Kraj

Nie tylko o takim jednym, co był przeciw, a nawet za

Jarosław Gowin w Sejmie, 7 kwietnia 2020 r. Jarosław Gowin w Sejmie, 7 kwietnia 2020 r. Adam Chełstowski / Forum
Być może PiS przesunie wybory, ale będzie igrać z ogniem do końca. Może jednak nie zdążyć z ugaszeniem.

Odwrócenie znanego kalamburu p. Wałęsy w stosunku do p. Gowina jest jak najbardziej na miejscu. Zgodnie z przewidywaniami ten drugi użył swojego sumienia w związku z ustawą o głosowaniu korespondencyjnym. Wprawdzie można było przewidywać, że podejmie słuszną decyzję, ale trzeba przyznać, że zaskoczył jej rozmiarami, gdyż podał się do dymisji (na razie tylko przyjętej do wiadomości) zarówno ze stanowiska wicepremiera, jak i ministra nauki i szkolnictwa wyższego.

Wedle mojej prywatnej opinii (bez żadnej ironii) rezygnacja p. Gowina z ministerialnej posady jest jak najbardziej słuszna, natomiast z wiceszefa rządu – całkowicie obojętna. Jakby nie było, sam zainteresowany podkreśla, że postąpił zgodnie z sumieniem (boć przecież nie godził się na wybory 10 maja), ale odpowiedzialnie, gdyż nie opuścił Zjednoczonej Prawicy. Tak to ujął: „Jednocześnie w trosce o jedność koalicji rządowej, o to, żeby Polska miała stabilny rząd, który się zajmuje tylko jednym – troską o Polaków – rekomendowałem i mam nadzieję, że przekonałem moich kolegów, przynajmniej tych, którzy nie mają fundamentalnego oporu wobec tej ustawy, by dać jej szansę”.

Inaczej mówiąc, Porozumienie Jarosława Gowina (skromna nazwa, nieprawdaż?) pozostaje w ramach Zjednoczonej Prawicy i będzie (przynajmniej jego część) głosować wedle ukazu p. Kaczyńskiego. Jak wiadomo, rekomendacja przywódcy okazała się skuteczna i posłowie Porozumienia zagłosowali „za” w liczbie wystarczającej do uchwalenia ustawy o tzw. wyborach przy pomocy kopert. Warto może dodać, że sam lider po prostu i odważnie nie wziął udziału w głosowaniu. Przypuszczalnie uznał, że byłoby hadko, gdyby kamera uchwyciła, kiedy podnosił dostojną dłoń i jak wyglądało jego oblicze w tym momencie.

Gowin ustąpił? Pożyjemy, zobaczymy

Już były wicepremier i minister (aczkolwiek niewykluczone, że z powrotem przyjmie te funkcje, choć nie będzie się cieszył) wrzucił coś na ruszt tzw. dobrej zmiany, mianowicie: „Epidemiolodzy mówią, że pierwszy bezpieczny termin to wiosna przyszłego roku. Gdybyśmy na rok wprowadzili stan klęski żywiołowej, to wiązałoby się to z ogromnymi odszkodowaniami: nie tylko dla polskich przedsiębiorców, ale i dla wielkich koncernów zagranicznych”.

Otóż epidemiolodzy niczego takiego nie mówią, ekonomiści twierdzą, że p. Gowin myli się w kwestii odszkodowań, ale jego argument jest potrzebny Srebrnemu Deweloperowi do sprzeciwienia się wprowadzeniu stanu klęski żywiołowej. Jak wiadomo, p. Gowin zaproponował, aby zmienić konstytucję i w ten sposób przełożyć wybory o dwa lata. Wszelako Zwykły Poseł (jako główny decydent) nie zgodził się na to, ale ponoć podpisał (to samo miał uczynić Handlarz Pokościelnym Mieniem Bezspadkowym) wniosek o nowelizację ustawy zasadniczej. W ten sposób PiS plus Solidarna Polska (dość humorystyczna nazwa partyjki p. Zbyszka – pardon za poufałość) mają dwa bonusy: umiłowane wybory 10 maja i ewentualną zmianę konstytucji, czyli siedem lat prezydentury dla swego faworyta. Pan Kaczyński pokazał, że ma p. Gowina w tzw. dużym poważaniu. Ten się uniósł ambicją i podał się do dymisji, ale... poczekamy, zobaczymy, bo jego sumienie jest, powtórzmy, niezłomne, ale rozciągliwe wedle potrzeby.

Czytaj też: OBWE stanowczo o pomyśle PiS na wybory w czasie pandemii

Gowin, czyli historia powtarza się jako farsa

Pan Bortniczuk, przyboczny p. Gowina, uzupełnił myśli swojego pryncypała w taki oto sposób: „Z odpowiedzialności za stabilność rządów, bo nie możemy doprowadzić w tym momencie do kryzysu politycznego, paraliżu rządu, zagłosowaliśmy odpowiedzialnie po to, aby rząd dysponował stabilną większością. (...) Rozważam, czy nie złożyć dymisji z funkcji wiceministra w akcie solidarności wobec mojego szefa, choć on nie widzi takiej konieczności. Głosowanie, które wczoraj [6 kwietnia] się odbyło, i rozkład głosów posłów Porozumienia był ściśle ustalony przez Jarosława Gowina. Zagłosowaliśmy za ustawą, często wbrew własnemu sumieniu i wcześniejszym deklaracjom, dzięki temu otrzymaliśmy pełne poparcie od PiS dla zgłoszonej przez nas poprawki do konstytucji”. Pan Bortniczuk oświadczył 3 kwietnia: „Porozumienie zagłosuje przeciw wprowadzeniu głosowania korespondencyjnego; przynajmniej w wyborach 10 maja”.

Adam Szostkiewicz: Furda Gowin! I co z tego?

„Porozumieńcy” opowiadali wtedy, oczywiście zgodnie z sumieniem, o swej absolutnej niezgodzie na głosowanie korespondencyjne, ale trzy dni później zmienili zdanie (sumienie?) na polecenie p. Gowina. Tym samym szef p. Bortniczuka „stał się więcej” od króla Zygmunta Augusta, który powiedział do ówczesnych posłów, że nie jest panem ich sumień. I jak tu nie przyznać, że historia powtarza się jako farsa? Pan Bortniczuk jednak podał się do dymisji, ale nie wiadomo, czy „w akcie solidarności ze swoim szefem”, czy też z powodu kalkulacji politycznych.

Tak czy inaczej – „porozumieńcy” robią cholewy ze swoich gąb, np. ich lider prawi: „Nie zgadzam się, żeby politycy zajmowali się teraz wyborami prezydenckimi”, a zajmuje się nimi bez przerwy, jakby nie widząc (może nie chce dostrzec), że wprowadzenie stanu klęski żywiołowej natychmiast ucięłoby te dyskusje. I jeszcze raz tenże „sumiennik”: „Gdybyśmy wyszli z koalicji, byłby rząd mniejszościowy, a wkrótce pewnie przedterminowe wybory. To byłaby katastrofa dla Polski”. A tak naprawdę gdyby p. Gowin miał tzw. polityczne jaja, chociażby takie jak p. Giertych i p. Lepper w 2007 r., to opuściłby Zjednoczoną Prawicę i zmusiłby ją do utworzenia czegoś w rodzaju rządu zgody narodowej, na pewno lepszego niż gabinet p. Morawieckiego.

Czytaj też: Koronawybory. Teraz wygrałby Duda

Emilewicz wróży szanse gospodarce

Okazało się, że umowa koalicyjna Zjednoczonej Prawicy rezerwuje stanowisko wicepremiera dla kogoś z Porozumienia. To ciekawa sprawa, ponieważ w sytuacji szczególnej, a taką mamy obecnie, o objęciu funkcji decydują nie kwalifikacje, ale układ. Tak np. było w PRL, gdy marszałkiem Sejmu na ogół bywał reprezentant Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego, satelity PZPR. Widać, jakie wzorce panują w Zjednoczonej Prawicy, świetlane, by tak rzec.

Pan Gowin rekomendował p. Emilewicz jako wicepremiera. Ktoś może powiedzieć, że czepiam się, bo przecież ministerka rozwoju jest kompetentną osobą. Fakt, p. Emilewicz od razu dała czadu, antycypowanego jej sławetną wypowiedzią: „Paradoksalnie epidemia koronawirusa może być szansą dla polskich przedsiębiorców” – miało to miejsce 27 lutego, gdy już było wiadomo, co się święci w światowej gospodarce (koronawirus był już w 40 krajach). Rzeczona ministerka była bardzo zadowolona z siebie i swoich kolegów: „Jak każdy minister w tym rządzie zajmuję się swoimi poszczególnymi kompetencjami. Minister zdrowia, główny inspektor sanitarny, służby i straże, minister spraw wewnętrznych, to jest ten główny sztab koordynujący i monitorujący stan zagrożenia epidemiologicznego”. Skutki owej koordynacji i monitorowania są obecnie dość dotkliwe, np. w zaopatrzeniu szpitali.

Radość i sumienie Porozumienia

Pani Emilewicz ruszyła do boju i zaczęła głosić odważne tezy, np. taką: „Jeśli będziemy mieli 20, 30, 40 tys. przypadków zachorowań, przepełnione szpitale, (...) wówczas nikt o zdrowych zmysłach, żaden polityk rządzącej koalicji nie podejmie decyzji o przeprowadzeniu w takich warunkach wyborów”. Pomijając dość ryzykowne poleganie na zdrowych zmysłach polityków koalicji (patrz niżej), pani ministerka nie dostrzega, że problem polega m.in. (bo nie tylko) na tym, że wybory kopertowe w formie zaproponowanej przez ustawę, za którą następczyni p. Gowina (jako wicepremiera) głosowała, grożą właśnie tym, że zrealizują się liczby podane w zacytowanym fragmencie (lub jeszcze wyższe) – jeszcze wrócę do tej kwestii.

A oto inna enuncjacja tejże: „Kiedy 6 maja ustawa wróci z Senatu i będziemy wiedzieć wszyscy, czy da się przeprowadzić wybory, czy nie, to będzie moment, żeby powiedzieć »nie« dla tej ustawy. Taką furtkę zostawiło sobie Porozumienie. Będziemy wtedy postulować rozwiązania, które sprawią, że wybory nie będą mogły się odbyć. Przygotowaliśmy poprawkę konstytucyjną, która przesuwa te wybory”. To, że Porozumienie zostawiło sobie jakąkolwiek furtkę, jest bez znaczenia, ponieważ Zwykły Poseł już zdecydował, że wybory odbędą się 10 maja (kilka lub kilkanaście dni później), o czym kompetentna urzędniczka Zjednoczonej Prawicy powinna wiedzieć.

Czytaj też: Nielogiczne wygibasy PiS w sprawie majowych wyborów

I jeszcze taka „ministerkowa” opinia: „To, czy wybory się odbędą, czy nie, o tym zdecyduje pan premier Morawiecki po rekomendacjach ministra zdrowia Łukasza Szumowskiego. Po 14 kwietnia będzie mógł powiedzieć wiarygodnie. Informację o tym, ile będziemy mieli przypadków, jesteśmy w stanie w miarę wiarygodnie znać w horyzoncie dwóch tygodni”. Pani Emilewicz nawet nie zna treści ustawy, którą przegłosowała. Ciekawe, skąd wie, że 14 kwietnia p. Szumowski będzie miał wiarygodne dane na 10 maja – sam tego nie twierdzi. Każda osoba jako tako kompetentna w analizie zjawisk masowych, w szczególności epidemicznych, wie, że już dzisiaj trzeba unikać wszystkiego, co może przynieść tzw. bombę biologiczną, a taką są wybory, nawet korespondencyjne (już 15 państw je przełożyło). Pani Emilewicz wprawdzie bez przerwy prawi, że jej zdaniem wybory 10 maja nie odbędą się (to dość słaba gwarancja), ale faktycznie agituje za nimi. W końcu wyjdzie na to, że je poprze, ale bez radości, chociaż z czystym sumieniem, np. dlatego, że są bezpieczniejsze niż wedle wersji pierwotnej, czyli wrzutki do (pierwszej) tarczy antykryzysowej, za którą dzielna ministerka głosowała. I kółko obiegu sumienia z radością się zamyka.

Wojsko na ulicach, zamknięte portale internetowe...

A jak to jest z tymi wyborami? Przysługa p. Gowina działa – „dobrozmieńcy” trzymają się niebezpieczeństwa zbyt dużych odszkodowań jak rzep psiego ogona i tym tłumaczą niechęć do wprowadzenia stanu nadzwyczajnego, najprostszego sposobu konstytucyjnego opóźnienia wyborów. Porozumienie świadczy dalszą pomoc propagandową. Jeszcze raz nasza ministerka: „Czy wiemy, jakie są konsekwencje wprowadzenia stanu nadzwyczajnego? I nie mówię o tych finansowych. Mówię o tym, że będziemy mieć wojsko na ulicach, pozamykane portale internetowe. (...) No więc w stanie wyjątkowym... pozamykane rozgłośnie radiowe. Naprawdę tego... naprawdę tego chcemy?”.

Daniel Passent: No i jesteśmy z ręką w nocniku

To są wierutne bzdury. Być może p. Emilewicz pomylił się stan wojenny z 1981 r. (powinna coś pamiętać z tych czasów) ze stanem klęski żywiołowej w myśl konstytucji z 1997 r., być może coś opowiadał jej p. Gowin lub p. Morawiecki, który wyznał: „Wiele razy rzucałem koktajlami Mołotowa. Rzucaliśmy w Nyski policyjne, w działka armatnie, które jeździły i zimną wodą rozpędzały demonstrantów. To był nasz główny cel”. Jakby nie było, zgodnie z Lecem, „najwierniej podtrzymują mity – najmici”, np. z Porozumienia Jarosława Gowina.

Między wierszami głupot serwowanych przez p. Emilewicz przebija mantra dobrozmieńców na temat niebezpieczeństwa stanu klęski żywiołowej dla praw obywatelskich. Teraz głos społeczeństwa jest „wyjątkowo respektowany”. 80 proc. ankietowanych nie chce wyborów, nawet całkowicie kopertowych, wrzutkowe (tj. częściowo korespondencyjne) zostały oprotestowane przez wiele samorządów (mimo gróźb p. Terleckiego) i ponoć ustawa z 6 kwietnia jest odpowiedzią na ten bunt, a listonosze nie wykluczają strajku. Konstytucjonaliści powiadają, że wybory kopertowe nie będą ani powszechne, ani równe, ani tajne, ale PiS i jego najmici mają to w nosie.

Czytaj też: Tarcze się mnożą, a pomoc nie nadchodzi

Koperty, listonosze i bomba biologiczna

Głównym organizatorem wyborczej kopertówki jest p. Sasin, sprawdzony mózgowiec tzw. dobrej zmiany. Jeszcze w czasie przedepidemicznej „prosperity” został wicepremierem i ministrem od aktywów państwowych. Wykona każdy rozkaz partyjnej zwierzchności, ale teraz ma dodatkowe pole do popisu, gdyż wedle wszelkich znaków na niebie z ziemi dysponuje raczej pasywami.

Tenże pisowski feldfebel (może to zresztą zbyt wysoka ranga dla niego) zapodał (mikst z cytatu i omówienia): „Dzisiaj w Polsce nie odbywają się wybory, wczoraj, przedwczoraj, jutro, a pomimo to – mówię to z żalem – kolejne osoby zapadają na koronawirusa i niestety również są osoby, które ten wirus zabija. No tak niestety to wygląda. Nie ma to nic wspólnego z procesem wyborczym. (...) Mimo epidemii listonosze i kurierzy cały czas pracują i mówienie o tym, że przeprowadzenie wyborów jest dla nich niebezpieczne, to nieporozumienie. My zorganizujemy te wybory w ten sposób, żeby przede wszystkim do minimum ograniczyć kontakt listonosza z osobą, do której ta karta ma trafić. Nie będzie tutaj na pewno żadnej możliwości zarażenia. (...) Listonosze, którzy będą odwiedzać osoby przebywające na kwarantannie, zostaną wyposażeni w akcesoria ochronne. (...) Szukamy najlepszych rozwiązań do tego, by te wybory odbyły się w maksymalnie, a właściwie całkowicie bezpieczny sposób. To, że jest bezpiecznie, potwierdza publicznie minister Łukasz Szumowski. (...) Wiem już dzisiaj i mogę powiedzieć to autorytatywnie, że to się da po prostu zrobić. Da się pogodzić wymogi demokracji, wymogi przeprowadzenia wyborów prezydenckich z bezpieczeństwem Polaków”.

Otóż p. Szumowski potwierdził tyle tylko: „Mówiąc o tym, że są naprawdę dobre, mówię ogólnie o wyborach korespondencyjnych. To jest zupełnie coś innego niż to, kiedy te wybory mają się odbyć. To są dwa różne pytania. Co do moich rekomendacji dotyczących możliwości ich przeprowadzenia w określonym czasie, to słowa danego dotrzymam, powiem to w połowie kwietnia”.

Tak więc p. Sasin kłamie w żywe oczy, bo sugeruje, że opinia p. Szumowskiego odnosi się do wyborów 10 maja. Tedy p. Sasin nie może wiedzieć tego, o czym zapewnia (np. że na pewno nie będzie możliwości zakażenia), że wie, w materii bezpieczeństwa, a w sprawie demokracji nie jest nadmiernie wiarygodnym informatorem. W sumie p. Sasin, głosząc takie słowa jak wyżej jest wyjątkowym troglodytą moralnym. Nawet jeśli wyposaży kilkanaście tysięcy listonoszy w akcesoria ochronne, może ich np. zabraknąć dla personelu medycznego.

Ewa Siedlecka: Mutacje wyborczego wirusa

PiS roznieca ogień. A czy zdąży ugasić?

Panu Sasinowi i jego kolegom to obojętne, ponieważ p. Morawiecki szykuje rozporządzenie o szczególnym trybie pomocy medycznej dla VIP-ów (prezydenta, premiera, ministrów, marszałków Sejmu i Senatu) oraz ich rodzin. A więc rząd sam się wyleczy, by nawiązać do dawnych czasów, a motłoch niech wybiera.

A co na to wszystko p. Duda? Nic specjalnego, uważa, że kopertowe wybory są OK, a w wolnych chwilach twittuje z potencjalnymi wyborcami. „Panie Andrzeju, czy mam szanse u Pańskiej córki?” – zapytał jeden z nich. Pan Jędrek (nie tylko mnie wolno na szczyptę familiarności) był sceptyczny, ale zasugerował podjęcie starań. Być może potem zabrał się do TikToka. Prezydent to ma klawe życie i jeszcze gwarancję reelekcji. Być może „dobrozmieńcy” przesuną wybory, ale będą igrać z ogniem do końca. Mogą jednak nie zdążyć z ugaszeniem.

Czytaj też: Tak Jacek Sasin rozdaje stołki

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Kraśnik i inne strefy wolne of LGBT

Rok temu ostentacyjnie wprowadzali „strefy wolne od ideologii LGBT”. Teraz Europa sprawdza, czy polskie samorządy głosujące za strefami łamały prawa człowieka. Tymczasem straszenie gejami trwa w najlepsze. Andrzej Duda kusi wyborców obietnicą obrony dzieci przed LGBT. Zrobi to w ramach zobowiązania, które nazwał Kartą Rodziny.

Marcin Kołodziejczyk
18.06.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną