W 2007 r. Mariusz Kamiński, prezentując materiały operacyjne z prowokacji przeciwko posłance PO Beacie Sawickiej, mówił: „Ta konferencja każe się zastanowić, na kogo oddać swój głos. Polacy sami wyciągną wnioski”. Dziś mamy jeszcze bardziej oczywiste manipulowanie procesem wyborczym.
Mało prawdopodobne, że Pegasusgate – jak tamta afera inwigilacyjna – znacząco wpłynie na notowania PiS. Dziś to dla ludzi wewnętrzna wojna jednych polityków z innymi. Ale znaczenia tej nowej afery nie można mierzyć słupkami poparcia, podobnie jak nie można mierzyć sondażami wagi niszczenia niezależnego sądownictwa. Jedyna właściwa miara to wpływ na destrukcję demokratycznego państwa. Jeśli używa się służb specjalnych do manipulowania procesem wyborczym, to trudno mówić o demokratycznym mandacie tak wybranej władzy.
Nie bez kozery John Scott Railton, ekspert z Instytutu Citizen Lab, przesłuchiwany przez senacką komisję nadzwyczajną „do spraw wyjaśnienia przypadków nielegalnej inwigilacji, ich wpływu na proces wyborczy oraz reformy służb specjalnych” (bojkotowaną przez PiS), mówił, że obserwując, jak używano Pegasusa do ataków na telefon szefa kampanii wyborczej Koalicji Obywatelskiej Krzysztofa Brejzy, odczuwał déjà vu: identyczne działania przeprowadzały służby Putina wobec Aleksieja Nawalnego. Tworzyły fake fakty, wykorzystując wykradane i zmanipulowane esemesy, by skompromitować go wobec wyborców.
Lista przestępstw
Rząd przyznaje się do zakupu Pegasusa. Uzasadnieniem jest skuteczniejsza walka z przestępczością. Ale narzędzie, które wymyślono do walki z mafią i terroryzmem, zostało użyte do inwigilacji opozycji. W dodatku wartość procesowa zdobytych tak informacji – zdaniem prawników przesłuchanych przez senacką komisję: prof.