Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Kraj

Wywoływanie Tuska z lasu. PO dostała od PiS i TVP złotą rózgę w prezencie

Donald Tusk Donald Tusk Tomasz Stańczak / Agencja Wyborcza.pl
PO może teraz co drugi dzień wzywać Jarosława Kaczyńskiego do debaty, doskonale wiedząc, że od czasu swej sromotnej klęski w podobnym starciu w 2005 r. lider PiS boi się jak ognia rozmowy z Donaldem Tuskiem.

Rządowi pali się grunt pod nogami i robi się coraz bardziej nerwowy i agresywny. Na „odcinku propagandy” trwa rozstawianie wokół afery taśmowej oraz innych szalbierstw PiS parawanu z komiksem o teutońsko-ruskim monstrum Donaldzie, który na dzień dobry bierze łapówki w reklamówce, by tym chętniej na sto sposobów zdradzać ojczyznę.

Tusk wezwany do debaty

W ramach obrzydzania byłego premiera tym wszystkim, którzy jeszcze wahają się, czy na niego głosować, propagandyści PiS wymyślili, że zastawią na niego pułapkę w postaci pseudozaproszenia na debatę telewizyjną z Mateuszem Morawieckim. W zeszłą niedzielę, z kilkugodzinnym wyprzedzeniem, zaproszono więc Tuska do TVP Info na „debatę” z premierem w ramach programu Michała Adamczyka „Strefa Starca”. Oczywiście tego rodzaju wydarzenia planuje się zawczasu i bardzo szczegółowo uzgadnia się zasady programu, więc jasne było, że Tusk to zaproszenie odrzuci jako niepoważne.

O to właśnie propagandystom PiS chodziło, gdyż taka odmowa daje sposobność do wyzwania Tuska od tchórzy. Tak się właśnie dzieje, a wersja TVP głosi, że zaproszenie dla Tuska jest ponawiane już od 49 odcinków. To oczywiście nieprawda, ale opinia publiczna nie musi wiedzieć, na czym polega profesjonalne zaproszenie szefa opozycji na debatę z szefem rządu. Zaczyna się od spotkania prezesa lub wiceprezesa stacji z szefem służb prasowych lidera opozycji i premiera, podczas których wstępnie uzgadnia się formułę, tematykę i termin, a potem dopiero wysyłane są formalne zaproszenia i rozpoczynają się rozmowy o szczegółach. W naszych realiach to zresztą zupełna fikcja, bo telewizja publiczna jest całkowicie podporządkowana rządowi i rządzącym partiom, więc nie ma ani chęci, ani zdolności, aby zorganizować samodzielnie bezstronną i uczciwą debatę kluczowych polityków.

Propagandyści PiS się przeliczyli

Kto wie, być może aparat propagandowy rządu liczył, że uda mu się powtórzyć numer z organizowaną przez TVP debatą prezydencką w Końskich, na którą kandydat opozycji Rafał Trzaskowski zdecydował się nie przyjechać, co później komentowano jako błąd być może przesądzający o jego minimalnej przegranej z Andrzejem Dudą. Jednak tym razem do wyborów jest jeszcze daleko, a i kontekst jest inny. W „stchórzenie Tuska” nikt nie uwierzy. A poza tym wszyscy wiedzą, że realnym rywalem, a tym samym partnerem w debacie dla Tuska, jest nie Morawiecki, lecz jego szef faktycznie sprawujący w Polsce rządy, czyli Jarosław Kaczyński. Tak też odpowiedziała Platforma Obywatelska – debata, owszem, ale na poważnie i z poważnym przeciwnikiem, czyli Kaczyńskim.

Taka odpowiedź była naprawdę łatwa do przewidzenia, lecz panika, jaka zapanowała w ostatnich tygodniach w PiS, sprawia, że partia ta nie jest już zdolna myśleć dwa kroki do przodu. A przecież teraz PO może co drugi dzień wzywać Kaczyńskiego do debaty „na ubitej ziemi”, doskonale wiedząc, że od czasu swej sromotnej klęski w podobnym starciu w 2005 r. lider PiS boi się jak ognia rozmowy z Tuskiem, zaś w razie gdyby został do udziału w niej jakimś sposobem zmuszony, to znów przegrałby z kretesem. Bo Tusk nie tylko może do upojenia opowiadać o naprawdę strasznych i bezprecedensowych rzeczach, które wyrabia rząd PiS, lecz przede wszystkim jest nieporównanie sprawniejszy retorycznie i bardziej doświadczony w prowadzeniu sporów i występowaniu w mediach.

Kaczyński umie tylko ględzić do swoich i rozrzucać wokół siebie kłamstwa i pomówienia, jak rozrzuca się nawóz na polu, za to Tusk potrafi wyrażać się krótko, treściwie, celnie i w dodatku dowcipnie. Może i ma ogromny „elektorat negatywny”, lecz swą klasą i obyciem robi wrażenie nawet na swoich przeciwnikach. Tymczasem Kaczyński budzi czasami zażenowanie nawet wśród swoich zwolenników. Debata byłaby dla niego prawdziwą udręką i jeszcze prawdziwszą katastrofą. A przez minione 17 lat to z pewnością Donald Tusk się rozwinął, podczas gdy o Jarosławie Kaczyńskim można powiedzieć coś dokładnie przeciwnego.

Kaczyński niech szykuje się na proces

Wygląda więc na to, że PO dostała w prezencie od PiS i TVP złotą rózgę. Może teraz chłostać Nowogrodzką bardzo poważnymi, profesjonalnie przygotowanymi ofertami bezstronnie prowadzonej debaty z udziałem mediów publicznych i prywatnych, a także dziennikarzy różnych opcji. A Kaczyński będzie się, jak to on, na oczach całej Polski wił w głupawych szyderstwach i pomówieniach, a i tak wszyscy będą widzieli, jak bardzo się Tuska boi. Zapowiedzią takiej strategii jest ogłoszone przez znanego dominikanina o. Ludwika Wiśniewskiego wezwanie do zorganizowania debaty Tusk–Kaczyński na Uniwersytecie Warszawskim. Znakomicie! Nie sądzę jednak, aby zasiedziały z łaski PiS na licznych synekurach rektor UW miał do powiedzenia o. Wiśniewskiemu coś więcej niż „ciekawy pomysł”.

Osobiście jestem przekonany, że Morawiecki i Kaczyński powinni raczej debatować ze swoimi adwokatami, przygotowując się do procesów, które niechybnie zostaną im wytoczone, gdyby miała w Polsce zapanować praworządność. Nie zasługują na to, aby traktować ich tak, jak traktuje się przeciwników politycznych w normalnych warunkach cywilizowanej walki politycznej w mniej więcej praworządnym kraju. Debata Tusk–Kaczyński, gdyby do niej doszło, byłaby dla tego drugiego swego rodzaju legitymizacją potwierdzającą, że jest jednak politykiem, a nie osobą – by posłużyć się typową dla Kaczyńskiego retoryką – kierującą pewną organizacją znaną z tego, że, mówiąc eufemistycznie, popełnia rozliczne przestępstwa i nadużycia o rozmaitym charakterze.

PiS pragnie amnezji

Jednak nie ma co się łudzić, że Platforma zdecyduje się bojkotować PiS i nie spotykać się publicznie z liderami tej formacji. To byłoby źle odebrane również przez jej własny elektorat. Należy się spodziewać, że „dialogu” będzie w takiej czy innej formie całkiem sporo. Zaletą tej z pewnością mało estetycznej „procedury komunikacyjnej” jest to, że pojawi się więcej okazji, aby przypominać społeczeństwu najgorsze rzeczy, które robił dotąd PiS, a które w wielu przypadkach zatarły się już w świadomości społecznej, jak afera SKOK, GetBack, wieże Kaczyńskiego, podsłuchy za pomocą programu Pegasus czy niewprowadzenie do użytku paszportów covidowych z powodu obaw o straty sondażowe. Bo zniszczenie Trybunału Konstytucyjnego, upolitycznienie Krajowej Rady Sądownictwa, prześladowania sędziów, zakaz aborcji w przypadku śmiertelnych wad płodu czy nieprzyjmowanie pieniędzy z Krajowego Planu Odbudowy to naprawdę nie wszystko, co złego uczynił PiS i jego koalicjanci, a nawet i to może zostać przez wyborców zapomniane lub zlekceważone.

Problemem opozycji – oprócz kwestii wspólnych list wyborczych – jest utrzymanie w społeczeństwie pamięci całego zła, które uczyniły Polsce rządy PiS. Debata Tusk–Kaczyński, choć mało prawdopodobna i w jakiś sposób niemoralna, byłaby dobrym sposobem na zapobieżenie tej upragnionej przez PiS amnezji.

Więcej na ten temat
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną