Kraj

W co gra Gowin i jakie furtki otworzył sobie Kaczyński

Jakie polityczne plany ma lider Porozumienia? Na zdjęciu: Jarosław Gowin w piątek w Sejmie Jakie polityczne plany ma lider Porozumienia? Na zdjęciu: Jarosław Gowin w piątek w Sejmie Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta
Jarosław Gowin nie miał najmniejszych szans w otwartym konflikcie z prezesem PiS. Po co doświadczony polityk ładował się w sytuację, z której nie ma dobrego wyjścia? Niewykluczone, że sprawa ma drugie dno.

Polityczne ciśnienie zostało maksymalnie sprężone, windując oczekiwanie, że coś ważnego musi się teraz wydarzyć. No i stało się, wicepremier Gowin odchodzi z rządu. Choć bez poważnych konsekwencji politycznych, skoro rekomenduje na swoje miejsce najbliższą współpracowniczkę Jadwigę Emilewicz. Cały układ polityczny został więc utrzymany, za to medialny spektakl z Gowinem w roli samotnego bohatera przegranej sprawy nabiera cech rozpisanej na wiele odcinków mydlanej opery.

Tymczasem PiS oficjalnie podtrzymuje kurs na wybory prezydenckie 10 maja. Chodzi o osobliwą koncepcję w pełni korespondencyjnych wyborów prezydenckich, która – zgodnie z niedawnym prezesowskim idée fixe – miała umożliwić bezpieczne wybory w czasach pandemii. Problem w tym, że dowiezienie tego pomysłu do maja staje się coraz bardziej iluzoryczne.

Czytaj też: Spór o wybory. Ma je obsłużyć Poczta Polska z nowym szefem

Czy PiS opłacają się wybory w maju?

Bo nawet jeśli PiS znajdzie sposób na zbuntowanych gowinowców i przepchnie swoją nowelizację, w Senacie tak łatwo już nie będzie. Wyższa izba ma 30 dni na zajęcie stanowiska i nie ma siły, która może ją skłonić do przyspieszenia tempa. A to oznacza, że ustawa wróci do Sejmu najwcześniej 6 maja, czyli w tygodniu przedwyborczym. W tym czasie pakiety z kartami do zdalnego głosowania powinny już dotrzeć do wyborców.

Oczywiście pomysłowy Dobromir z Nowogrodzkiej zawsze coś wymyśli, jeśli jest taka potrzeba. Można jeszcze zagonić Sejm, aby rzutem na taśmę skrócił wymagane terminy. No i prezydenta – do podpisania ustawy tego samego dnia. Rzecz jasna w jego własnym interesie. Jak będzie trzeba, to sterroryzuje się opornych pocztowców. A do liczenia głosów w razie czego zaangażuje się wojskowych. Suwerenna demokracja z każdym wyzwaniem daje sobie radę. Rzecz w tym, aby nadmiernie nie fetyszyzować ogólnie przyjętych norm i standardów.

Pytanie, czy warto. Koszty polityczne dopychania kolanem wyborów to mimo wszystko spore ryzyko. Cała improwizowana konstrukcja może się przecież w godzinie próby wywalić, prowokując masowe protesty i ogólny problem z niedostateczną legitymacją wybranej w ten sposób głowy państwa. A to w nadchodzących, raczej niespokojnych czasach może być poważny problem. Toteż forsowanie dzisiaj karkołomnego scenariusza z majowymi wyborami niekoniecznie musi oznaczać jutrzejszą determinację w jego realizacji.

Czytaj też: Zaraza wyborcza. Kaczyński brnie w kpinę z demokracji

Pootwierane furtki

Równie dobrze może chodzić o poszerzenie pola manewru. Zazwyczaj Kaczyński pozostawia sobie pootwierane rozmaite furtki. I wbrew temu, co uważa wielu jego przeciwników, nigdy nie był typem politycznego szaleńca ani ślepym fanatykiem. Jedynie używał wszystkich swoich szaleństw i radykalizmów jako narzędzi mobilizacji. W czym bywał zresztą do bólu wyrachowany, umiejętnie operując pedałami hamulca i gazu. I raczej nigdy nie brnął w sytuacje bez wyjścia, zwykle planując alternatywne scenariusze.

Tak też należy chyba odbierać sens obecnych legislacyjnych zabaw procedurami wyborczymi. Nie tyle mają one tworzyć fakty dokonane, ile budować system praktycznych udogodnień bądź propagandowych uzasadnień. Któż by zresztą trzymał się sztywnych planów w czasach tak nieprzewidywalnych? To elastyczność jest dziś szczególną cnotą. O ile więc najważniejszym celem aktywności Kaczyńskiego bez wątpienia pozostaje utrzymanie władzy, o tyle już droga prowadząca do tego celu wcale nie musi być oczywista. Należy się zresztą spodziewać, że stosowne decyzje zostaną podjęte raczej później niż wcześniej.

Podobno zresztą Nowogrodzka – wbrew oficjalnym zapewnieniom – dosyć intensywnie rozważa wariant wprowadzenia stanu wyjątkowego, co oznaczałoby przeniesienie wyborów na późniejszy termin. Tyle że nie ogłosi tego wcześniej niż na początku maja. Z końcem kwietnia wygasa bowiem kadencja pierwszej prezes Sądu Najwyższego Małgorzaty Gersdorf, co w wypadku wprowadzenia przed tą datą któregoś ze stanów nadzwyczajnych musiałoby zostać odłożone w czasie. A że w obecnych warunkach i tak nie ma możliwości wyboru nowego prezesa, tymczasowo na miejsce ostatecznie opuszczone przez Gersdorf będzie można powołać dyspozycyjnego komisarza.

Zanim zapadną kluczowe decyzje, wzięte pod uwagę zostanie zapewne znacznie więcej tego typu okoliczności. Tym bardziej nie należy przeceniać wagi poniedziałkowego głosowania.

Czytaj też: Dziwna kampania prezydencka

Skąd gest Rejtana?

A skoro tak, to może i ranga widowiskowego konfliktu Kaczyńskiego z Gowinem została przeszacowana? Na pierwszy rzut oka sprawa wydaje się poważna. Jeszcze przed poniedziałkową dymisją krążyły po mediach malownicze opisy rozpadu Zjednoczonej Prawicy w obecnym kształcie, co mogłoby nawet prowadzić do przyspieszonych wyborów parlamentarnych i trwałego chaosu. W czasach pandemii i nadciągającej recesji byłby to rzecz jasna scenariusz katastrofalny.

Sam Gowin znalazł się zresztą w sytuacji, z której nie ma dobrego wyjścia. Cóż mógłby osiągnąć, brnąc w wojnę z Kaczyńskim? Raczej przecież nie chodzi o poprawki w kodeksie wyborczym, same w sobie palcem na wodzie pisane. A prezes, jak widać, nie przestraszył się groźby utraty większości w Sejmie przez PiS. Po cóż więc Gowinowi ryzykować polityczną śmierć? Naraża się przecież na nieuchronną nienawiść Kaczyńskiego oraz prawicowego elektoratu w razie rozpadu koalicji.

Być może Gowin po prostu źle ocenił sytuację. Miał prawo poczuć siłę. W końcu jego bliscy współpracownicy Łukasz Szumowski i Jadwiga Emilewicz to teraz ważne filary strategii PiS na czasy kryzysu. Miał też Gowinowi ponoć sprzyjać premier Morawiecki oraz bliżej nieokreślona część elit PiS, mocno zniesmaczonych parciem Kaczyńskiego na majowe wybory. Ale jeśli to prawda, to Gowin spartaczył robotę. Bo takie sprawy załatwia się przecież dyplomatycznie. Zwłaszcza w formacji, która praktykuje kult nieomylnego wodza. Tymczasem upublicznienie konfliktu równoznaczne jest z wypowiedzeniem wojny, skazuje słabszego na samotność. Nikt Gowina publicznie nie poparł ze strachu przed Kaczyńskim. Nawet jeśli dopiero co miał silne wsparcie.

Gowin musiał o tym wszystkim doskonale wiedzieć. Pozawierał zresztą w swoim politycznym życiu całkiem sporo trudnych kompromisów z rzeczywistością. Skąd to nagłe upodobanie do gestów Rejtana? Być może stąd, że na Rejtana akurat pojawiło się zapotrzebowanie.

Jerzy Baczyński: Czy Kaczyński wierzy, że uda się zorganizować te wybory?

W co gra PSL?

Spekulacji o reżyserowanym spięciu Gowina z Kaczyńskim w kuluarach nie brakuje. Towarzyszy im racjonalne uzasadnienie. Dotychczasowy twardy kurs na wybory 10 maja pokazywał przecież PiS w nie najlepszym świetle – jako formację bezduszną, pozbawioną społecznej empatii. Dobrze więc nagle zobaczyć, że w obozie rządzącym ścierają się różne postawy i toczy się autentyczna dyskusja, w trakcie której wyrażane są wątpliwości równolegle podejmowane przez opinię publiczną i w rozmowach zwykłych ludzi. Nikt potem nie powie, że ostateczną decyzję podjęto na podstawie widzimisię naczelnika. A w razie czego łatwiej też będzie zejść ze ścieżki majowych wyborów: w wyniku dyskusji, a nie kapitulacji.

Pojawiły się również pogłoski idące znacznie dalej – o podjętych już przygotowaniach do gruntownej rekonstrukcji układu rządzącego oraz całej sceny politycznej. Wedle tego scenariusza Gowin po pokazowym konflikcie z Kaczyńskim odchodzi z rządu i wraz ze swoimi ludźmi przechodzi do opozycji, gdzie podejmuje współpracę z PSL – po to jednak, aby za jakiś czas wprowadzić ludowców do koalicji z PiS. W ramach odbudowywania nieostrożnie naruszonej większości, nowego paradygmatu walki z kryzysem ekonomicznym, teraz pod hasłem „wszystkie ręce na pokład”. W rzeczywistości ludowcy mieliby zastąpić w koalicji coraz bardziej panoszących się ziobrystów. Korzyści dla PiS? Poszerzona większość w Sejmie, ewentualność odbicia Senatu, wreszcie wspólne koalicje z PSL we wszystkich sejmikach wojewódzkich.

Władysław Kosiniak-Kamysz jest dziś na fali wznoszącej. Inaczej niż pozostałym opozycyjnym kandydatom jemu akurat wybory prezydenckie 10 maja byłyby na rękę. O pokonaniu Andrzeja Dudy w obecnych warunkach raczej nie ma mowy, niemniej całkiem prawdopodobne w świetle obecnych sondaży zdystansowanie pozostałych kandydatów z Małgorzatą Kidawą-Błońską na czele umocniłoby osobistą pozycję szefa ludowców i całej jego formacji. Co w każdym scenariuszu na przyszłość dawałoby Kosiniakowi-Kamyszowi duże możliwości negocjacyjne.

Czytaj też: Wybory w czasie pandemii. Czym się może skończyć pomysł PiS?

Zacieranie tropów, odwracanie uwagi

A czy akurat w układzie z PiS? Powrotu PSL do roli wielkiego obrotowego zapewne nie da się wykluczyć. Patrząc z perspektywy aparatu tej partii oraz jej najbardziej etosowych wyborców, o wiele bardziej egzotyczna może się wydawać współpraca z liberalną Platformą. Niemniej spekulacje przede wszystkim pokazują skalę rozchwiania sceny politycznej i ogólnej niepewności w przededniu oczekiwanego przełomu. Czasy idą nowe i już za chwilę wszystko będzie inaczej.

Z drugiej strony w gęstej mgle wszystko wydaje się tak samo odrealnione i możliwe. Polityczny chaos jest uzasadniony, choć nietrudno zauważyć, iż kontrolujący sytuację polityczną w kraju PiS konsekwentnie stara się zamęt dodatkowo pogłębiać. Coraz dziwaczniejszymi koncepcjami politycznymi, legislacyjnymi wrzutkami oraz – kto wie – może również inscenizacjami rozłamów bądź przyszłych sojuszy. W końcu formacja Kaczyńskiego, od początku bezwzględnie wykorzystująca walkę z pandemią i recesją w partykularnych wyborczych celach, ma szczególne powody, by zacierać tropy i odwracać uwagę od istoty swoich poczynań. Warto mieć to na uwadze.

Czytaj też: Prezes gasi pożary u siebie i szantażuje opozycję

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

Kawiarnia literacka: Jerzy Pilch, Kinga Strzelecka

Polska to nie jest kraj, w którym wypada mówić, że 500 plus nie należy się wszystkim.

Jerzy Pilch, Kinga Strzelecka
26.05.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną