Oferta na pierwszy rok:

4 zł/tydzień

SUBSKRYBUJ
Osoby czytające wydania polityki

Wiarygodność w czasach niepewności

Wypróbuj za 11,90 zł!

Subskrybuj
Kraj

Rosyjski pocisk Ch-55 pod Bydgoszczą. Wojna na górze trwa, wojskowy marsz PiS się potknął

Minister obrony Mariusz Błaszczak i premier Mateusz Morawiecki wśród wojskowych Minister obrony Mariusz Błaszczak i premier Mateusz Morawiecki wśród wojskowych Leszek Chemperek CO / Ministerstwo Obrony Narodowej
Oskarżany przez władzę gen. Tomasz Piotrowski zaapelował: „wierzę, że żyjemy w kraju demokratycznym i wiemy, co to wymiar sprawiedliwości”. MON Mariusza Błaszczaka odpowiedział przeciekiem z kontroli w jego dowództwie.

Polityczno-wojskowy spór wokół przedostania się do Polski rosyjskiego pocisku manewrującego, który nadleciał w grudniu, a odnaleziony został przypadkiem w kwietniu, właśnie wszedł na wyższy poziom. Tempo wydarzeń, do tej pory odmierzane dniami, w których padały kolejne wypowiedzi tworzące obraz niekompetencji, chaosu i wzajemnych oskarżeń, przyspieszyło. Po kilku bezprecedensowych zdarzeniach kilka nowych nastąpiło w odstępie paru godzin w piątek.

Bezpośrednio zabrał głos „główny oskarżony”, pośrednio „główny oskarżyciel”, a przez instytucję podległą – potencjalny arbiter i decydent, od którego los „oskarżonego” najbardziej zależy. Problem natury wojskowo-strategicznej przeistoczył się już w polityczną gmatwaninę. Warto prześledzić jej etapy, nawet jeśli nie pozwala to rozsupłać wszystkich jej węzłów. Od tego wciąż jesteśmy daleko – ostatnie godziny przyniosły utwardzenie stanowisk walczących stron, ale jednocześnie spiętrzyły niejasności.

Czytaj też: Incydent w Przewodowie i co dalej? Cztery bolesne lekcje dla PiS

Apel generała

Oskarżany o sprzeniewierzenie się zasadom służby, oszukanie ministra obrony i zatajenie informacji w oficjalnym dokumencie generał broni Tomasz Piotrowski wydał apel. Odwołuje się w nim do wartości nadrzędnych: demokracji, sprawiedliwości, solidarności i jedności narodowej w obliczu zagrożenia ze Wschodu. Nie odnosi się do zarzutów stawianych przez szefa MON Mariusza Błaszczaka, ale sugeruje, że sam fakt ich sformułowania sprzyja przeciwnikom Polski. Tym samym odezwa ta jest pewnego rodzaju odpowiedzią na oświadczenie ministra. Generał nie kieruje jej do przełożonych czy zwierzchników politycznych, a do całego narodu, co jest gestem rzadko spotykanym w relacjach wojska z politykami i podkreśla wyjątkowość sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy.

Piotrowski przytacza wojenny kontekst bieżących wydarzeń i zwraca uwagę na zagrożenia z niego wynikające. Pisze: „Chciałem zwrócić się z apelem o rozsądek, o to, abyśmy w nadchodzących dniach bardzo ważyli emocje, abyśmy byli rozsądni w tym, co robimy, abyśmy bardzo ambitnemu i agresywnemu przeciwnikowi nie dawali pożywki, nie dawali się dzielić na grupy. Bo ten przeciwnik już tylko na to czeka”.

Dalej generał snuje wywód wspierający własną misję i podległych mu żołnierzy: „Wstając rano, patrząc w lustro, pytają się, czy zrobili wystarczająco dużo i czy zrobili wszystko dla bezpieczeństwa państwa, i każdego dnia starają się być coraz doskonalsi, coraz lepsi, żeby zadbać o nasze wspólne bezpieczeństwo, by Polska była bezpieczniejsza i stabilniejsza”. Konkluduje jednak apelem wykraczającym poza wymiar wojskowy i bezpieczeństwa: „Wierzę głęboko, że żyjemy w państwie, które jest silne i sprawiedliwe. Wierzę też głęboko we wszystkich Polaków, że jesteśmy w tej chwili w stanie pokazać przy nadchodzącym zagrożeniu ze Wschodu, że jesteśmy świadomi, że żyjemy w kraju demokratycznym, że wiemy, co to jest wymiar sprawiedliwości, i nie ulegniemy złym emocjom”.

Jeśli jest to odpowiedź na zarzuty ministra, to wyważona, co należy generałowi poczytać na plus.

Wyjątkowa jest forma tego apelu. Generał przemawia do Polaków na tle pustej ściany lub jakiegoś ekranu, jak sam twierdzi, „z miejsca kierowania ćwiczeniem »Anakonda« i dowodzeniem Dowództwa Operacyjnego, rozmieszczonego w północnej części Polski”. W odróżnieniu od poprzedniego wystąpienia z 28 kwietnia, w którym próbował tłumaczyć sytuację po odkryciu pocisku i sączyć skąpą wiedzę o jego upadku 16 grudnia, tło tego przemówienia wygląda na bardzo awaryjne. Wówczas były to jakieś wojskowe namioty, teraz goła biel. Załączony tekst też wygląda na niezredagowany, wrzucony na stronę dowództwa pospiesznie. A jednak zawiera treści, które nie korespondują z tą ascetyczną formą. Gen. Piotrowski być może wpadł na pomysł nagrania wystąpienia do narodu w takich okolicznościach, w jakich akurat przebywał. Pytanie, czy w zaistniałej sytuacji dialog z ministrem obrony za pośrednictwem publicznych wystąpień to najlepszy pomysł. Gdyby w taki sposób odczytywać intencje generała, należałoby spytać, czy uzyskał zgodę na występ swojego przełożonego: szefa sztabu generalnego. Trudno bowiem odczytywać treść wystąpienia jako bezpośrednio związaną z trwającym ćwiczeniem czy ogólniej – zadaniami dowództwa operacyjnego. Nie wiemy też, czy poza publicznym apelem gen. Piotrowski zwrócił się z jakimiś wyjaśnieniami bezpośrednio i poufną ścieżką do ministra obrony lub szefa sztabu. W tym kontekście zamiast wyjaśnienia sytuacji nastąpiło jej kolejne zagmatwanie.

Czytaj też: To nie był atak na Polskę. Co to była za rakieta? Wyjaśniamy

Przeciek na Twitterze

Druga strona nie jest lepsza. Z MON słyszane było oficjalnie wyłącznie milczenie. Natomiast kilka godzin po wystąpieniu Piotrowskiego opublikowano dokumenty, które – jak się zdaje – miały wspierać „na papierze” podaną dzień wcześniej przez Błaszczaka tezę oskarżenia pod adresem generała. Piotr Nisztor, dziennikarz związany z prawicowymi i sprzyjającymi władzy mediami („Gazeta Polska”, TV Republika, obecnie TVP), opublikował na Twitterze skan strony dokumentu, który najprawdopodobniej jest fragmentem raportu z kontroli MON w dowództwie operacyjnym – czyli u Piotrowskiego. Czytamy w nim zdania, które dzień wcześniej wypowiedział Błaszczak: że 16 grudnia 2022 r. w sprawozdaniu DORSZ nie odnotowano naruszenia przestrzeni powietrznej Polski i że o takim incydencie nie informowano też w dniach kolejnych. Ciekawe, że w przytoczonym skanie jest błąd, jedna z dat mówi o 17 grudnia 2023. Natomiast wedle zawartych tam informacji Centrum Operacji Powietrznych w korespondencji z DORSZ nie było w stanie ocenić, jaki obiekt obserwowały podległe mu systemy.

Był to pierwszy strzęp oficjalnego dokumentu dotyczącego sprawy rosyjskiego pocisku, jaki ukazał się w publicznym obiegu. Pytanie o to, dlaczego ukazał się w formie skanu jednej strony na profilu akurat tego dziennikarza, a nie w całości na stronach MON, należy pozostawić w sferze retorycznej.

Kolejne oświadczenie dotarło do nas późnym wieczorem. MON zawiadamia, że przekazał prezydentowi i premierowi raport, w pięciu punktach wymienia zarzuty przeciwko dowódcy operacyjnemu wyrażone w czwartek przez ministra. Dodaje, że „w trakcie cyklicznych odpraw kierownictwa resortu i sił zbrojnych nie meldował o żadnych negatywnych zdarzeniach w przestrzeni powietrznej w dniu 16 grudnia 2022”. Resort dokłada nowy argument w sporze, jakim mają być „przekazane niedawno MON wyniki kontroli NIK, która wykazała zaniedbania Dowódcy Operacyjnego Rodzajów Sił Zbrojnych w obszarze organizowania i funkcjonowania systemu obrony powietrznej kraju”. Kontroli takiej nie wyszczególnia publiczny plan pracy NIK na 2023 r. (możliwe, że sprawa dotyczy zadania z ubiegłego roku). Raportu z tej kontroli NIK nie opublikowała. Choćby z tego powodu to zapewne nie koniec odprysków historii zgubionego pocisku.

Prezydent Andrzej Duda i szef MON Mariusz BłaszczakMaciej Nędzyński / CO MON/Ministerstwo Obrony NarodowejPrezydent Andrzej Duda i szef MON Mariusz Błaszczak

Czytaj też: NATO musi zacisnąć pięść, niekoniecznie atomową

Trzeci gracz powoli wchodzi do gry

Na razie różne wyjaśnienia są najwyraźniej niezadowalające dla trzeciego z istotnych graczy: prezydenta Andrzeja Dudy.

Już rankiem w radiowym wywiadzie w imieniu głowy państwa i zwierzchnika sił zbrojnych kancelaryjny minister Paweł Szrot studził zapał do jakichkolwiek decyzji, w tym kadrowych. Wręcz bagatelizował słowa Błaszczaka, stwierdzając, że „nie bardzo jest o czym rozmawiać”, mówił też, że „różne informacje krążą w obiegu publicznym, a różne w niepublicznym”. Zastrzegł, że „do Kancelarii Prezydenta, do Biura Bezpieczeństwa Narodowego, nie wpłynął jeszcze ani żaden z personalnych wniosków, ani finalny raport, który mógłby być podstawą decyzji prezydenta Andrzeja Dudy”. I zapewnił, że „prezydent wykorzysta wszystkie instrumenty, żeby zdobyć jak najlepszą wiedzę, a potem podejmie odpowiednie decyzje. Nic pospiesznie. Wszystkie decyzje muszą być bardzo przemyślane”.

Ostrożne, zdystansowane stanowisko Dudy znalazło potwierdzenie w późniejszym oficjalnym oświadczeniu BBN, w którym powtórzono, iż do zwierzchnika sił zbrojnych nie wpłynęły z MON żadne wnioski personalne ani żaden raport, a aktualny stan wiedzy prezydenta nie uzasadnia zmian na szczytach kadry dowódczej. BBN stwierdza zarazem, że konieczne jest odpowiedzialne działanie w celu uniknięcia pochopnych decyzji, a Biuro prowadzi działania zmierzające do ustalenia pełnych okoliczności zdarzenia. Potwierdza to wcześniejsze przewidywania „Polityki”, że Andrzej Duda nie przyjmuje na wiarę komunikatów MON w sprawie Piotrowskiego i nie będzie się spieszyć z decyzjami, zanim nie zbada dogłębnie sprawy. Natomiast dialog za pośrednictwem oświadczeń wydaje się już w tej sprawie normą.

Jednak oświadczenie BBN zawiera istotny element łączący narrację prezydenta z tym, co mówili wcześniej premier i szef MON. Komunikat stwierdza, że szef BBN Jacek Siewiera został poinformowany o znalezieniu w lesie pod Bydgoszczą „niezidentyfikowanego obiektu wojskowego, który może być pociskiem manewrującym produkcji rosyjskiej” 26 kwietnia o 20:15, a 15 minut później dowiedział się o tym sam prezydent, wówczas goszczący z wizytą w Mongolii. Pierwsza niejawna rozmowa na temat znaleziska miała się odbyć 27 kwietnia rano. A zatem prezydent w oficjalnym komunikacie zdaje się przeczyć, jakoby miał wiedzieć o zdarzeniu z pociskiem od dnia, w którym miało ono miejsce, czyli 16 grudnia. Albo to przejęzyczenie wynikające z nieprecyzyjnego sformułowania tekstu, który odnosi się wyłącznie do sprawy odnalezienia szczątków pocisku, albo prezydent chce powiedzieć coś istotniejszego – że ominęła go informacja o potencjalnie strategicznym znaczeniu, graniczącym z sytuacją na progu wojny.

Co jeszcze istotniejsze, oświadczenie takie powoduje dysonans ze słowami szefa sztabu generalnego, który wyraźnie mówił o poinformowaniu przełożonych i dochowaniu procedur. Jeśli formalnie odczytywać słowa gen. Rajmunda Andrzejczaka, miał na myśli ministra obrony, ale do jego przełożonych w systemie bezpieczeństwa państwa należą też premier i prezydent. Skoro wiedzy o pocisku w grudniu zaprzeczyli zarówno minister, jak i premier, w domyśle pozostał prezydent. Teraz i on twierdzi, że o pocisku spod Bydgoszczy dowiedział się w kwietniu. To rodzi kolejną falę pytań: co, kto, kiedy i od kogo wiedział.

Wojskowy marsz PiS się potknął

Inne pytania zadaje już opozycja, która swoim prawem skorzystała z okazji i zaatakowała Błaszczaka oraz rząd w zakresie jego kompetencji obronnych. Żąda posiedzeń sejmowych komisji, wzywa do udzielania publicznych informacji, domaga się głów i broni generałów. Wracają hasła o niekompetencji, nieudolności, braku szacunku dla wojska, pomiataniu generałami – ostatnio słyszane za rządów Antoniego Macierewicza w MON.

Sprawa pocisku wybuchła jako afera polityczna, i to w czasie kampanii wyborczej, w której PiS uczynił sprawy obronności frontowymi, a ministra obrony postawił na czele defilady sukcesów, przełomów, zakupów i osiągnięć. Ten marsz właśnie się potknął, a stawanie murem za Błaszczakiem wydaje się teraz równie ryzykowne, co i totalna jego krytyka. W sprawie pocisku nadal więcej jest pytań niż odpowiedzi. Natomiast rządy Błaszczaka w MON i jego wpływ na sprawy obronności wykraczają dalece poza tę „aferę”, spór z generałami, a może i prezydentem. Na ostateczny bilans przyjdzie nam jeszcze poczekać.

Więcej na ten temat
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną