Oferta na pierwszy rok:

4 zł/tydzień

SUBSKRYBUJ
Osoby czytające wydania polityki

Wiarygodność w czasach niepewności

Wypróbuj za 24,99 zł!

Subskrybuj
Kraj

Bój o TVP. Rząd Tuska reaguje ostro. A PiS odgrywa swoją dramę w reżyserii Kaczyńskiego

Protest zwolenników PiS przed siedzibą TVP na pl. Powstańców Warszawy Protest zwolenników PiS przed siedzibą TVP na pl. Powstańców Warszawy Grzegorz Dąbrowski / Agencja Wyborcza.pl
Media publiczne stały się igrzyskiem śmiertelnego boju zdesperowanego Jarosława Kaczyńskiego ze swoim arcywrogiem. Ale Donald Tusk z Bartłomiejem Sienkiewiczem to twardy duet. Poradzą sobie i z Kaczyńskim, i z Dudą, a nawet z samym Adamczykiem.

A więc likwidacja! Na prezydenckie weto wobec ustawy okołobudżetowej, przeznaczającej 3 mld zł na media publiczne, rząd zareagował ostro i logicznie. Nie ma pieniędzy? No to spółki medialne staną się niewypłacalne i trzeba postawić je w stan likwidacji. To właśnie ogłosił minister Bartłomiej Sienkiewicz. Chodzi o Telewizję Polską SA, Polskie Radio SA oraz Polską Agencję Prasową.

Stan likwidacji daje rządowi większe pola działania i przyspieszy „restrukturyzację” czy, jak wyraził się premier, oczyszczenie stajni Augiasza. A ustawę – owszem – trzeba zmienić, ale nie tak, jak chciał Andrzej Duda, lecz wedle dawnego modelu protestu opozycji demokratycznej wobec dofinansowywania mediów publicznych kontrolowanych przez PiS, czyli przeznaczając miliardy na onkologię.

I co zrobi Duda? Zawetuje znowu? Pewnie nie, bo skoro postawił już Panu Kaczyńskiemu świeczkę, to czas postawić ogarek Tuskowi. A jak się trochę uspokoi, to i likwidację się odwoła. Niezbędne dla funkcjonowania mediów pieniądze od biedy zaś może wysupłać premier ze swojej rezerwy. Co już zresztą zapowiedział.

Gdzie prezesów trzech, tam nie ma co oglądać?

A co tam, panie, w telewizji? Cóż, gdzie prezesów trzech, tam nie ma co oglądać? Na razie jest, bo TVP mimo wszystko nadaje. Ma nawet nowy program informacyjny „19.30”, bardzo wyważony i przyjemny w oglądaniu. Na razie lepiej sprawdza się przysłowie o jadącej karawanie i szczekających pieskach niż to o sześciu kucharkach.

A jednak nie da się przejść obojętnie obok hecy, jaką w związku z odebraniem Jarosławowi Kaczyńskiemu jego ulubionej zabawki w postaci TVP urządził PiS wraz z pozostającymi na jego dobrze płatnych usługach dziennikarzami. To już istna drama z udziałem wetującego ustawę okołobudżetową prezydenta oraz – jak na komedię przystało – samozwańców, przebierańców i uzurpatorów. Co ciekawe, nie ma wśród nich dotychczasowego prezesa telewizji publicznej Mateusza Matyszkowicza, który nie zdecydował się odgrywać roli nieustraszonego obrońcy reduty mokotowskiej TVP, czego zapewne od niego oczekiwał naczelnik państwa podziemnego, prezes polny Jarosław Kaczyński. Matyszkowicz, jak widać, ma więcej honoru i zdrowego rozsądku niż niektórzy jego koledzy, medialni kadrowcy PiS.

W szczególny sposób uwagę publiczności przyciągają za to trzy dramatis personae: Tomasz Sygut, powołany na prezesa TVP przez ministra kultury, Michał Adamczyk, powołany na to samo stanowisko uchwałą Rady Mediów Narodowych, oraz Maciej Łopiński, „oddelegowany” do pełnienia obowiązków prezesa TVP przez odwołaną decyzją ministra Sienkiewicza radę nadzorczą Telewizji Polskiej. Co ciekawe, jak twierdzi członek Rady Mediów Narodowych z ramienia Lewicy Marek Rutka, Rada, powołując Adamczyka, Łopińskiego wcale nie odwołała. Czy teraz obaj panowie będą ramię w ramię machać swoimi „nominacjami” przed Bogu ducha winnymi nosami panów ochroniarzy dyżurujących przy wejściu do budynku TVP na Woronicza? A może jeden usiądzie na drugim i będzie na niego pluł?

Reżyser z ulicy Nowogrodzkiej

Tak, tak, pluł. Komedia to z gatunku jarmarcznych, wobec czego reżyser z ulicy Nowogrodzkiej nie musi się przejmować żadnymi konwenansami ani fanaberiami w rodzaju respektu dla dobrych obyczajów. Co mu tam, że wedle byłej ukochanej Adamczyka sprawa była z nim (w 2000 r.) taka: usiadł na jej klatce piersiowej, wyzywał, pluł w twarz, wyrywał i wykręcał palce obu dłoni, a potem kopał po całym ciele i groził śmiercią. W dodatku twierdził, że ma ciało gorsze od jego osobistej babci, „to, że ją r…ał, powinno być dla niej zaszczytem” itd.

Sprawa niewąska, więc trafiła przed sąd. Sąd winę Adamczyka potwierdził, lecz warunkowo sprawę umorzył. Jak się domyślamy, pan redaktor, do niedawna zarządzający z ramienia PiS Telewizyjną Agencją Informacyjną i brylujący na antenie programów informacyjnych TVP w roli fanatycznego propagatora jedynie słusznej linii partii, obiecywał poprawę. Brak dostępnych wiadomości w kwestii poprawy na odcinku rękoczynów, niemniej przypomnienie przez prasę dawnych sprawek odtrąconego amanta sprawiło, że prezes Matyszkowicz we wrześniu zdjął go z anteny.

Nie krzywdował sobie jednak redaktor Adamczyk, bo nadal miał wielce lukratywną umowę z TVP jako szef TAI. I choć z początkiem grudnia odszedł, to przecież zainkasuje na odchodne 15 wynagrodzeń w łącznej kwocie ok. 700 tys. zł. A i teraz – jako prezes dubler TVP – też coś przecież dostanie. Z jakiego właściwie budżetu, to się jeszcze okaże, ale w końcu coś pewnie wpłynie. Jest praca, to jest i płaca. Takie prawo.

Kogo sąd wpisze do rejestru

Sprawy są zawikłane i takie pozostaną. O to właśnie chodzi w całej tej grze, aby „na koniec dnia” pozostało w społeczeństwie wrażenie niejednoznaczności, sprzyjające tzw. symetryzmowi. Może i PiS nie grał czysto, ale koalicja też nie jest bez winy... W następstwie galimatiasu wokół TVP należy się więc spodziewać licznych pozwów (i tzw. kontrpozwów), a że sądy u nas nierychliwe, rozmaite bardziej czy mniej ekscytujące wieści w tych sprawach będą do nas dochodzić nawet przez lata. Inna sprawa, czy poza środowiskiem dziennikarskim ktoś jeszcze będzie się tym interesował. PiS ma nadzieję, że owszem, i dzięki temu będzie mógł rozbudowywać swoją hucpiarską legendę o totalitarnej „Koalicji 13 grudnia” i dzielnych obrońcach wolnych mediów spod znaku PiS.

Tak czy inaczej, dziś aferą wokół TVP interesują się wszyscy i wszyscy z niecierpliwością czekamy na wiadomość, kto zostanie wpisany przez sąd do rejestru jako prezes spółki Telewizja Polska. Zapewne Tomasz Sygut, ale z sędziami u nas to różnie bywa. Tymczasem trwać będą „kontrole poselskie”, obstrukcje, przepychanki, interwencje policji, konferencje prasowe „wzmożonych” polityków PiS, pikiety kadr partyjno-okołopartyjnych pod siedzibami TVP w Warszawie, w terenie oraz Bóg wie, jakie jeszcze cyrki, które można fotografować i filmować ku chwale zasięgów, tudzież dla potomności.

Rozum udał się na spoczynek

Strojenie się przez PiS w piórka obrońców konstytucji i demokracji jest wystarczająco absurdalne, aby śmieszyć, lecz jednocześnie wystarczająco bezczelne, aby przerażać. I wcale nie ma pewności, że jest to całkowicie cyniczna gra. Wmawianiu ludziom, że PiS broni dziś wolności mediów, towarzyszy wmawianie tego samym sobie przez działaczy. I tak np. były wicepremier i minister kultury z uporem maniaka pisze na swoim profilu w X (dawny Twitter), że wyrok Trybunału Konstytucyjnego z 2016 r., stwierdzający sprzeczność z konstytucją dokonanych w 2015 zmian w ustawie medialnej, pozbawiających Krajową Radę Radiofonii i Telewizji uprawnień do obsadzania organów kierowniczych nadawców publicznych, nie wymienia Rady Mediów Narodowych. Niby człowiek inteligentny rozumie, że wyrok ma charakter ogólny i dotyczy każdego możliwego przypadku pozbawiania KRRiT jej konstytucyjnej prerogatywy. A jednak. Gdy trzeba bronić swoich, rozum udaje się na spoczynek. I tak zapewne ma wielu posłów i działaczy PiS. Oni naprawdę myślą, że brutalne przejęcie przez PiS kontroli nad mediami publicznymi dokonało się w ramach prawa.

Na tym jednak nie koniec. Politycy PiS bynajmniej nie przeczą oczywistości, że TVP i inne media publiczne znalazły się pod kontrolą PiS i z największym zaangażowaniem wspierały politykę partii rządzącej. Uważają natomiast, że działo się tak z woli narodu i w zgodzie z prawem, a bezstronność mediów jest liberalną mrzonką, której nie wolno ulegać, gdy historia nakazuje pomagać „dobrej zmianie”. Wolność w mediach generalnie polega zaś na tym, że jedni mają swoje media, a drudzy swoje. I w tym „rozdaniu mediów” akurat TVP przynależy PiS, bo PiS sobie to demokratycznie wywalczył.

Może nas takie stanowisko zdumiewać i oburzać, ale oni naprawdę tak rozumują. Nie wstydzą się swojego „skoku na media” sprzed ośmiu lat ani tego, jak wulgarna i agresywna była uprawiana przez nie propaganda. Oczekują za to, że skoro obecny rząd jest taki przywiązany do idei wolności mediów, do praworządności i wartości konstytucyjnych w ogóle, to powinien być konsekwentny i nie stosować „pisowskich” metod. Łamanie konstytucji i zawłaszczanie mediów to przywilej PiS – koalicji tego robić nie wolno.

Albo pisowska pałka, albo brak sygnału

No tak, nie wolno. Bo nikomu nie wolno... Pół Polski dziś tak myśli, bo przecież przejmując TVP, rząd skorzystał z prawa stworzonego przez PiS i sprzecznego z konstytucją. Nie jest bowiem dopuszczalne w demokratycznym państwie prawa, aby rząd bezpośrednio wyznaczał członków władz spółek medialnych nadawców publicznych. Tyle że rząd miał do wyboru albo użyć tej „pisowskiej pałki”, albo wyłączyć sygnał TVP. Wybrał metodę mniej drastyczną. Jest niedoskonała i może być jedynie tymczasowo akceptowana – jako sposób na likwidację stanu bezprawia, jakim jest zawłaszczenie mediów publicznych i kontrola ich kadr oraz ich przekazu przez jedną z partii politycznych (niezależnie od tego, czy jest to partia rządząca, czy opozycyjna).

Kłopot w tym, że znaczna część społeczeństwa właściwie nie zdaje sobie sprawy z tego, że TVP do ostatnich dni działała w sposób niezgodny z prawem. I to nie tylko przez to, że była tubą propagandową PiS, realizującą polityczne zlecenia kierownictwa tej partii, a nie misję mediów publicznych, lecz przede wszystkim łamiąc prawo wyborcze – najpierw w czasie wyborów prezydenckich, a ostatnio w wyborach parlamentarnych. To naprawdę bardzo poważna sprawa, a politycy niedawnej opozycji, a dziś koalicji rządzącej wciąż nie potrafią wyjaśnić tego społeczeństwu. A przecież wyłącznie konieczność przerwania stanu bezprawia, jakim było funkcjonowanie TVP pod rządami Jacka Kurskiego, a potem Mateusza Matyszkowicza, uzasadniało radykalne i ryzykowne prawnie kroki, jakie podjął rząd, poniekąd wezwany do tego uchwałą Sejmu.

Swoją drogą, obecny minister sprawiedliwości Adam Bodnar już jako rzecznik praw obywatelskich, zabierając w lutym 2020 r. głos na posiedzeniu senackiej komisji kultury i środków przekazu, mówiąc o wyroku TK z 13 grudnia 2016, uprzedzał: „To wyrok, który obowiązuje, a do dziś nie został wykonany. (…) Mówię o tym, bo to jest praprzyczyna wszystkich kłopotów. Ukształtowano obecny model mediów publicznych, powołując Radę Mediów Narodowych, która całkowicie wyłącza kompetencje KRRiT. (...) Dziwi mnie to, że to ja muszę się o to upominać, a nie sama Krajowa Rada”. Cóż, Krajowa Rada też jest obsadzona przez PiS. Zdziwienie raczej retoryczne.

Media publiczne stały się igrzyskiem śmiertelnego boju zdesperowanego Jarosława Kaczyńskiego ze swoim arcywrogiem. Ale tak naprawdę ten bój został już rozstrzygnięty 15 października. Donald Tusk z Bartłomiejem Sienkiewiczem to twardy duet. Poradzą sobie i z Kaczyńskim, i z Dudą, a nawet – o zgrozo! – z samym Adamczykiem!

Więcej na ten temat
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną