Między dumą i żenadą
Między dumą i żenadą. Nowe czasy promują błazeński radykalizm. W imię czego?
Przykre, że 250-lecie Stanów Zjednoczonych przypada akurat w czasie prezydentury Donalda Trumpa. 46. prezydent USA w kilkanaście miesięcy rozmontował i ośmieszył budowany przez pokolenia wizerunek Ameryki jako ojczyzny demokracji i wolnej gospodarki, jako idealistycznego „miłego supermocarstwa”, obiektu podziwu i zazdrości świata. Cały trumpowski ruch MAGA wbrew nazwie zaprzecza tej historycznej wielkości Ameryki, chce ją uczynić małą, prowincjonalną, wsobną, z podwórkową polityką, w której szacunek i wpływy wymusza się siłą, chamstwem, agresją.
Nie przypadkiem ulubionym sportem prezydenta, ale też symbolem jego Ameryki (jak pisze Łukasz Wójcik) stają się walki MMA, czyli pozbawione reguł mordobicie, kiedyś zwane wolnoamerykanką. Same obchody 250-lecia administracja USA przerabia na jakiś spektakl kultu jednostki: podobizny prezydenta na banerach budynków federalnych, złote monety i jubileuszowy banknot 250-dolarowy z jego profilem, wiece i koncerty, których główną atrakcją mają być wystąpienia „atrakcji numer jeden na świecie”, czyli jego samego. Trump wepchnął te obchody między dumę a żenadę.
Co się stało z Ameryką?
Cały świat, a zwłaszcza wzgardzona Europa, zastanawia się, co się stało z Ameryką? Niby znamy poręczne odpowiedzi: że ruch MAGA wyrósł na frustracji białych mężczyzn z poprzemysłowgo „pasa rdzy”; na tłumionym przez poprawność polityczną rasizmie i niechęci wobec imigrantów; na prowokacjach obyczajowych „przebudzonej lewicy”. Do tego katalogu wybitny politolog z Harvardu Eric Nelson dorzuca (tekst „