Kraj

Pasztet Sasina, czyli w górnictwie bez zmian

Ruda Śląska. KWK „Ruda Ruch Bielszowice” przewidziana do likwidacji w rządowym planie naprawczym Ruda Śląska. KWK „Ruda Ruch Bielszowice” przewidziana do likwidacji w rządowym planie naprawczym Arkadiusz Lawrywianiec / Forum
Góra nie chciała przyjść do Mahometa, więc we wtorek Mahomet musiał stawić się u stóp Góry. Przyjechał, posłuchał i pojechał – okazało się, że nadal nie ma nic do powiedzenia.

Jacek Sasin, wicepremier i szef resortu aktywów państwowych, stawił się w Katowicach, żeby ratować przed upadkiem Polską Grupę Górniczą, największego producenta węgla w Europie. Wprawdzie wcześniej związkowcy domagali się przybycia premiera Mateusza Morawieckiego, bo z Sasinem nie mają o czym rozmawiać, ale sztuka negocjacji ma swoje meandry, czyli lepszy rydz niż nic. Wicepremier przyjechał, posłuchał i pojechał – okazało się, że nadal nie ma nic do powiedzenia.

Niepiękna katastrofa

Katowicki zarząd PGG miał przedstawić związkowcom, czyli stronie społecznej, plan naprawczy grupy, która znalazła się w katastrofalnej sytuacji finansowej. A wiadomo, brak pieniędzy to nie jest piękna katastrofa. Wicepremier Sasin plan wcześniej zaakceptował i jadąc na Śląsk, liczył, że uzyska zgodę związkowców. Wiedział, że szału nie będzie, ale łudził się, że „Solidarność”, największy związek w górnictwie, który stoi murem za PiS, gorzką pigułkę jakoś przełknie. Związkowcy powinni zresztą jeszcze pamiętać smak ciepłych bułeczek rozdawanych hojnie w przedwyborczym czasie.

Program naprawczy wyciekł jednak w niedzielę i wywołał taką burzę na Śląsku, że negocjacje wzięły w łeb – nie było już o czym rozmawiać. Wszystkie górnicze związki zawodowe – a jest ich kilkadziesiąt – powiedziały „nie” i zapowiedziały, że lato i jesień w Katowicach i Warszawie będą gorące. Wicepremier ustąpił. Problem górnictwa pozostał. Stan rzeczy nie uległ zmianie – pogłębił rozczarowanie i złość.

Według programu, który wylądował w koszu, zanim oficjalnie został przedstawiony, do likwidacji miały pójść dwie kopalnie: „Wujek” w Katowicach i „Ruda” w Rudzie Śląskiej, która powstała z połączenia kopalń „Bielszowice”, „Halemba” i „Pokój”. Tak więc w zasadzie do zamknięcia przeznaczono cztery kopalnie – to prawie 8 tys. pracowników. Przypomnijmy, że na kilka miesięcy przed wyborami w 2015 r. premier Ewa Kopacz także ogłosiła likwidację czterech kopalń. Wybuchł strajk generalny, a PiS bronił zakładów i górników jak niepodległości. Dzięki tej szarży wygrał na Śląsku, co na pewno przełożyło się na dobry wynik w całym kraju.

W następnym roku, kiedy na fotelu premiera zasiadła Beata Szydło, Kompania Węglowa przekształciła się w PGG. Uratowanie polskiego górnictwa wpisano szumnie na zwycięski sztandar nowej premier i jej rządu. Mocą zabiegów inżynierii finansowej i niepamięci długi byłej Kompanii Węglowej odeszły w niebyt. PGG wystartowała z czystym kontem i mocnym wsparciem finansowym państwowych spółek energetycznych oraz paliwowych. Górnicy powinni w swoich czarnych od węgla sercach zachować przynależną rządowi wdzięczność. I zachowali. Stali za PiS w kolejnych wyborach, a w ostatnich – za Andrzejem Dudą. Prezydent w górniczych gminach rozłożył konkurenta na łopatki, choć w tych pogórniczych zwyciężył Rafał Trzaskowski, co też wiele mówi o społecznym trendzie.

Czytaj też: Górnicy tupią i grożą. PiS pospieszy na ratunek?

Żart wyjątkowo gorzki

Rzecz jasna, przed wyborami nikt głośno nie mówił o planach likwidacji kopalń, choć już istniały. Po co psuć wyborczy nastrój? Niech się babcia cieszy.

Toteż zaskoczeniem jest tempo: w niespełna dwa tygodnie po wyborach, kiedy trwa prześwietlanie protestów wyborczych, władza – a więc i prezydent – tak zdecydowanie odwraca się do elektoratu marszałkiem Terleckim (czyli tyłem). Oczywiście, do następnych wyborów jeszcze trzy lata. Może właśnie teraz jest najlepszy czas na rozprawienie się z kopalniami? W nieoficjalnych informacjach pojawił się 2036 r., w którym przestanie fedrować ostatnia wydobywająca na Śląsku węgiel energetyczny. To tylko 15 lat, prawie nie do wiary.

W PGG jest gorzej niż na początku akcji ratunkowej cztery lata temu. Właśnie w tej chwili gorączkowo „organizowane” są pieniądze na sierpniowe wypłaty. We wrześniu będzie już tylko czarna dziura. Miesięcznie na pensje PGG musi zebrać ok. 325 mln zł. Wzorem lat poprzednich to zbieranie zaczęto od niepłacenia m.in. ZUS i VAT. Jak poprzednio strach padł na dostawców towarów i usług, bo im też największa spółka węglowa w Europie nie płaci.

W minionym roku PGG nakopała ponad 400 mln zł strat. W tym roku będzie jeszcze gorzej, bo tragiczną sytuację pogłębiła pandemia koronawirusa, która w czerwcu wymusiła zatrzymanie wydobycia. Poza tym zapotrzebowanie na energię, a więc i na węgiel energetyczny, zmniejszyło się o 15 proc. Przychody PGG spadły w tym roku o 2,7 mld zł, a na zwałach leżą miliony ton węgla. Panowie ze „Szkiełka Kontaktowego” radzili wczoraj, żeby każdy Polak dostał wiaderko i zabrał sobie do domu ten nasz czarny narodowy skarb. Tylko skąd wziąć tyle wiaderek… Żart wyjątkowo gorzki.

Czytaj też: Upał w Węglandii

Zysku nie ma, nagroda za zysk jest

Jednak PGG, jak całe górnictwo, potrzebuje rozsądnego programu naprawczego. Ten, który wyciekł – a moim zdaniem był to wyciek kontrolowany – był dla związków i górników nie do przyjęcia. Wróćmy jeszcze raz do tego, co w nim zapisano.

„Ruda” w ciągu dziesięciu lat przyniosła 2,3 mld zł strat, a „Wujek” ponad 230 mln zł (tylko w tym roku wzrosły one odpowiednio o 195 mln zł i 24 mln zł). Nie warto dalej ciągnąć tego wózka. Górnicy, którzy przepracowali ponad rok, objęci zostaliby pakietem osłonowym, podobnym do tego z czasów Buzka, na który wtedy przeznaczono 5 mld zł (tamta ekipa w miarę bezboleśnie wyprowadziła z kopalń 100 tys. górników w cztery lata). Pracownicy dołowi, którym brakuje do emerytury czterech lat, mogliby skorzystać z płatnego urlopu górniczego w wysokości 75 proc. pensji. Oferta dla pozostałych to jednorazowa odprawa, wyliczana indywidualnie, w wysokości 12-krotności pensji. Ci z najdłuższym stażem dostaliby po ok. 100 tys. zł.

Likwidacja kopalń zdjęłaby z rynku ok. 5,5 mln ton niepotrzebnego węgla.

Ale dla uratowania PGG to za mało. Wśród propozycji dla pozostałych kopalń było zawieszenie na trzy lata wypłaty tzw. czternastej pensji, która stanowi równowartość miesięcznego wynagrodzenia – wymyślonej przed laty jako nagroda z zysku. Zysku nie ma, a czternastka w górnictwie trzyma się dobrze. Dalej: zmiana systemu wynagrodzenia tak, żeby 30 proc. płacy było powiązane z wydajnością pracy. Zapowiedziano także rozmowy w sprawie obniżki wynagrodzeń w całej grupie – mniej więcej o jedną trzecią.

Cały ten pakiet doprowadził związkowców do szału. Dominik Kolorz, szef Śląsko-Dąbrowskiego Regionu „Solidarności”, znany fan PiS, zagrzmiał: „Może nastąpić spotęgowana powtórka tego, co było na Śląsku pięć lat temu [za Kopacz], kiedy w ciągu kilkunastu godzin mieliśmy rozpoczęty strajk w kopalni »Brzeszcze«, który następnie rozlał się na trzy czwarte Śląska. Myślę, że teraz będzie podobnie. Nikt nie będzie czekał na jakieś procedury sporów zbiorowych…”. Powściągliwie uznał wyciekły program za beznadziejny i całkowicie nie do przyjęcia. Inni związkowi liderzy wypowiadali się dużo ostrzej.

Stąd Sasin tego pasztetu nawet nie wyjął z teczki. Jego rzecznik Karol Manys powiedział dziennikarzom: „Szkoda czasu na dyskusję o dokumencie, o którym z góry wiemy, że nie zyska akceptacji”. Na odchodnym wicepremier zapewnił związkowców, że nie zabraknie pieniędzy na pensje w PGG. Co najmniej do końca roku. Do końca września powołany na tę okoliczność zespół – złożony ze związkowców, pracodawców i ministerialnych ekspertów – ma opracować nowy plan ratunkowy. W międzyczasie Polska Grupa Górnicza złoży wniosek o blisko 2 mld zł pomocy finansowej w ramach tarczy antykryzysowej z Polskiego Funduszu Rozwoju.

Opuszczający spotkanie za zamkniętymi drzwiami związkowy działacz został zapytany, co też tam się działo. „Kabaret!” – odpowiedział. Tak więc pierwsze starcie z górnikami, a raczej ze związkowcami, rząd PiS przegrał z kretesem. Problem pozostał. Można powiedzieć za Erichem Marią Remarkiem – w górnictwie bez zmian! Chyba się nie obrazi.

Czytaj też: Energetyka próbuje odkleić się od węgla

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Rozmowa z lesbijkami, szczęśliwymi małżonkami

Gdy słyszę, że ktoś krzyczy za mną lesba, wzruszam ramionami i idę dalej. A nawet gdybym miała zareagować, powiedziałabym: tak, lesba, i co z tego? – rozmowa z Małgorzatą Rawińską i Ewą Tomaszewicz.

Joanna Cieśla
12.06.2018
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną