W Wielki Piątek – dzień po kolejnej rocznicy śmierci Jana Pawła II – spłonął w Warszawie słynny krzyż, ten sam, przed którym w czerwcu 1979 r. papież Polak wołał: „Niech zstąpi duch Twój…”. Cała prawica – od Mateusza Morawieckiego, poprzez Daniela Obajtka i Mariannę Schreiber, aż po konfederatów i braunistów – chwyciła za telefony, by w mediach społecznościowych oddać się interpretacjom tego „symbolicznego” zdarzenia, pochylić się nad upadkiem chrześcijańskiej cywilizacji nad Wisłą i obwinić za to obecny rząd.
Jak pisał Herbert, „tylko Krzyż płonący w górze trwał”. Ten cytat z wiersza „Homilia” przywołany przez ks. prof. Andrzeja Dragułę wyraźnie wyróżniał się w natłoku komentarzy. Może rzeczywiście coś się pali. Tyle że niekoniecznie krzyż papieski, który zapalił się od złożonych zbyt blisko zniczy i bez udziału osób trzecich, jak stwierdziła policja. To nie chrześcijaństwo w Polsce „jest niszczone”. Kończą się pewne jego formy. Dopala się epoka Jana Pawła II – z jej językiem, autorytetem i społecznym miejscem Kościoła. Dopala się wizerunek Kościoła po kataklizmie skandali seksualnych. Wreszcie – dopala się dotychczasowa kościelna hierarchia. Coraz więcej skompromitowanych biskupów odchodzi, ich miejsce zajmują inni. Jaki Kościół wyłania się z tej zmiany?
Faza przejściowa
Przeciętny czynny biskup w Polsce to 63-latek, Andrzej albo Piotr (tych imion jest najwięcej), który należy do pokolenia ukształtowanego w PRL i w najbliższych latach przejdzie na emeryturę (gdy osiągnie 75. rok życia). Połowie czynnych biskupów bliżej do emerytury niż do początku posługi. Co piąty jest po siedemdziesiątce.
W skład Konferencji Episkopatu Polski wchodzi 140 biskupów.