maks. 1,8 mld zł.

Pełne koszty budowy całego supersystemu obronnego przyszłości są oczywiście jeszcze trudniejsze do oszacowania. Pewne jest tylko, że można je liczyć w miliardach dolarów, a czas wykonania przekroczy dekadę, i to przy pełnej mobilizacji. Ale wydaje się, że wybór F-35 nie pozostawia Polsce innego wyjścia, niż inwestować w przewagę informacyjną na polu walki, a zatem w szybkość, skalę i powszechność obiegu informacji – od wykrycia celu, przez decyzję, co z nim zrobić, po wykonanie zadania i ocenę jego skutków. Również dlatego, że jako samolot F-35 nie daje aż takich przewag – w pełni sprawdza się dopiero jako element sieciocentrycznego systemu.

Czytaj też: Wojsko buduje najsilniejszą dywizję

F-35 ma też swoje wady

Krytycznych materiałów na temat F-35 są całe tomy i rzecz jasna część trzeba widzieć w kontekście konkurencji, jaką o rynek zamówień zbrojeniowych toczą dostawcy. Ale kilka faktów jest bezspornych, np. F-35 jest istotnie wolniejszy od niektórych konkurentów, przede wszystkim od rosyjskich maszyn myśliwskich. Drugą oczywistością jest to, że dla zachowania obniżonej wykrywalności musi całe uzbrojenie pomieścić w zamykanych komorach kadłuba, co znacznie ogranicza udźwig. F-35 dysponuje też mniejszym zasięgiem od większości innych myśliwców Zachodu.

Co więcej, część technologii maszyn piątej generacji, takich jak ujednolicenie pokazywanych pilotowi informacji, dodatkowe czujniki montowane w kadłubie, zaawansowane środki zakłócania, dostępne są już w maszynach starszych, co zmniejsza relatywną atrakcyjność F-35. Słychać i u nas głosy, że hasło zakupu „najnowocześniejszego samolotu taktycznego”, którym posługuje się szef MON, nie wystarczy – opinii publicznej należy się szersze i głębsze uzasadnienie wyboru akurat F-35, a nie eurofightera, gripena-E, nowego F-16 czy F/A-18 Super Horneta.

Debaty tej nie uciszy złożenie podpisów na umowie, przeciwnie, może jeszcze podsycić krytykę. Wskutek jesiennej decyzji wyborców w Sejmie pojawiły się bowiem ugrupowania i politycy otwarcie kwestionujący zakup, a w ślad za nimi reszta umiarkowanej opozycji też głośno pyta o jego dokładne uzasadnienie. Zamiast niego w Dęblinie padło kilka nowych haseł: o podniebnym pancerzu i wychodzeniu z cienia Rosji. Ojcami wielkiego sukcesu okazali się prezydent, premier i minister obrony, którym towarzyszyła amerykańska ambasador.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Od uchodźcy 600 zł. W Polsce kwitnie handel meldunkami

O tym, że zameldowanie nadal jest w Polsce obowiązkowe, wie niewielu Polaków. Obcokrajowców jeszcze mniej. Właściciele mieszkań meldować nikogo nie muszą. I nie chcą. W szczególności uchodźców, a już najmniej tych z Afryki. Za brak meldunku Polakom nic nie grozi, cudzoziemcom spoza Unii – grzywna. Bez zameldowania nie mogą załatwić wielu spraw. W efekcie kwitnie meldunkowy handel.

Agnieszka Rodowicz
16.02.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną