PSL-owski języczek u wagi
PSL-owski języczek u wagi. Nie ma co ich spychać na drugi plan
To fascynujące, jak niezmienne są dylematy polskiej polityki. Widać to zwłaszcza w roku stulecia zamachu majowego. Wtedy również stały naprzeciwko siebie dwie Polski. Jedna prawicowa, spojona nacjonalizmem i populizmem, zdominowana przez Narodową Demokrację Romana Dmowskiego. I druga – demokratyczno-lewicowa, bardziej różnorodna, zgodna tylko w swym oddaniu Józefowi Piłsudskiemu, głównemu architektowi odrodzonego państwa i nieprzejednanemu wrogowi endecji.
Żaden z tych dwóch obozów nie był w stanie samodzielnie sięgnąć po władzę. Każdy potrzebował sprzymierzeńca, a z arytmetyki sejmowej wynikało, że mógł nim być tylko kierowany przez Wincentego Witosa PSL Piast, skupiający wyborców o centrowo-prawicowych poglądach. Kiedy ludowcy wspierali demokratów i lewicę, prawica przegrywała, tak jak w wyborach prezydenckich z grudnia 1922 r. Kiedy jednak Witos zmieniał front, tak jak w maju 1926 r., dawało to władzę endecji, niebezpiecznie zmierzającej w kierunku autorytaryzmu. Obrońcy demokracji chwycili się wtedy ostatniej deski ratunku i wsparli zbrojny bunt Piłsudskiego, nie podejrzewając, że lekarstwo okaże się równie groźne jak choroba.
Sto lat dzielące nas od tamtych wydarzeń gruntownie przeobraziło Polskę i jej społeczeństwo. Najważniejszy dylemat pozostał jednak ten sam. Dzisiaj także koalicja demokratów ściera się z obozem nacjonalistyczno-populistycznym. Jest też PSL, nie tak już wpływowy jak w II RP, ale ciągle odgrywający rolę języczka u koalicyjnej wagi. Na szczęście dla obozu demokratycznego ludowcy różnią się od swych międzywojennych antenatów i od blisko czterech dekad nie wchodzą w sojusze z nacjonalistami i populistami.
W tej sytuacji strategia koalicji 15 października przed wyborami parlamentarnymi z 2027 r. narzuca się sama. Wszystkim partnerom powinno zależeć na dobrym wyniku PSL, bo on zwiększy szanse utrzymania się u władzy.