„Polityka”. Dajemy pełny obraz.

Czytaj, słuchaj, odkrywaj świat!

SUBSKRYBUJ
Kraj

Relacja z zamieszek. Marsz Niepodległości przejęli kibole

Pierwsze starcia z policją Pierwsze starcia z policją Jerzy Dudek / Forum
Z powodu pandemii narodowcy nie dostali zgody na marsz, ale i tak dziesiątki tysięcy osób przeszły przez centrum Warszawy. W tym zorganizowane grupy kibiców, które starły się z policją.

Gdy demonstranci doszli do ronda de Gaulle’a, sytuacja była już bardzo napięta. Policja otoczyła Al. Jerozolimskie, petardy wybuchały co chwila. Wreszcie o 14:50 doszło do incydentu z udziałem chuliganów przy wejściu na podwórko przy salonie Empiku. To tutaj kilka tygodni temu kibole starli się z uczestnikami Strajku Kobiet. Tym razem próbowali sforsować barierki odgradzające teren od ulicy. W ciasnym przesmyku znalazło się kilkadziesiąt osób, które rzucały race za budynek. Dopiero po dwóch–trzech minutach z Nowego Światu w ich kierunku wymaszerowała policja.

Adam Szostkiewicz: Burdy „patriotyczne”

Bitwa o centrum Warszawy

Chwilę później obserwowaliśmy już regularną bitwę o centrum Warszawy. Policjanci próbowali odgrodzić najbardziej agresywnych demonstrantów od reszty, spychając ich na drugą stronę ronda, pod dawny Dom Partii. Momentalnie zmieniła się wtedy demografia marszu. Zdecydowaną większość uczestników stanowili zamaskowani kibole z biało-czerwonymi opaskami na rękach, biało-czerwonymi kominiarkami na głowach, z racami i kamieniami.

Przez cały czas wykrzykiwali do policjantów: „Zawsze i wszędzie policja j…na będzie”, nazywali „sprzedajnymi k…ami” i oskarżali o „służalczość wobec Niemców i Żydów”. Chuligani wchodzili w tłum zwykłych uczestników, namawiając do wsparcia ich w walce z policją i przekonując, że to służby porządkowe dopuściły się prowokacji, żeby pokazać „patriotów jako bandytów”. Starcia przeniosły się wkrótce pod Muzeum Narodowe, gdzie demonstranci znów sforsowali barierki i próbowali ustawić barykadę na jezdni. Policja użyła w odpowiedzi gazu łzawiącego i gumowych kul.

Czytaj też: Policja słucha władzy, ale ma wątpliwości

„Niech płonie”

W tym czasie organizatorzy nadal próbowali wmawiać uczestnikom, że marsz odbywa się bez zakłóceń, a oni nad wszystkim panują. Straży marszu udało się odciąć od kiboli m.in. dwupiętrowy autobus z flagami Konfederacji, którym jechał Robert Winnicki i inni działacze Ruchu Narodowego. W Popłynęła dyskotekowa muzyka, a organizatorzy krzyknęli do megafonu, że „impreza trwa”.

Tłum przemieścił się na drugą stronę Wisły, w stronę ronda Waszyngtona. Na wysokości Powiśla zapaloną petardę wrzucono do mieszkania. Na balkonie wyżej wisiał plakat Strajku Kobiet. W tłumie dało się usłyszeć: „Niech płonie!”.

Czytaj też: Sławomir Mentzen, strateg Konfederatów

Ranni policjanci

Do samego ronda Waszyngtona dotarło niewielu demonstrantów – większość skręciła na błonia Stadionu Narodowego. Tam znów doszło do starć. Na policyjne tarcze poleciały petardy, kamienie, butelki. Organizatorzy otwarcie przyznali, że to wszystko ustawki, ostrzegając na Telegramie przed prowokacjami i zachęcając do szybkiego rozchodzenia się do domów.

Oficjalny komunikat o zakończeniu marszu wydali o godz. 16:52. Mimo to starcia na błoniach trwały, do incydentów doszło też na stacji PKP Warszawa-Stadion. Jak informuje Komenda Stołeczna Policji, rannych jest co najmniej kilku policjantów.

Czytaj też: Narodowcy w asyście policji. Odradzają się stare demony

Zamieszki na Marszu NiepodległościJędrzej Nowicki/Agencja GazetaZamieszki na Marszu Niepodległości

Zaczynało się niemrawo

Jubileuszowy, dziesiąty Marsz Niepodległości otoczony był aurą niepewności już na etapie planowania. Jeszcze we wrześniu Robert Bąkiewicz, główny organizator demonstracji z okazji Święta Niepodległości, alarmował w korespondencji do sympatyków, że brakuje pieniędzy na przeprowadzenie obchodów. Z tego powodu przeciągały się m.in. negocjacje z firmą zapewniającą nagłośnienie.

Nie było też wiadomo, czy w obliczu drugiej fali pandemii koronawirusa swobodne przejście ulicami Warszawy będzie w ogóle możliwe, więc w powijakach była też rekrutacja wolontariuszy do Straży Marszu Niepodległości. To formacja pilnująca porządku na wydarzeniach narodowców, jednym z jej liderów jest zaś poseł Konfederacji Michał Urbaniak.

Czytaj też: Tituszki prezesa, mobilizacja wojsk. Powiało grozą

Marsz zakazany przez sąd

Problemy jeszcze narosły tuż przed 11 listopada. Powołując się na rosnącą liczbę zakażeń covid-19, manifestacji zakazał prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski. Narodowcy nie dali za wygraną – od decyzji ratusza odwołali się w sądzie, a w zamkniętych grupach w mediach społecznościowych informowali się nawzajem, że do przemarszu i tak dojdzie.

Do tegorocznej edycji, zorganizowanej pod hasłem „Nasza cywilizacja – Nasze zasady”, przystępowali dodatkowo wzmocnieni po kilkunastu dniach protestów Strajku Kobiet. W ich czasie Bąkiewicz powołał nową jednostkę: Straż Narodową do obrony świątyń. Szef Marszu Niepodległości mówił wtedy „Polityce”, że „będzie to formacja defensywna”, ale jej członkowie nie zawahają się „oddać zdrowia i życia” dla wiary. Uczestników protestów porównał do satanistów, stwierdzając, że na świecie są „tylko dwa sztandary: Boga i szatana”.

Czytaj też: Narodowcy zapowiadają ofensywę anty-LGBT

Miał być rajd

Straż Narodowa szybko przeszła chrzest bojowy – jej flagi powiewały z głośników nad niewielką mównicą przy rondzie Dmowskiego, gdzie organizatorzy witali uczestników i rozpoczęli zgromadzenie. Jej członkowie wraz z regularnymi członkami Straży Marszu Niepodległości szli wzdłuż tłumu, choć bardzo szybko przestali pacyfikować podburzających tłum kiboli i chuliganów.

Tymczasem – jak ustaliła „Polityka” – tuż przed 11 listopada ochotnicy i kandydaci do straży przeszli pod Warszawą czterodniowe szkolenie bojowe: m.in. trening taktyczny w terenie, kurs medycyny pola walki, ćwiczenia z łączności polowej oraz przeszkolenie strzeleckie z bronią krótką kaliber 9 mm.

Oficjalnie żadna z tych umiejętności miała się dzisiaj nie przydać. Zamiast przejść narodowcy planowali bowiem przez centrum przejechać – samochodami i motocyklami. Trasa „Rajdu Niepodległości” miała obejmować oś miasta wzdłuż Al. Jerozolimskich, od ronda Czterdziestolatka do ronda Waszyngtona. Później, tradycyjnie, uczestnicy przeszliby na błonia Stadionu Narodowego. Wszystko odbyło się jednak według zupełnie innego scenariusza.

Msza u lefebrystów

Dzień zaczął się od mszy, której znów nie udało się zorganizować w żadnej parafii w centralnych dzielnicach. Skonfliktowanych z warszawską kurią narodowców drugi rok z rzędu przygarnęli lefebryści z bractwa Piusa X na Wawrze, oficjalnie będący poza strukturami Kościoła katolickiego. Tam odprawiono nabożeństwo w rycie trydenckim; obecny był m.in. Robert Bąkiewicz.

Relację z całego dnia prowadziło Radio WNET, tegoroczny partner medialny marszu. Organizatorzy zapowiedzieli też, że uczestników o przebiegu wydarzeń będą informować na specjalnym kanale w aplikacji Telegram – tu jednak odzew był znikomy. W szczycie marszu na kanale było raptem 360 osób, a powiadomienia dotyczyły właściwie tylko początku i końca zgromadzenia.

Czytaj też: Wyznania polskiego narodowca

„Zbuntujmy się, odzyskajmy Polskę!”

Obchody – bardziej piesze niż zmotoryzowane – zaczęły się na rondzie Dmowskiego o godz. 14:00. Już wtedy było jasne, że nie obejdzie się bez zakłóceń. W tłumie pojawili się kibole z insygniami klubów, w kominiarkach, ze środkami pirotechnicznymi, a nawet z alkoholem. Race zostały odpalone jeszcze przed oficjalnym startem marszu, utrudniając oddychanie pasażerom metra. Kibole wrzucali też petardy za ogrodzenia budowy Widok Towers, potęgując huk i niszcząc okolice wieżowca.

Organizatorzy nie zwracali na to uwagi. Zgromadzenie rozpoczęli od kilku znanych narodowych okrzyków, jak „Cześć i chwała bohaterom!”. Potem na mównicę pod Novotelem wszedł Winnicki. Wystąpienie podzielił na trzy apele: do rządzących, młodzieży i ludzi Kościoła. Mateuszowi Morawieckiemu zarzucał, że „wchodzi w buty poprzedników”, z każdym dniem „pogłębiając chaos w kraju”. Wezwał PiS „do zaprzestania lockdownu” i rozpoczęcia działań prowadzących do poprawy sytuacji w służbie zdrowia, zamiast „pilnować restauracji i siłowni”.

Jarosławowi Kaczyńskiemu kazał z kolei „odwalić się od rolników”, mimo że „popełnili jeden błąd – zagłosowali na PiS”. Młodych wezwał do buntu przeciwko lewicowemu hedonizmowi, który jego zdaniem oferuje jedynie „pozorną wolność”, polegającą „na ćpaniu i wolnym seksie”. „To żadna wolność, żaden bunt – mówił Winnicki. – Prawdziwe oblicze buntu to patriotyzm, tradycja i tożsamość. Dlatego zbuntujmy się, odzyskajmy Polskę!”. Wcześniej pogroził palcem biskupom. Zapowiedział, że narodowcy nie będą bronić „pałaców, w których chowają się pedofile”. „Kościół musi oczyścić się w ogniu prawdy” – krzyczał poseł.

Czytaj też: A jednak Jan Paweł II wiedział

Później wystąpił przewodniczący Młodzieży Wszechpolskiej Ziemowit Przebitkowski, zachęcający demonstrantów do „pozdrawiania” Antify. Kiedy więc z ulicy wydobył się krzyk: „Zawsze i wszędzie Antifa j…na będzie”, uśmiechnięty Przebitkowski stwierdził, że to „miód na jego serce”. Na końcu na scenę wbiegł Bąkiewicz. Szef Marszu Niepodległości zwrócił się do coraz lepiej widocznych kiboli. Ciesząc się z ich obecności, mówił, że „choć nie zawsze mają ładne zasady”, to są niezbędni w walce z lewactwem.

Czytaj też: Trzaskowski, Antifa, Soros. Polska prawica na tropie spisków

Poleciały butelki i petardy

Tłum ruszył ok. 14:30. Już wtedy z bocznych uliczek i podwórek między rondami Dmowskiego i de Gaulle’a wyłaniały się kolejne grupy mężczyzn w kominiarkach. Choć regularnie rzucali petardami w tłum, Widok Towers i inne budynki mieszkalne, nie interweniowała ani policja, ani Straż Marszu Niepodległości.

Do pierwszego starcia doszło kilka minut później, kiedy czoło marszu, zdominowane przez kiboli, doszło do skrzyżowania Al. Jerozolimskich z ul. Kruczą. Po obu stronach stały kordony policji, w które momentalnie poleciały szklane butelki, kamienie, race i petardy. Wśród chuliganów były grupy z całej Polski. Do ataków na policję mobilizowały grupy kibiców z insygniami Lecha Poznań, Jagiellonii Białystok, Widzewa Łódź, Unii Leszno, Arki Gdynia czy Zawiszy Bydgoszcz.

Czytaj też: Piłka i pięść. Kibole rosną w siłę

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Jak zostałem obrońcą życia. Reporter „Polityki” na szkoleniu antyaborcyjnym

Projekt ustawy zakazującej aborcji, homofobusy, banery ze zdjęciami abortowanych płodów. By przebić się ze swoim przekazem, Fundacja Pro – Prawo do życia idzie szeroko. Szeroko też werbuje, bo również wśród dziennikarzy „Polityki”.

Mateusz Witczak
03.12.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną