Notatnik polityczny. Zamach na Nawrockiego jak barszcz Sosnowskiego? Sezonu ogórkowego nie będzie
Dwa tygodnie po ujawnieniu informacji, że w warszawskim szpitalu działała szybka ścieżka dla politycznych VIP-ów, zorganizowana przez sowicie opłacanego młodego działacza KO, obóz rządowy wciąż szuka własnej politycznej opowieści zarówno o samej aferze, jak i o systemie ochrony zdrowia w ogóle.
Przy okazji wychodzi słabość komunikacyjna ministry zdrowia Jolanty Sobierańskiej-Grendy, która kontaktuje się z opinią publiczną z wdziękiem mało przyjemnej urzędniczki, jakby zdziwionej, że ktokolwiek oczekuje od niej wyjaśnień i recept na uzdrowienie sytuacji. Historia zawodowa Sobierańskiej-Grendy i jej doświadczenie z zarządzania pomorskimi szpitalami wskazują na bardzo dobre merytoryczne przygotowanie szefowej resortu, natomiast brak politycznej pozycji i doświadczenia to już cechy bardzo problematyczne w przypadku kryzysu związanego z tak głośną medialnie sprawą.
Linia komunikacyjna obozu władzy w reakcji na sprawę Szpitala Południowego jest prosta: wszczynane są liczne kontrole, posypały się dymisje w zarządzie i radzie nadzorczej szpitala, a wszystko po to, by pokazać, że reakcja na nieprawidłowości jest modelowa – szybka i stanowcza. Tę część wziął na siebie prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski. Jednak aby przejąć inicjatywę polityczną, potrzeba czegoś więcej: pozytywnej opowieści na przyszłość. Minister Sobierańska-Grenda starała się ją zarysować, spotykając się wreszcie z dziennikarzami po wielu dniach milczenia, ale jej suchy, nieco antypatyczny styl komunikacji, bogato upstrzony mało istotnymi politycznie detalami, raczej nie pomoże rządowi w przejęciu inicjatywy.