„My w Unii Europejskiej jesteśmy i będziemy, ale bzdur opłacać nie będziemy. (...) Precz z ETS-em!” – mówił 14 marca w Lubartowie na spotkaniu z mieszkańcami kandydat PiS na premiera Przemysław Czarnek. PiS coraz mocniej uderza w UE i proponowane przez nią rozwiązania, a szczególnie głośno wybrzmiewa ostatnio wezwanie do rezygnacji z ETS, czyli funkcjonującego w Unii od 2005 r. Systemu Handlu Uprawnieniami do Emisji – kluczowego instrumentu polityki klimatycznej dla energetyki i dużego przemysłu, zachęcającego do dekarbonizacji. W Lubartowie Czarnek podkreślał, że wysokie rachunki za prąd „zabijają” dziś polskie rodziny, a przyczyną są głównie opłaty ETS. Proponując (niemożliwe w praktyce do wdrożenia bez wyjścia z Unii) rozwiązanie tej sytuacji, zapowiedział projekt ustawy o wycofaniu przepisów wprowadzających ETS z obiegu prawnego.
Zmiany postuluje też Kancelaria Prezydenta, która zasugerowała, by cała Unia zrezygnowała z systemu. A gdyby ta śmiała propozycja okazała się niemożliwa do wdrożenia, doradcy Karola Nawrockiego zaproponowali premierowi szereg reform, o które ich zdaniem powinien zawalczyć w Brukseli. To m.in. czasowe obniżenie ceny uprawnień czy też wykluczenie instytucji finansowych z handlu emisjami.
System ETS stał się więc tematem politycznego sporu w Polsce. Jego reformę, głębszą lub płytszą, proponują praktycznie wszyscy ważni gracze na politycznej scenie. Zmiany w systemie handlu emisjami stały się też głównym tematem zeszłotygodniowego szczytu przywódców w Brukseli, bo sama Komisja Europejska zapowiedziała na ten rok jego rewizję. Na szczycie o polską wizję reformy zabiegał Donald Tusk, który zebrał poparcie dziewięciu innych państw członkowskich i w liście do Ursuli von der Leyen wezwał KE do „gruntownego przeglądu” ETS – w tym m.