Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Kraj

TSUE kasuje atrapę Trybunału Konstytucyjnego. Nic dziwnego, że PiS się piekli

Krystyna Pawłowicz Krystyna Pawłowicz Lukas Plewnia / Flickr CC by 2.0
Polski Trybunał Konstytucyjny nie jest niezawisłym, bezstronnym sądem ustanowionym zgodnie z prawem. Wiemy o tym od dawna, skutki odczuwamy od lat. Ale co teraz?

W tej sprawie wylano morze atramentu. Ale dopiero dziś – po skardze samej Komisji Europejskiej sprzed dwu lat – orzekł tak również Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Nadał temu orzeczeniu charakter uroczysty: w sprawie orzekała Wielka Izba unijnego TSUE w składzie 15 sędziów. Główny argument był taki, że ów sąd – który będę dalej nazywał atrapą trybunału – a więc ta atrapa nie spełnia wymogów, które w Unii muszą spełniać sądy, to znaczy niezawisłości i bezstronności.

Czy nie było tak, że kiedy Andrzej Duda kierował ustawę do Trybunału, z góry wiedzieliśmy, jaki zapadnie wyrok? I to jeszcze nie po miesiącach, ale od razu: mówisz – masz, jak na zamówienie w dobrym sklepie. Nie na darmo Andrzej zaprzysięgał swoich sędziów po nocy i bez świadków, nie czekając choćby na prośbę ówczesnego prezesa starego Trybunału, by chociaż o parę dni odroczyć zaprzysiężenie i powierzyć rozstrzygnięcie sądowi – kto jest sędzią, a kto nie. Wiadomo, że po nocy załatwia się ciemne sprawy.

Interes takich dwu ważniejszy niż milionów

Ważne jest jeszcze coś: że dwa „wyroki” tej atrapy negowały podstawowe zasady naszej Unii, to znaczy nie uznawały w ogóle pierwszeństwa prawa unijnego (nawiasem mówiąc, wbrew samej polskiej konstytucji, która w art. 91 mówi o tym pierwszeństwie). Tym samym atrapa, hołdując pisowskiej krytyce Unii – którą Duda określał pogardliwym mianem „baju, baju dla frajerów” – godziła w same fundamenty Wspólnoty.

Jeżeli nie utrzymamy w UE zasady, że te same reguły obowiązują we wszystkich krajach, cała Europa zacznie się rozpadać – tak o wyrokach tej atrapy mówiła ówczesna wiceprzewodnicząca Komisji Vera Jourova jeszcze lata temu. To jasne, jeśli każdy kraj ma stosować swoje zasady i nie zgadzać się na jakieś wspólne – to na czym unia miałaby polegać? Jak sobie wyobrażać, powiedzmy, turniej piłkarski, w którym drużyny narodowe stosują swoje zasady: jedne wystawiają jedenastki, ale inne 15 zawodników, jedne stosują spalonego, a inne nie.

Nic dziwnego, że pisowcy protestują: Krystyna Pawłowicz, była posłanka PiS i sędzia TK w stanie spoczynku, od razu się oburzyła: – TSUE dokonał dziś zamachu prawnego na suwerenność RP, na konstytucyjny ustrój, na polski TK mający bronić naszej konstytucji i jej nadrzędności nad regulacjami UE – powiedziała. To komedia, bo w tym oburzeniu potwierdziła jeden z argumentów TSUE – że atrapa i jej wyroki są ważniejsze, nadrzędne nad zasadami Unii.

Co teraz robić? Zastanawiają się nad tym liczni prawnicy. Zapewne trzeba wybrać nowych sędziów, ludzi, którzy rozumieją, jaką rolę odgrywać powinien Trybunał Konstytucyjny. To sąd, który musi ważyć rozmaite dobra i wartości często sprzeczne, a nie przyjmować prawa jako zbioru formułek. Chciałbym zwrócić uwagę, że nie powinni to być tacy prawnicy, którzy hołdują zasadzie skrajnego pozytywizmu prawniczego, to znaczy widzą prawo jako zestaw formułek. Zilustruję to przykładem atrapowego orzeczenia cytowanej tu pani Pawłowicz.

Otóż 20 listopada atrapa wydała wyrok w sprawie skierowanej tam przez Dudę ustawy o KRS z 2024 r., którą nowy rząd usiłował uzdrowić (sprawa Kp 2/24). Mniejsza już o meritum, wiadomo, dlaczego atrapa się zgodziła z Dudą: PiS bronił grona swoich sędziów, którzy gwarantowali bezpieczeństwo innym swoim. Krystyna Pawłowicz wystąpiła jako sprawozdawczyni (zwykle w praktyce autorka orzeczenia), uznała tę ustawę za niezgodną z konstytucją ze względu na to, że w głosowaniu nad nią nie brali udziału Kamiński i Wąsik (dwaj skazani dawniejsi posłowie, którzy posłami przestali być, a chowali się w Pałacu u Dudy). Atrapa przyznała w orzeczeniu, że nawet bez ich dwu głosów – ustawa w Sejmie miała wystarczającą większość.

Ale, jak twierdziła Pawłowicz (tu, rzecz jasna, skracam wywód), naruszono tam prawa posła, a to przecież święte, bo Sejm naruszył „zasady prawidłowej legislacji”. No cynizm absolutny. Powiedzmy nawet, choć to tylko założenie na chwilę, że ci dwaj przestępcy zostali niesłusznie skazani, to czy można zatrzymywać prace kraju na czas uporu tych dwu pisowskich niby-posłów? Interes takich dwu miałby być ważniejszy niż interes milionów, dla których ustawy się uchwala?

Czytaj także: Krystyna Pawłowicz, TK i komuniści. Finał jej zawodowej kariery musiał być mocny

Jakie dobro chronimy?

Inny przykład w tym samym pozytywistycznym stylu. Neo-KRS uznała, że użycie feminatywów przez ministry przy składaniu przysięgi jest niezgodne z konstytucją, bo konstytucja posługuje się rzeczownikiem w rodzaju męskim. A co za tym idzie – te kobiety nie są ministrami, tylko – i tutaj cytat – „komisarzami działów administracji rządowej”. Idąc dalej, neo-KRS doszła do wniosku, że obecny rząd jest właściwie nielegalny. Czyli: minister czy ministra powiedziała „ministra” zamiast „minister” – i w Polsce rząd nieważny, no a jak nieważny – to go nie ma.

I ludzie, którzy sami zostali powołani nieformalnie, nielegalnie – szukają jakichś głupot prawniczych, po to, żeby zwiększyć chaos, żeby inni mieli wątpliwości dotyczące tego, czy minister jest ministrem, czy ministra jest ministrem. To są absolutne bzdury.

Prawo nie jest formą ani formułką. Już Rzymianie mówili: Apices iuris non sunt iura, czyli formalności prawne nie są w ogóle prawem. Prawem jest budowanie określonego wartościowego porządku dla dobra wszystkich. A tu – jakiś formalizm w stopniu najwyższym. To jest widzenie prawa jako procesu formułkowego, w którym, jeżeli ktoś popełni drobny błąd albo literówkę (czy nawet nie błąd, tylko zastosuje inną formę, feminatyw), to wszystko jest nieważne. Albo, co gorsza – przy wartościowaniu dóbr, bo życie jest zawsze skomplikowane – nie pytają, co w danej sprawie jest ważniejsze.

Nie można na nowych sędziów powoływać ludzi, którzy hołdowaliby takiemu pozytywizmowi prawniczemu. Niestety takich prawników są tysiące. Nie rozumieją tzw. wykładni celowościowej, funkcjonalnej w prawie. Nie zadają pytania: ale jaki jest cel danej ustawy? Jakie dobro ona chroni? Co tu jest najważniejsze?

Czytaj także: Wyrok nieważny, ale reforma TK pogrzebana ostatecznie

Jakość ludzi

To, co piszę, odnosi się nie tylko do sędziów Trybunału Konstytucyjnego, ale w ogóle do trudnej sytuacji w kraju i pojmowania konstytucji przez prezydenta Nawrockiego. Tak jak demokracja, by funkcjonować, musi opierać się na obywatelach, którzy demokrację rozumieją, tak konstytucja, aby funkcjonować, musi mieć ludzi, którzy ją rozumieją i stosują. To wszystko zależy od jakości ludzi.

Doskonale to ujął Michel Debré, przyjaciel generała de Gaulle’a, prezydenta Francji, i autor konstytucji francuskiej, która pozwoliła de Gaulle’owi na opanowanie chaosu w kraju. Proszę przeczytajcie ten cytat uważnie, to fragment przemówienia Debré przed Radą Stanu z 1958 r.: „Oczywiście teksty są jedynie tekstami. Jakie będą jutro wewnętrzne siły polityczne, jakie zmiany? Nikt nie może dać pewnej odpowiedzi na te pytania, od których zależy nasz los (…) Konstytucja nie może uczynić niczego więcej, jak dać szanse politykom kierującym się dobrą wolą, którzy dla narodu i wolności chcą istnienia Państwa”.

To odnosi się też do ludzi, którzy uważają, że zmiana tekstu konstytucji w Polsce poprawi bieg spraw. I to samo można powiedzieć o szansach przyszłych sędziów prawdziwego Trybunału Konstytucyjnego w Polsce.

Reklama

Czytaj także

null
Społeczeństwo

Czynsze grozy. Są takie bloki, które zamieniły się w miejsca walk. Podwyżki, straszenie sądem, finansowa panika

Wspólnoty mieszkaniowe zaczęły masowo powstawać w Polsce 30 lat temu. Były jak powiew wolności: małe środowiska rządzące się przejrzystymi, demokratycznymi zasadami. Dziś to tylko wspomnienie. Demokracja wynaturzona, zarząd jak dyktatura, kontroli państwa brak.

Marcin Kołodziejczyk
06.03.2026
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną