Referendum w Krakowie. Odwołają Miszalskiego? To groźny precedens, stawka rośnie
Najpierw przypomnijmy: pod koniec stycznia grupa „zwykłych”, jak się sami określali, mieszkańców zaproponowała zwołanie gminnego referendum o odwołanie prezydenta Aleksandra Miszalskiego i rady miasta. Zapewniali, że akcja jest apolityczna, prowadzą ją osoby o różnych poglądach, także takie, które głosowały na Platformę Obywatelską, czyli partię prezydenta. Podkreślali, że chodzi jedynie o sprzeciw wobec „złej prezydentury”, dodawali wręcz, że inicjatywa „nie jest w jakikolwiek sposób” wymierzona w Donalda Tuska ani KO.
Na ulicach pojawiła się ponad setka ludzi w charakterystycznych niebieskich kamizelkach z hasłem „Referendum KRK”, zbierających podpisy na rzecz inicjatywy. Na okrąglakach zawisły wielkie plakaty z wezwaniem: „Odzyskajmy Kraków!”. Pojawił się filmik o włodarzu miasta, a także broszura rysunkowa zatytułowana „Aleksander niewielki, czyli komiks o Kolesiogrodzie” i poważniejsze w tonie wydawnictwo (nie licząc wydawanej od lat gazetki „Kraków dla mieszkańców”) – wszystko za darmo. Ruszyła też ostra kampania internetowa.
Zarzuty dotyczyły głównie spraw miejskich: narastającego zadłużenia gminy (za prezydentury Miszalskiego miało wzrosnąć o 2 mld zł), opóźnień w epokowej inwestycji, czyli budowie metra, i niezrealizowania innych obietnic wyborczych. Kwestionowana była również polityka kadrowa: rozrost biurokracji i obsadzanie stanowisk w magistracie ludźmi bez kompetencji.
Akcentowane było oskarżenie o „rozrywkowy” styl sprawowania urzędu. Tu najcięższy dowód stanowiła tiktokowa „rolka” z prezydentem pląsającym na dachu urzędu miasta w rytm, łagodnie mówiąc, piosenki wątpliwego poziomu.