Od zakończenia drugiej wojny światowej minęło właśnie 81 lat. Wydawałoby się, że to wystarczająco długo, by kurz bitewny opadł, a kluczowe książki o wojnie zostały napisane i przeczytane. Jednak współczesne wojenki ideologiczne pustoszą mózgi skuteczniej, niż deszcze niespokojne potargały sad, i sporo osób nie dostrzega, co naprawdę wydarzyło się w maju 1945 r.
Zaślepiona jest zarówno strona, która twierdzi, że wyzwolenie było kolejnym zniewoleniem, jak i ta, wedle której Armii Czerwonej należy się dozgonna wdzięczność. Strona pierwsza 8 maja wspomina zatknięcie przez kościuszkowców polskiej flagi na Kolumnie Zwycięstwa w Berlinie (co nie przeszkadza jej nienawidzić LWP); strona druga 9 maja rusza na groby sowieckich żołnierzy, składając kwiaty i zapalając znicze (dziwnym trafem to samo robi ambasador Federacji Rosyjskiej). Dla pierwszych ci drudzy to zaprzańcy i komuniści. Dla drugich ci pierwsi to nacjonalistyczna dzicz. I choć prawda nigdy nie leży pośrodku, to obie strony mają w niej udział i obie źle słyszą na jedno ucho.
Jeśli za początek drugiej wojny światowej uznamy 1 września 1939 r., ataku Niemiec na Polskę nie powinniśmy rozpatrywać w oderwaniu od paktu Hitlera ze Stalinem. Podpisany tydzień wcześniej przez ministrów spraw zagranicznych – Joachima von Ribbentropa i Wiaczesława Mołotowa – mówił o wzajemnej nieagresji, a w tajnym protokole również o wspólnym podboju Europy Wschodniej. Umożliwił Niemcom swobodę działania wobec Polski, co oznacza de facto, że wojnę rozpoczęły dwa państwa, a nie jedno, nawet jeśli Stalin chytrze przeszedł do fazy „kinetycznej” dopiero dwa tygodnie po Hitlerze. To ważne: drugą wojnę światową wywołały wspólnie Niemcy i Rosja. Ich współpraca trwała zresztą od dawna: wiadomo np., że Niemcy wzorowały swoje obozy koncentracyjne na radzieckich, powołanych do istnienia jeszcze za życia Lenina.